O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
piątek, 29 lipca 2011

Nie mam żadnego tematu przewodniego, więc tradycyjnie opiszę to i owo z tego, co się dzieje wokoło. Zacznę od rekrutacji, którą zamknęliśmy oficjalnie w środę. W czwartek prodziekan S. pojechał do stolicy podpisać listy, a ja odsiedziałem ostatni dyżur w siedzibie komisji. Pozostała nam jeszcze rekrutacja na studia II stopnia, ale będzie przy tym mniej pracy i na razie nie będę się w to za mocno angażował.

Jeśli chodzi o wyniki, to są i lepsze i gorsze niż w zeszłym roku. Lepsze są o tyle, że przyjęliśmy nieco więcej kandydatów niż w zeszłym roku, a głównym beneficjentem była mechanika. W zeszłym roku mieliśmy na tym kierunku posuchę, a w tym roku jest zdecydowanie lepiej. A gorzej jest generalnie z poziomem kandydatów. Mam na myśli poziom określony wynikiem matury, bo tylko pod tym względem mogę ich ocenić. Część z tych, których przyjęliśmy w tym roku, w tamtym by się nie dostała. Co prawda ten "ogon" nie jest liczny, szacuję go na kilka sztuk na każdym z kierunków, ale jednak jest.

A teraz coś z zupełnie innej beczki. Ostatnio udało mi się kupić wreszcie w miarę dojrzałe cytryny i nastawiłem nalewkę farmaceutów. W większej ilości niż ostatnio. Ale też i trochę inaczej do sprawy się wziąłem. Poprzednio połączyłem wszystkie składniki na raz. Teraz najpierw zasypałem cytryny cukrem i ksylitolem i mieszałem, aż puściły tyle soku, że cukier i kylitol się w nim rozpuściły w całości.

Tu mała dygresja. Ksylitolu od jakiegoś czasu używam zamiast cukru. Właściwie to nawet nie "zamiast", bo cukru praktycznie nie używałem dotąd. Co najwyżej właśnie do nalewek. Teraz jednak konsumuje ksylitol i to częściej niż kiedyś cukier. Słodziłem sobie nim np. herbatę na OWRP. A teraz słodzę nim sobie wodę (herbatę i kawę wolę jednak pić gorzkie).

Tutaj znów będzie mała dygresja; dość makabryczna. Z związku z cukrem przypomniało mi się, co usłyszałem na ostatnim OWRP. Mianowicie, że są trzy "białe śmierci": sól, cukier i... służba zdrowia. Z tych trzech właściwie tylko z soli korzystam regularnie. ;)

Wracając do nalewki, to w kolejnym kroku dodałem mleko i czekałem, aż mi się zacznie rozwarstwiać. Łatwo jednak nie było, bo raz, że mleko było UHT, czyli bez bakterii mlekowych, a dwa, że ksylitol, jak się później doczytałem, ma podobno działanie antybakteryjne. Z tym pierwszym problemem uporałem się w ten sposób, że dodałem łyżkę kwaśnej śmietany 10%. Tego drugiego problemu nie byłem świadom, ale kiedy po prawie dwóch dobach otworzyłem słoik i zaleciał mnie zapach acetonu, stwierdziłem, że cokolwiek się w tym mleku dzieje, należy to przerwać i wlałem szybko ostatni składnik, czyli spirytus. Zobaczymy, co mi z tego teraz wyjdzie. Albo nalewka farmaceutów albo rozpuszczalnik do farb i lakierów. ;)

Na koniec refleksja estetyczna. Przez ostatnie dni, kiedy codziennie rano spacerowałem na uczelnię do pracy, mijałem w pewnym momencie trawnik, na którym pięknie rozpleniły się chabry bawatki. Na około stu metrach trawnika było ich tak gęsto, że kiedy rano rozwinęły kwiaty, to zagłuszały zieleń trawy i innych roślin. Trawnik przybierał niezwykły, chabrowo niesbieski kolor.

Taki widok cieszył codziennie moje oczy. Jednak kiedy wracałem w piątek z pracy, okazało się, że bezlitosna kosiarka rozprawiła się z tą dziką plantacją bławatków i przywróciła trawnikowi zielony kolor. Nie będę więc już oglądał pola chabrów w drodze do pracy. Szkoda, że nie uwieczniłem ich wcześniej na zdjęciu. Ale mimo wszystko wciąż je widzę, oczami wyobraźni. Wystarczy, że zamknę oczy... :)

Tagi: roman j
17:38, roman_j
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 lipca 2011

Ledwie wróciłem z OWRP, a już jestem myślami przy kolejnej wyprawie. I prawdopodobnie też w Kujawsko-Pomorskie, choć były też w międzyczasie plany wyprawy na Jurę.

Plany były, ale życie je zweryfikowało. Początkowo miałem wybrać się właśnie w Kujawsko-Pomorskie. W ramach przejścia jednej trasy na Dużą Złotą OTP. Planowałem, że zrobię tę trasę sam. Ale w międzyczasie pojawiła się szansa, że mogę mieć w czasie wędrówki towarzystwo. I to takie towarzystwo, że lepszego nie mógłbym sobie wymarzyć. :)

W związku z tym zweryfikowałem plany i Kujawy odłożyłem na rok następny, a na tapetę wziąłem moją kochaną Jurę. Plan był taki, żeby przejść w 10 dni Szlak Orlich Gniazd, ale z małym odejściem na Pustynię Błędowską w trakcie. Niestety, życie, jak to ma w zwyczaju, brutalnie zweryfikowało te plany. Nie będzie Jury, nie będzie towarzystwa. Przynajmniej w tym roku, bo liczę, że jeszcze do tej koncepcji uda mi się wrócić. Może już za rok?

Tak więc znów Kujawy. Ale myślę nadal, czy nie znaleźć sobie kogoś do towarzystwa. Nie dlatego, że samemu będzie mi źle, ale dlatego, że z kimś jest lepiej. Jeśli zdarzy się coś ciekawego, a nawet nieciekawego, co się jednak dobrze skończy, zawsze można sobie potem to powspominać: "A pamiętasz jak...?" No i bezpieczniej jest zawsze z kimś niż samemu.

Ale sam też mogę iść. Przeszedłem sam dwa razy Jurę, raz spory kawałek Świętokrzyskiego. I nie narzekałem na brak towarzystwa, choć czasem szkoda było, że nie było kogoś, kto by zobaczył to samo, co ja, albo to samo przeżył. Dlatego też jeszcze nie zdecydowałem, że znów pójdę sam. Rozważam, kto mógłby mi towarzyszyć.

Myślałem o R., bo coś napomknął, że może by się ze mną wybrał, ale tematu nie kontynuowaliśmy. Nie wiem, jak on stoi z urlopem. Poza tym on by to pewnie chciał zrobić szybciej niż w 10 dni. Może nawet w 5-6, co dla mnie byłoby trudne. M. podpowiedział mi inną kandydaturę, a ja potem idąc tym samym tropem pomyślałem o jeszcze jednej osobie. Ale mam w tych przypadkach dylemat, że tak to ujmę, psychologiczny.

Chociaż bowiem jestem na codzień, podobno, sympatyczny, to na takiej wyprawie, po kilku dniach wędrowania, kiedy zmęczenie da znać o sobie, mogę się zrobić drażliwy. Dlatego jako towarzystwo powinienem mieć kogoś, kto mnie przynajmniej nie będzie wtedy jeszcze bardziej rozdrażniał. Już nie oczekuję, że będzie to rozdrażnienie łagodził, bo o to niełatwo. Gdybym wziął kogoś, kto to rozdrażnienie by potęgował, to ta wyprawa byłaby męką, a ja nie czuję potrzeby odbywania pokuty. :) To i bez tego będzie dość męczące doświadczenie.

Dlatego wciąż jeszcze się waham. Najpierw odpytam pewnie R. o jego plany. Ale może w międzyczasie ktoś sam się zgłosi na ochotnika? Założenia są takie: 10 dni wędrówki z plecakami; noclegi, jeśli się uda, to pod dachem, ale namiot niewykluczony; dziennie robimy od 15 do 25 km, a cały dystans to około 200 km; start w Bydgoszczy meta we Włocławku; termin: sierpień br (dokładny chwilowo nie jest jeszcze ustalony). Resztę szczegółów mogę podać osobiście. Jak ktoś jest chętny, to niech da znać. Tak czy inaczej ja się pewnie i tak wybiorę.

Tagi: roman j
12:36, roman_j
Link Komentarze (10) »
sobota, 23 lipca 2011

Od tej notki miałem zacząć powrót na blog po OWRP, ale tak się złożyło, że dopiero teraz mam czas, żeby zebrać myśli i wrażenia, aby spróbować przelać je na strony blogu. Dlatego w międzyczasie popełniłem za to dwie krótkie notki inspirowane bieżącymi wydarzeniami. Ale dziś już nie ma wymówki, trzeba kilka słów napisać.

Tegoroczny OWRP zapamiętam jako najzimniejszy i najbardziej mokry z dotychczasowych. Może ten nie byłby najbardziej mokry, gdybym w 2007 roku nie zrobił sobie przerwy, bo Rajd w tamtym roku był, według relacji moich rajdowych towarzyszy, jeszcze bardziej mokry niż ten.

Inną specyficzną cechą tegorocznego Rajdu była spora liczba noclegów spędzonych pod dachem. Nigdy co prawda nie robiłem tego typu statystyk, ale wydaje mi się, że w tym roku takich noclegów było najwięcej. Jednak nie widzę w tym nic zdrożnego, bowiem nigdzie nie jest zapisane, że specyfiką tego rajdu jest konieczność nocowania w namiotach.

Noclegi pod dachem mieliśmy na samym początku trzy w Samociążku, a potem jeszcze dwa w Tleniu, jeśli dobrze kojarzę. Te pierwsze spędziliśmy w pięć osób w czteroosobowej przyczepie kempingowej. Wydawałoby się, że taki nocleg w porównaniu z namiotem to luksus, ale w moim subiektywnym odczuciu było tam ciaśniej niż w moim namiocie, który i tak jest niewielki. Na dodatek spaliśmy we trzech na łóżku, które przewidziane było dla dwóch osób. Jakby tego było mało, mnie się trafiła miejscówka na skraju legowiska, które miało ten feler, że właśnie na skraju w samym środku opadało ku podłodze. Budziłem się więc często wygięty w pałąk i próbowałem się wcisnąć bardziej wgłąb, gdzie spadek był mniejszy, ale za to mniej było też miejsca. Dlatego po trzech dniach z ulgą rozłożyłem namiot na czwartą noc.

Kolejne dwa noclegi pod dachem wymusiła pogoda, bo tak lało, że rozłożenie namiotu tak, żeby w środku nie było mokro, byłoby mistrzostwem. W tej sytuacji poszliśmy spać do domków. W nich też zresztą nie zawsze było sucho. Nam się akurat trafił pokój ze szczelnym dachem, ale już po sąsiedzku woda lała się z sufitu. Na szczęście nie na łóżka.

Trochę nam się na tym Rajdzie poszerzył skład, bo z pierwotnego Tercetu, a późniejszego Kwartetu zrobił nam się Kwintet Egzotyczny. Ten kwintet składał się z duetu z Zachodu oraz z tercetu z Centrum i wzdłuż tej linii podziału trochę się nam więzi osłabiały. Kolejną członkinią naszej grupy została D., pseudonim "Maruda", koleżanka i krajanka B. Pseudonim jest moim zdaniem trochę na wyrost, ale był używany w sensie żartobliwym.

Przy okazji tego Rajdu zacieśniliśmy też więzy z innym teamem, którego nazwa właściwie się jeszcze nie utrwaliła, bo funkcjonowały co najmniej trzy: "Sulęcin" (od miejsca zamieszkania jednego z członków), "3 x Prudnik" (od miejsca zamieszkania innego z członków) oraz "Ziemie Odzyskane" (ze względu na to, że uczestnicy reprezentują: Sulęcin, Prudnik i Elbląg, które to miasta leżą właśnie na tzw. Ziemiach Odzyskanych). Nasz alians przypieczętowaliśmy kilkoma kurtuazyjnymi wizytami, kilkoma posiedzeniami nad wodą rozmowną i rozbijaniem namiotów wokół wspólnego "rynku", jeśli okoliczności temu sprzyjały. Wymieniliśmy się też na koniec małpami i komórkami (ale nie macierzystymi) oraz obiecaliśmy sobie, że na następnym Rajdzie wybierzemy się na tę samą trasę.

Kolejną specyfiką tego OWRP było to, że podjąłem pewne postanowienia dotyczące abstynencji. Miałem mianowicie powstrzymać się od spożywania: alkoholu, kawy i słodyczy (oraz ewentualnie innych produktów zawierających sacharozę, glukozę lub fruktozę). Żadnego z postanowień nie dotrzymałem, choć najdzielniej trzymałeś się abstynencji od kawy.

Abstynencję od alkoholu złamałem już pierwszego dnia, kiedy wypiłem powitalną kolejkę na pierwszym noclegu. Ale to jeszcze tłumaczyłem sobie tym, że Rajd się jeszcze na dobre nie rozpoczął. Za kolejnym razem, kiedy byłem kuszony, poprosiłem smsem o dyspensę mojego osobistego "spowiednika". Ten dał mi wolną rękę i całe założenie diabli wzięli.

Nie chciałbym jednak robić wrażenia, że Rajd ten utonął w morzu alkoholu. Nie. Z pewnych oczywistych względów było to niewskazane. Jak się ma do przejścia nawet do 30 km dziennie, to nie można spożyć dużo alkoholu w poprzedzający wieczór. Owszem, byli i tacy, co w siebie sporo go wlewali, ale oni, jak się potem okazywało, wozili sobie tyłki z noclegu na nocleg transportem publicznym.

Dlatego moje spożycie oscylowało wokół 50 ml jakiegoś balsamu pomorskiego czy czegoś w podobnym guście. Ewentualnie było to jedno piwo przed snem, a raz wypiłem jeszcze jedno dodatkowo. Wyjątkiem był ostatni wieczór przed rozjechaniem się do domów, kiedy wyżej wspomnianą normę podwoiłem lub potroiłem, ale nawet wtedy rano nie miałem żadnych przykrych dolegliwości, co oznacza, że dawka nie była nadmierna.

Ale to był specyficzny wieczór i na tę okoliczność wcześniej wzniosłem jeszcze toast tequilą podczas konsumowania z R. i P. kolacji w lokalu. Był to toast, o którym pisałem tutaj. I wzniosłem go tylko z R., bo P. ma jeszcze kilka miesięcy do pełnoletniości, a poza tym to musi być toast dwuosobowy. Niestety, lokal nie stanął na wysokości zadania i tequilę podano bez soli i bez cytryny. Ale turysta to czlowiek zaradny, więc sól wzięliśmy sobie z solniczki, a cytrynę z zamówionego wcześniej pstrąga. ;)

Jeśli chodzi o abstynencję od cukru, to kilka razy złamałem się na jakieś ciastka. Raz też kupiłem sobie cukierki anyżowe, bo naszła mnie nieodparta ochota. Ale skonsumowałem ich może kilka. Nie dlatego, że nie były smaczne, ale dlatego, że chciałem jednak trzymać się swojego postanowienia w miarę możliwości.

Abstynencję od kawy złamałem tylko raz, ale za to dobrze. Było to wtedy, kiedy wracając z domu na trasę Rajdu (a do domu musiałem wrócić z powodów zawodowych) spóźniłem się 15-20 sekund na pociąg. I stanąłem przed perspektywą spędzenia nocy w Bydgoszczy. Bydzia nocą jest całkiem przyjemnym miejscem, ale jednak wolałem nie ryzykować spania na dworcu, dlatego najpierw poszedłem do kina na seans o 21.30 wypiwszy wcześniej zakupioną na miejscu mokkę. A potem po dwugodzinnym powrocie z kina na dworzec (szedłem bez mapy, więc obszedłem kawałek Bydzi zanim zdecydowałem się skorzystać z GPS-a) nad ranem wypiłem jeszcze dwie kawy, ale i tak oczy mi się same zamykały w pociągu.

Rozpisałem się trochę, więc na tym dziś zakończę. Więcej informacji podam, kiedy będę szczegółowo opisywał OWRP dzień po dniu w moim blogu turystycznym. Ale biorąc pod uwagę jakie mam zaległości i w jakim tempie je nadrabiam, ta chwila może się mocno oddalić w czasie. Myślę, że warto będzie jednak na nią zaczekać. :)

piątek, 22 lipca 2011

Urwałem się dziś wcześniej z komisji rekrutacyjnej. Wiadomo, zaczyna się weekend, a ja chciałem spędzić trochę czasu w doborowym towarzystwie (co tym razem bynajmniej nie oznaczało, że sam ze sobą). Zdecydowałem się więc pojechać do K., a żeby dotrzeć tam o w miarę sensownej porze, musiałem wyjechać trochę wcześniej niż zwykle kończę pracę.

Odmeldowałem się więc około 11.30 u dziekana S., który zresztą pojechał tego dnia do Warszawy, ale którego uprzedziłem wcześniej, że się wcześniej oddalę, co zaakceptował. Wróciłem jeszcze do domu, zjadłem co niego i poszedłem na dworzec, gdzie wsiadłem w autobus i pojechałem do K.

Kiedy dojechałem do K., pora była jeszcze wczesna i miałem prawie czterdzieści minut do umówionego spotkania, więc postanowiłem wyjść naprzeciw M. Droga prowadziła na przedmieścia K. i w pewnym momencie chodnik został już tylko po jednej stronie drogi, na którą przeszedłem. Idąc tak poczułem w pewnym momencie, że nie zaszkodziłoby odcedzić kartofelki. A że akurat po drugiej stronie ulicy zaczynał się całkiem spory zagajniczek, więc przeszedłem na tę drugą stronę. Zrobiłem parę kroków i zauważyłem leżącą w trawie butelkę.

Nie dość, że leżała, to była jeszcze pełna. Nie dość, że pełna, to nawet jeszcze fabrycznie zamknięta. Nie dość, że fabrycznie zamknięta, to jeszcze była to butelka "Wyborowej". Pomyślałem sobie w tym momencie, że to kolejny dowód na to, że nie ma boga, bo gdyby był, to ja bym w tym miejscu znalazł banknot 20-złotowy, bo on by wiedział, że na flaszkę się nie skuszę.

Ale na wszelki wypadek rozjerzałem się po okolicy w poszukiwaniu punktów orientacyjnych, żeby wiedzieć, gdzie jej szukać jeśli zmienię zdanie, a ona tam jeszcze będzie leżała. ;)

Tagi: roman j
22:11, roman_j
Link Komentarze (2) »
wtorek, 19 lipca 2011

Na razie wróciłem do domu, a może wkrótce wrócę i na łamy blogu. Na razie nie mam na to czasu i siły, bo po powrocie wypisałem sobie długą litanię spraw, które chce w najbliższym czasie załatwić. Tymczasem czasu mam niewiele, bo praca w komisji rekrutacyjnej zabiera mi sporo czasu i energii. Ale lubię to. Do tego stopnia, że kiedy dziekan S. zaproponował, żebym sobie wziął wolne któregoś dnia, zacytowałem mu wyjątek z zasad działania komisji rekrutacyjnych, gdzie stoi napisane, że sekretarz komisji jest gospodarzem w procedurze przyjmowania dokumentów kandydatów. I dodałem, że nie wypada, żeby gospodarza nie było. :)

W czwartek pewnie pojadę na ostatnie zebranie decyzyjne do stolicy, bo tak się już wstępnie z dziekanem umówiliśmy. Wcześniej on był dwa razy beze mnie, teraz ja pojadę bez niego. Tak jeszcze dotąd nie było, bo dotychczas jeśli ja jechałem, to zawsze byliśmy obydwaj. Dzięki temu nie musiałem podejmować żadnych ważnych decyzji i służyłem jedynie głosem doradczym. Teraz jednak nie ma już wykrętów. Zresztą dziekan wielokrotnie mówił, że on nie powie nic innego niż ja bym powiedział i nie podejmie innej decyzji niż ja, co ja odbieram jako deklarację zaufania do mnie i moich decyzji. Poza tym powtarza, że decyzje podejmuje komisja, bo po to jest powołana, a nie on sam, chociaż jest jej przewodniczącym. Ale w praktyce decyzje i tak podejmujemy najczęściej we dwóch.

Decyzji zresztą za wiele nie będzie do podjęcia. Będziemy kontynuować dotychczasową linię. Nie będzie z naszej strony żadnego manipulowania progami punktowymi, bo to byłoby nie fair zmieniać zasady w trakcie gry. O tym dyskutowaliśmy zresztą już w niedzielę. A raczej nie dyskutowaliśmy, ale utwierdziliśmy się wzajemnie w przekonaniu, że widzimy i oceniamy tę sprawę tak samo. Natomiast w kwestii tego, czy będziemy przyjmować osoby, które chciały do nas trafić na studia, ale "pomyliły drogę", to myślę, że każdy przypadek będzie rozpatrywany niezależnie. I o ile pozwolą na to limity przyjęć, będziemy raczej za tym, żeby pójść takim osobom na rękę. Ale oczywiście pierwszeństwo będą miały te osoby, które trafiły do nas bez żadnych komplikacji. W ten sposób premiowana jest umiejętność czytania ze zrozumieniem. To się potem przydaje na studiach. ;)

Tymczasem kończę i wracam do mojej listy spraw do zrobienia. Muszę ją dziś znów trochę skrócić. I tak w międzyczasie wciąż się wydłuża i końca nie widać.

 
1 , 2

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape