O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
wtorek, 31 lipca 2012

Tym razem nie będzie o religii. Choć pojęcie wolnej woli jest ważnym zagadnieniem teologicznym. To nie religia skłoniła mnie do rozważań na ten temat. Gdybym miał wskazać inną gałąź nauki, to byłaby najpierw fizyka kwantowa, a potem... zoologia. :)

Zanim przejdę do właściwych rozważań, napiszę jeszcze, że rozmyślałem na ten temat na tyle długo, że zdążyłem stworzyć jedną teorię, po czym ją obaliłem, kiedy próbowałem ją uszczegółowić (znalazłem w niej błąd). Następnie stworzyłem drugą w oparciu o zupełnie inne założenia i zdążyłem już w nią zwątpić. Ostatecznie postanowiłem dłużej się nad tym zagadnieniem nie zastanawiać, a to, do czego na razie doszedłem, zapisać i zająć głowę czymś innym. :)

Otóż dwukrotnie doszedłem do wniosku, że twierdzenie, że mamy wolną wolę i sami decydujemy o tym, co robimy, jest skutkiem złudzenia. Za pierwszym razem wywnioskowałem tak wychodząc z założenia, że na najniższym stopniu organizacji materii stanami cząstek elementarnych rządzą prawa prawdopodobieństwa (niech mi specjaliści od mechaniki kwantowej wybaczą trywializację tematu). Dalej tego wątku nie pociągnę, bo jak pisałem wyżej, tę teorię obaliłem sam. :)

Za drugim razem obserwowałem swojego kota, który stanąwszy w przedpokoju najwyraźniej stanął przed koniecznością dokonania wyboru. Wybór polegał na tym, czy skręcić w lewo, czy w prawo. Po lewo siedział jego człowiek, który choć bywa upierdliwy i czochra futro, które potem trzeba przez kwadrans ulizywać, to jednak jest to nawet przyjemne. Po prawo na dywanie rozlała się właśnie wielka plama słońca, w którego promieniach można się wygrzać.

Nie wiem, co wybrał ostatecznie wtedy kot, ale nie był to przecież świadomy wybór. O ile wiem, koty nie myślą w tym sensie, że nie formułują myśli za pomocą słów układanych w zdania. Tak więc proces podejmowania decyzji przedstawiłem wyżej z ludzkiej perspektywy. A jak to wygląda z perspektywy zwierzęcia?

Moim zdaniem wygląda tak, że mózg zwierzęcia waży "argumenty" opowiadające się za różnymi zachowaniami. Zakładam, że każdemu z tych możliwych zachowań towarzyszy pobudzenie innych wiązek neuronów, z których każda pobudza ośrodek nagrody. "Wygrywa" ta, która podrażni go najbardziej, czyli mózg wybierze to zachowanie, które skojarzy mu się najmocniej z przyjemnością.

Napisałem wyżej o ważeniu, bo mózg działa, moim zdaniem, jak waga wyposażona w szalki. Te szalki nieustannie wahają się pod wpływem kolejnych bodźców dostarczanych przez zmysły, pod wpływem zapisanych i odgrzebanych wspomnień. Wahania te są też specyficzne dla wstępnej "konfiguracji" mózgu, czyli tego, jak był on zbudowany, zanim zaczął pod wpływem doświadczeń konfigurować się wtórnie. I kiedy jedna z tych szalek przeważy wyraźnie w dół, załącza się mechanizm realizacji wybranego scenariusza postępowania.

Ktoś może powiedzieć, że za mocno komplikuję sprawę, bo przecież wiadomo, że człowiek kieruje się rozumem, a zwierzęta instynktem. Na taki zarzut odpowiedziałbym tak, że instynktem to się na przykład kot może kierować, kiedy czuje głód, kiedy poluje, kiedy zostanie zaatakowany. Ale kiedy decyduje, czy położy się na lewym boku czy na grzbiecie albo czy wskoczy na parapet czy na kolana człowieka i w wielu innych podobnych sytuacjach, wtedy instynkt chyba niewiele może mu podpowiedzieć. Zresztą słowa "decyduje" używam umownie. To nie zwierze decyduje, ale jego mózg po prostu daje pierwszeństwo jednym albo innym wiązkom neuronów, które powodują takie, a nie inne zachowanie.

A jak to jest w przypadku człowieka? Myślę, że bardzo podobnie choć z jedną drobną różnicą. U człowieka do procesu decyzyjnego moim zdaniem włącza się świadomość. Ale nie włącza się jako tego procesu kierownik, ale raczej jako świadek, komentator i interpretator. Często także jako uczestnik, ale tylko jeden z kilku, a nie jedyny, choć często decydujący.

Świadomość jest więc przede wszystkim świadkiem procesu decyzyjnego. Świadkiem, który łudzi się, że jest jedynym decydentem. Jest też interpretatorem, bo tłumaczy sobie w zrozumiały sposób, jaką właśnie decyzję "podjął" mózg. Choć też nie zawsze. Jest wreszcie komentatorem, który uzasadnia podjętą decyzję. "Zrobiłem tak i tak, bo...". To ważna rola, bo człowiek jakąkolwiek decyzję podejmie, w większości wypadków sam ją przed sobą uzasadnia. Jest przekonany, że była właściwa i podjęta w oparciu o prawidłowe przesłanki.

Tymczasem moim zdaniem jest z tym tak samo jak u zwierząt. Nas mózg przetwarza bodźce aktualnie płynące z otoczenia, filtruje je przez aktualną konfigurację neuronów, przywołuje wspomnienia (świadome i nieświadome) mogące pomóc ocenić każdą z możliwości działania. To wszystko oznacza pobudzenie różnych "obwodów" w mózgu. Obwodów, które "rywalizują" ze sobą. Jeśli rywalizacja ta jest wyrównana, wtedy włącza się w ten proces świadomość, która dorzuca swoje trzy grosze do tego procesu, ale nie zawsze jej wpływ jest decydujący (jak często zdarzyło nam się podjąć nieracjonalną decyzję?).

Wszystko to trwa bardzo krótko i coś w końcu przeważa. Decyzja zapadła. Teraz trzeba ją zinterpretować, uzasadnić i przekonać samego siebie, że była właściwa. Ale to nie jest decyzja w takim sensie, w jakim to rozumiemy potocznie. To jest wynik procesu, na który świadomość ma tylko taki wpływ, na jaki pozwolą inne czynniki. Jeśli sytuacja wymaga działania instynktownego, to świadomość w proces decyzji nie zostanie zaangażowana, bo jest zbyt wolna. Tak samo, jeśli wybór jest oczywisty.

Do takich wniosków doszedłem rozważając temat wolnej woli. Nie oznaczają one jednak, że nie mamy żadnego wpływu na to, co robimy. Otóż mamy. Po pierwsze w przeciwieństwie do zwierząt mamy czynnik świadomości, którego wpływ na nasze decyzje możemy wzmacniać. Mózg jest bowiem plastyczny i możemy go w jakimś zakresie "konfigurować". Niezależnie od tego konfigurują go doświadczenia, nie tylko te rozważane później świadomie. Jeśli podejmiemy decyzję, która dobrze nam służyła, mózg zapewne wzmocni te obwody, które optowały za tą decyzją. Odwrotnie będzie, jeśli skutki decyzji będą nam szkodzić.

Myślę też, że możemy świadomie zwiększać wpływ świadomości na podejmowane decyzje, choć niekoniecznie jest to dla nas korzystne, bo może prowadzić do paraliżu decyzyjnego, kiedy każdą decyzję trzeba będzie podejmować z udziałem świadomości. Czasem świadomość sama oddaje pole, kiedy, jak to się mówi "słuchamy siebie" albo posługujemy się intuicją. To jest, moim zdaniem, nic innego jak oddanie inicjatywy samemu mózgowi. Niech gra impulsów w wiązkach neuronów przeważy szalę na którąś ze stron. :)

Zdaję sobie sprawę, że przedstawiona przeze mnie wyżej koncepcja jest niedoskonała. Może nawet bardzo. Jest to koncepcja przede wszystkim filozoficzna, a nie biologiczna, psychologiczna, neurologiczna czy biorąca pod uwagę inne gałęzie nauki. Dlatego nie upieram się, że mam rację. Może nawet jest to stek bredni. Ale za to chyba dość ciekawy stek bredni i inspirujący, mam nadzieję, do rozmyślań. I jeśli tak jest, to już osiągnąłem cel mojego dzisiejszego pisania. :)

Jeszcze na koniec kilka słów. Z konieczności skróciłem swoje rozważania, bo i tak notka wyszła długa. Pominąłem chociażby skutki przyjęcia powyższych rozważań za odpowiadające rzeczywistości. Nie rozważałem także bliżej wpływu poszczególnych czynników procesu "decydowania". Nie ustosunkowałem się do zagadnienia chorób psychicznych, które również można z tego punktu widzenia opisać. Ale to wszystko dlatego, że nie chciałem nadwyrężać cierpliwości czytelników. Zwłaszcza, że to tylko takie sobie moje subiektywne dyrdymałki. :)

Tagi: roman j
23:16, roman_j
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 30 lipca 2012

Poszedłem dziś do miasta załatwiać różne sprawy, których się trochę zebrało. Kiedy już zmierzałem w stronę domu, na końcu deptaka przypałętał się jakiś lekko zaśliniony i bełkocący młody człowiek. Próbował mnie namówić na wsparcie finansowe w wymiarze jednej złotówki. Z zasady nie daję pieniędzy takim żebrakom, więc temu też nie zamierzałem dać, choć szczerze przyznał się, że brakuje mu do piwa.

Był jednak mocno namolny. Nagabywał mnie dość długo, a ja przyjąłem tym razem taktykę ignorowania. To dość ryzykowna taktyka, bo w ignorowanym wzbudza irytację. Można w ten sposób niezasłużenie dostać w trąbę. Ale tym razem obeszło się bez rękoczynów. Mnie się natomiast przypomniał patent, który miałem wprowadzić w życie po tym, jak nań wpadłem na tegorocznym OWRP.

Inspiracją tego pomysłu było zachowanie B., która skutecznie odpędzała meneli od naszego miejsca noclegu. Zabieg stosowała bardzo prosty. Kiedy ktoś pytał, co to za impreza, mówiła, że pielgrzymka. Niektórym to wystarczyło, a niektórych co bardziej opornych trzeba było jeszcze zaprosić do wspólnej modlitwy, żeby poszli jak zmyci.

To mi nasunęło myśl na skuteczny środek ochrony przed nagabywaniem o pieniądze. Mianowicie postanowiłem zaopatrzyć się w... różaniec. Ale nie po to, żeby z jego pomocą odklepywać zdrowaśki, bo to byłoby równie skuteczne, co wielokrotne powtarzanie np. "hokus pokus, abra kadabra, czary mary", czy jakichś zaklęć z książek o Harrym Potterze.

Nie, po różaniec sięgałbym w chwili, gdy ktoś mnie zagadnie o pieniądze. Zwracałbym się wtedy do takiego człowieka słowami: "Dobrze, bracie, dam ci dziesięć groszy, jeśli zmówisz ze mną dziesiątkę różańca". Myślę, że cena nie jest wygórowana, skoro Cejrowski za zdjęcie bierze jedno "Ojcze Nasz".

Jak widać, na złotówkę trzeba by zmówić dziesięć dziesiątek. Ale wprowadziłbym promocję - złotówka za jeden różaniec. Myślę, że nie znalazłby się człowiek, który zechciałby się poświęcić modlitwie w zamian za wsparcie. Ale jeśli tak, to sumiennie wypłaciłbym mu to, co by wymodlił. Byłbym więc w 100% wiarygodny. W przeciwieństwie do boga, który ponoć raz modlitw wysłuchuje, a raz nie i nie wiadomo dlaczego. To znaczy, ja wiem. Skoro go nie ma, to życie toczy się sobie, a modlitwy płyną sobie. Ale wierzący myślą inaczej i oni się zastanawiają potem, czym zawinili, że ich modlitwy nie sprawiły, żeby sprawy przybrały korzystny dla nich wymiar.

Jak widać wiara może się czasem przydać i ateiście. Oczywiście cudza wiara. Ludek mamy zabobonny, więc pomyślałem, że nawet jak się gdzieś dalej pieszo wybiorę, to będę mówił, że idę na pielgrzymkę. To łatwiej ludziom pojąć niż to, że się człowiek dla przyjemności w wolnym czasie szlaja gdzieś po Polsce z plecakiem na plecach. A i ludzie życzliwsi są, jak słyszą, że się w pobożnym celu kilometry nabija. Tylko muszę zawsze wcześniej zrobić sobie rozeznanie, gdzie po drodze moich wędrówek znajdują się jakieś sanktuaria, cudowne obrazki, źródełka i tym podobne. No bo wiarygodność ważna jest. I tylko wiary w tym za grosz nie będzie. Chyba, że wiara w ludzką zabobonność. :)

Tagi: roman j
14:17, roman_j
Link Komentarze (8) »
środa, 18 lipca 2012

Mam ostatnio, to znaczy od jakiegoś tygodnia, bardzo sensowne sny. Sensowne, to znaczy realistyczne bez żadnych fantastycznych wstawek. Większość z nich pamiętam jeszcze rano po przebudzeniu, ale potem ulatują mi z głowy, bo nie mam ich jak zapisać. Dziś jednak jeden fragment snu, który miałem tuż przed przebudzeniem, dobrze zapamiętałem i postanowiłem go zapisać nie tylko z tego względu.

Śniło mi się, że byłem na jakimś koncercie. Gdzie on się odbywał, tego nie wiem, bo zupełnie tego miejsca nie poznałem. Ale poznałem kilka osób, z którymi go oglądałem. Był tam A., który najwyraźniej wybrał się ze mną oraz m.in. nowy dziekan mojego wydziału, który będzie urzędował od września.

Koncert był jedną wielką organizacyjną i artystyczną porażką, ale nie dlatego utkwił mi w pamięci. Kluczową była scena, kiedy siedząca obok nowego dziekana osoba, którą we śnie znałem jako jakąś ważną personę w samorządzie studenckim (na jawie w ogóle jej nie znam), z nutką złośliwości zagadnęła mnie, że studenci apelują, żebym stawiał również oceny pozytywne z przedmiotu. Nie wiem dlaczego, ale wymieniła mnie razem z doktorem M. z matematyki, o którym nie mam informacji, żeby był jakoś wybitnie nieskory do zaliczania przedmiotu. Żeby podkreślić moje rzekome wyśrubowane wymagania dodała, że nawet doktor K. (od żelbetu) stawia oceny pozytywne.

Ponieważ zwracając się w ten sposób do mnie w obecności nowego dziekana obsmarowała mnie niezasłużenie, więc odpowiedziałem jej w tym śnie, że ja również stawiam oceny pozytywne i, co można sprawdzić, przedmiot zalicza u mnie 2/3 studentów. Na tym się wymiana poglądów między nami zakończyła.

Ja tymczasem po obudzeniu zacząłem się zastanawiać na dwoma rzeczami. Po pierwsze skąd wziąłem te 2/3 studentów, bo na studiach dziennych to jest zwykle nawet więcej? Ale tu i tak nie ja zaliczam przedmiot, bo prowadzę tylko ćwiczenia i to nie moje nazwisko jest na protokole, więc jakby nie do mnie powinna być taka uwaga adresowana. Natomiast na studiach zaocznych liczba 2/3 studentów jest bliska rzeczywistości, ale jako odsetek tych, którym się nie powiodło. Po drugie, jak to jest u licha, że własna podświadomość robi człowiekowi świństwo i podsuwa mu takie sny. Et tu, Brute, contra me? ;)

Tagi: roman j
06:58, roman_j
Link Komentarze (2) »
niedziela, 01 lipca 2012

Postanowiłem napisać notkę w blogu, żeby nie wyjść z wprawy i nie zapomnieć, jak się to robi. ;) A przy okazji wyrazić radość, że są już wakacje.

Dla mnie wakacje są zawsze pracowite, choć dzięki dobremu porozumieniu, jakie mam od czterech lat z prodziekanem S., są nieco mniej pracowite niż by być mogły. Ale może już za rok będę cieszył się urlopem tak, jak kilka lat wcześniej. Cieszył albo nudził. Chociaż nie, za dużo mam ewentualnych planów, żeby się nudzić przez dwa miesiące. Planów, z których tylko niewielką część uda mi się zrealizować w najbliższe wakacje.

Mam zamiar poskakać sobie trochę, co oznacza, że kilka weekendów będę miał zagospodarowanych. Pierwsze skoki w tym roku już udało mi się oddać. Co prawda tylko trzy, ale dobre i to, bo przynajmniej przypomniałem sobie, jak to jest. Przed pierwszym skokiem miałem pustkę w głowie, ale nie w sensie strachu, chociaż bałem się też, tylko w takim znaczeniu, że myślałem, że nic nie pamiętam i nie umiem. Myślałem, że nie będę umiał oddać poprawnego skoku, bo zapomnę, co po kolei robić. Ale udało się i nabrałem nieco pewności. Kolejne dwa skoki poszły już gładko. Szkoda, że nie mogłem oddać czwartego, bo okazuje się, że nadal źle wychodzę z samolotu i byłaby okazja sprawdzić, czy wyciągnąłem właściwe wnioski ze swoich błędów.

Warunki do skakania, i nie tylko do skakania, miałem tym razem komfortowe, bo nie musiałem się martwić o transport. M. zgodził się mnie zawieźć do Masłowa i przywieźć z powrotem. Oczywiście na mój koszt, ale koszt ten był tylko o kilka złotych wyższy niż gdybym tłukł się transportem publicznym. A przecież komfort podróży i spokojna głowa są nie do przecenienia. W wakacje będzie dużo lepiej, bo będzie bezpośredni autobus z mojego grajdołka do Kielc. Ale jeśli M. da się namówić, to przejechałbym się z nim jeszcze raz (albo i więcej).

Zmieniając nieco temat napiszę, że choć ciałem jestem jeszcze w moim grajdołku, to myślami już jestem na trasie OWRP. Mam od około tygodnia czy może dwóch takie dziwne "jazdy", jak to nazywają młodsi ode mnie, że zaleci mnie jakiś zapach skoszonego trawnika, wiatr jakoś zawieje, albo słońce świeci jakoś szczególnie, a ja już myślami jestem na trasie. Miałem tak kiedyś po powrocie ze studiów w Darmsztadt, że każdej wiosny przez kilka pierwszych lat czułem zew, żeby tam pojechać i pobyć trochę. To, co czuję teraz, jest podobne. Z tą różnicą, że ten zew jest słabszy, bo wiem, że pojadę. Do Darmstadt od 2000 roku się nie wybrałem i wiedziałem, że raczej tego nie zrobię. Choć raz byłem bliski tego, żeby wsiąść do pociągu i pojechać ex abrupto.

Tyle tekstu chyba wystarczy, żeby nie zapomnieć, jak się pisze blog. Zresztą być może skrobnę coś jeszcze w blogu turystycznym, jeśli wena mnie nie opuści. :)

Tagi: roman j
20:04, roman_j
Link Komentarze (4) »

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape