O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
sobota, 31 lipca 2010

Jak najlepiej uczcić pamięć tragicznie zmarłego prezydenta?

Pijąc zimnego Lecha...

wtorek, 27 lipca 2010

Tytuł mojej dzisiejszej notki jest już nieco nieaktualny. Chciałem napisać o tym, jak adaptuję się na nowo do codziennego życia po powrocie z wyjazdu na tegoroczny OWRP, ale właściwie powinienem napisać o tym w czasie przeszłym, bo zaadaptowałem się wyjątkowo szybko. Pewnie to zasługa pracy i obowiązków, jakie na mnie czekały po powrocie i które wciągnęły mnie na tyle, że raz dwa wróciłem w stałę koleiny życia.

A było po czym się adaptować. OWRP jest dla mnie jak podróż do innego świata. Tak bardzo różni się on na korzyść od codzienności. Dość napisać, że w tym roku to były dwa tygodnie bez komputera (komu by się chciało brać ze sobą laptopa), bez kawy (ale to nie było zaplanowane; tak wyszło na początku i tak już zostało), bez miękkiego materaca pod plecami i dachu nad głową (namiot świetnie go zastępował) non-stop na świeżym powietrzu, w ruchu bez względu na pogodę (a ta w tym roku wyjątkowo dopisała).

Dodatkowo tegoroczny OWRP był pod pewnymi względami wyjątkowy. Po pierwsze nasza drużyna została osierocona przez jedyną kobietę, którą w domu zatrzymały domowe obowiązki. Brakowało nam jej, ale cóż zrobić. Po drugie była to dla mnie podróż sentymentalna śladami pewnego wakacyjnego wypadu sprzed 11 lat. To nie było zaplanowane, ale ostatecznie tak wyszło, choć nie do końca.

Na tamten wypad wybrałem się z A. jeszcze podczas studiów. Nie mieliśmy wtedy żadnych planów i postanowiliśmy improwizować. Plan był taki, żeby jechać autostopem, ale dojechaliśmy w ten sposób tylko do Bielska (wieś niedaleko mojego grajdołka). Stamtąd pieszo doszliśmy do następnego przystanku PKS, gdzie wsiedliśmy do autobusu, który dowiózł nas do Mławy. Tam rozwaliło mi się ramiączko od plecaka i, jak pamiętam, kupiliśmy igły, nitkę po czym zacząłem go szyć. Mam chyba nawet zdjęcie, jak to robię.

Z Mławy postanowiliśmy pojechać pociągiem do Olsztyna. Poszliśmy na dworzec w Mławie, który mieści się, o ile dobrze pamiętam, gdzieś na peryferiach. Po drodze A. kupił sobie harmonijkę ustną i kiedy na dworcu okazało się, że mamy sporo czasu do pociągu, poszliśmy sobie na jakaś rampę, gdzie on pogrywał na tej harmonijce, a ja paliłem fajkę (mam chyba nawet jeszcze gdzieś tę fajkę).

Do Olsztyna dojechaliśmy wtedy późno, bo już było dobrze po zachodzie słońca. Przenocowaliśmy w namiocie, który rozbiliśmy na jakimś większym skrawku łąki w dzielnicy przemysłowej gdzieś nieopodal dworca. Wydaje mi się, że widziałem w tym roku to miejsce, choć po 11 latach nie mogę mieć pewności co do tego. Rano zdecydowaliśmy, że jedziemy do Giżycka, gdzie spędziliśmy trochę czasu. Kiedy nam się znudziło, przenieśliśmy się najpierw do Gierłoży pod Kętrzynem (kiedy rozstawialiśmy namiot myślałem, że komary zeżrą nas żywcem). A potem była Gdynia (nocleg w namiocie rozstawionym na polu kamieni między torami kolejowymi i dobry obiad w jakiejś stołówce ośrodka pomocy społecznej czy czegoś takiego) i wreszcie Łeba, gdzie zakończyliśmy nasz wypad.

Z tych miejsc w tym roku odwiedziłem: Mławę (choć tylko przejazdem, ale znajome miejsca widziałem), Olsztyn (cztery razy przesiadałem się w nim jadąc na OWRP i z powrotem) i Giżycko (dokładniej Wilkasy pod Giżyckiem). Nie zajrzałem do Gierłoży, bo nie leżała na trasie, ale na to konto zwiedziłem dużo lepiej zachowane bunkty w Mamerkach. Dalszych przystanków na trasie naszej wyprawy sprzed 11 lat nie odwiedziłem, bo leżały daleko poza trasą tegorocznego OWRP. Ale na tym podobieństwa się nie kończą. Z jednego z nich zdałem sobie sprawę dopiero pod sam koniec, ale najpierw kilka zdań tytułem wprowadzenia.

Kierownikami naszej trasy na OWRP było dwóch młodych chłopaków o imieniu Paweł. Imię mieli to samo, ale pod pewnymi względami ze sobą kontrastowali. Jeden był na przykład blondynem, a drugi brunetem przez co określano ich mianem "Paweł Biały" i "Paweł Czarny". Ja na nasz użytek nazwałem ich inaczej. Jeden z nich był wyjątkowo wymowny, przez co zyskał sobie przydomek "Złotousty" (początkowo nazwałem go "Chryzostomem", ale uznałem, że to zbyt pretensjonalne). Jego talent oratorski i gawędziarski momentami mnie irytował, ale niewątpliwie pomagał nieco rozładować częste krytyczne sytuacje. Paweł Złotousty zajmował 90% czasu antenowego podczas odpraw, przez co drugi z Pawłów, którego nazwałem Milkliwym, rzadko dochodził do głosu (zresztą widać było, że jego dla odmiany wystąpienia publiczne nieco tremują).

I tu wrócę do wspomnianych wcześniej podobieństw. Otóż dotarło to do mnie dopiero na ostatnim noclegu, kiedy robiliśmy sobie wspólne zdjęcia pamiątkowe m.in. z kierownikiem trasy, że Paweł "Złotousty" jest podobny do A. Głównie z twarzy, ale trochę też i z zachowania. Pomyślałem sobie wtedy, że to ciekawy zbieg okoliczności, że po pierwsze w ogóle trafiłem na tę akurat trasę (początkowo zapisałem się na inną, a tej w ogóle nie brałem pod uwagę; później tok wypadków sprawił jednak, że trafiłem na tą) i że na dodatek spotkałem na niej człowieka przypominającego mi tego, z którym w tych okolicach w podobnym czasie wędrowałem 11 lat wcześniej. Życie jest pełne niespodzianek.

Bardziej szczegółową relację z tegorocznego OWRP zdam w moim blogu turystycznym, ale kiedy to nastąpi, tego nie wiedzą nawet najstarsi górale. :)

niedziela, 18 lipca 2010

Musiałem wrócić na weekend z trasy mojej wędrówki, żeby dopełnić pewnych pracowych powinności. Dużo czasu mi to nie zajęło i właściwie mógłbym wrócić już dziś, ale wcześniej przewidująco zaplanowałem sobie powrót na poniedziałek rano, więc teraz korzystam z tego, że mam trochę czasu i dostęp do Sieci.

Znalazłem między innymi tekst pieśni, którą zamierzamy zaintonować we wtorek po południu, kiedy będziemy wkraczać do miejscowości Zgon (wspominałem o tym wcześniej). Uznaliśmy wraz z R. i P., że najodpowiedniejszy będzie na tę okazję ten utwór (jak znacie, to możecie zanucić):

Przybądźcie z nieba na głos naszych modlitw,
mieszkańcy chwały wszyscy święci Boży;
Z obłoków jasnych zejdźcie aniołowie,
Z rzeszą zbawionych spieszcie na spotkanie.

Ref: Anielski orszak niech twą duszę przyjmie,
Uniesie z ziemi ku wyżynom nieba,
A pieśń zbawionych niech ją zaprowadzi,
Aż przed oblicze Boga Najwyższego.

Niech cię przygarnie Chrystus uwielbiony,
On wezwał ciebie do królestwa światła.
Niech na spotkanie w progach Ojca domu
Po ciebie wyjdzie litościwa Matka.

Promienny Chryste, Boski Zbawicielu,
jedyne światło, które nie zna zmierzchu,
bądź dla tej duszy wiecznym odpocznieniem,
pozwól oglądać chwały Twej majestat.

Tekst znalazłem na forum organowym. Zauważyłem też tam, w sygnaturce jednego z uczestników, bardzo zabawny obrazek, który postanowiłem reprodukować poniżej (jeśli autor ma coś przeciwko, niech napiszę do mnie mail).

obrazek

Jak widać nie wszystkim podobają próby uatrakcyjniania liturgii młodzieżowymi śpiewami i niektórzy się z tym wcale nie kryją... ;)

sobota, 10 lipca 2010

Miałem nic nie pisać przez jakiś czas, ale musiałem się podzielić moją radością ze zwycięstwa. Nie mam na myśli zwycięstwa Niemców nad Urugwajem, choć z tego też się cieszę, ale moje zwycięstwo nad komputerem.

Komputer od prawie dwóch tygodni strajkował. Dokładniej, to prowadził strajk włoski. Niby działał, ale zacinał się podczas pisania na jakiś czas (jakby się namyślał), pewnych programów nie dało się wyłączyć i działo się kilka podobnych rzeczy.

Próbowałem prawie wszystkiego. Przeskanowałem go dwoma dobrymi (według mnie) programami antywirusowymi. Szukałem konfliktów w sterownikach. Wywaliłem trochę pochopnie trochę programów przy okazji tracąc profil w Firefoxie, bo okazało się, że był tam, gdzie się go nie spodziewałem mieć. Wszystko na nic. Zostały mi dwie opcje: uszkodzona pamięć lub płyta główna.

Pamięć testowałem dwoma programami, ale nie wykazywały błędów. Zacząłem się oswajać z myślą, że to płyta padła (tyle, że nie do końca). Dziś jednak wieczorem coś mnie podkusiło, żeby rozkręcić komputer i wyjąć najpierw jedną kość pamięci, a potem drugą. To pierwsze nie pomogło. To drugie, tak. Oczywiście wyjąwszy drugą kość włożyłem pierwszą. Teraz wszystko gro i bucy, jak mawiał mój ojciec. Na szczęście została mi kość większa z tych dwóch. Miałem 2,5 GB RAM, a teraz mam 2 GB. Też dobrze. Zwłaszcza, że wszystko teraz działa jak trzeba.

Ten niepełnosprawny komputer był jak ćmiący ząb i tak samo mnie męczył. Najgorsze zaś było to, że nie wiedziałem, co mu dolega? Od takiej niewiedzy lepsza byłaby najgorsza wiedza. Na szczęście tym razem obyło się bez złych wieści. Teraz mogę spokojnie oddalić się od komputera na jakiś czas. Wiem, że jak wrócę, będzie działał, jak powinien. Co za ulga. :)

To będzie moja ostatnia notka...

Ostatnia przed przerwą. Gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości, to napiszę otwartym tekstem, że nie zamierzam jeszcze z własnej woli schodzić z tego świata. Ale nie napisałem nieprawdy w poprzedniej notce. Zgon rzeczywiście mam w planach. Zgon na Mazurach. W gminie Piecki w powiecie mrągowskim. Mogę napisać, że "zaliczę Zgon", bo będę tam nocował z wtorku na środę, czyli z 20 na 21 lipca. Jeśli będzie duży upał, to może dotarcie tam zajmie mi więcej czasu.

Jeśli ktoś pomyślał inaczej, to nie napiszę, że się pomylił czy dał się nabrać. Świadomie tak sformułowałem notkę, żeby zabrzmiała złowieszczo. Chciałem się przekonać, jakie wywoła reakcje. Na blogu i nie tylko. I wniosek jest taki, że mogę śmiało się dzielić z czytelnikami planami ewentualnej autodestrukcji. Nie ma obaw, że ktoś by mi przeszkodził w ich realizacji. :) Ale mimo to, jeśli zdarzyłoby się kiedyś, że powziąłbym taką decyzję i byłbym do niej przekonany, to na pewno nie informowałbym o tym wszem i wobec. Jeśli ktoś chce ze sobą skończyć, to po prostu kończy. Natomiast jeśli ktoś opowiada, że ze sobą skończy, to tak naprawdę nie ma jeszcze takiego zamiaru. Jeszcze nie jest na tym etapie. Jest to raczej forma rozpaczliwego krzyku o pomoc. I jeśli nikt na to nie zwróci uwagi, następnego ostrzeżenia może nie być.

Może jednak wystarczy tej pesymistycznej tematyki, bo nawet mnie się o tym jakoś źle pisze. Napisałbym dla równowagi coś wesołego, ale nie mam za wiele czasu, bo wybieram się do stolicy na zebranie, na którym będę współdecydował o tym, ile narybku przyjmiemy od przyszłego roku na nasz wydział. Ale żeby zakończyć jednak jakimś optymistycznym akcentem napiszę, że poziom kandydatów na mój kierunek jest w tym roku wyraźnie wyższy niż w zeszłym.

 
1 , 2

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape