O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
niedziela, 30 sierpnia 2009

To będzie jedna z bardzo rzadkich ostatnimi czasy notek napisana, że tak to wzniośle nazwę, z potrzeby ducha. Po prostu muszę gdzieś skanalizować irytację, która przeszkadza mi się skupić i zająć czymś przyjemnym lub pożytecznym. Irytację, którą wywołało poczucie, że ktoś mnie robi w wała. Szczegółów oszczędzę, ale opiszę sytuację tak zwanymi ogólnikami.

A wygląda ona tak, że rozmawiam z kimś kilkakrotnie o jego planach. Rozmowy są niezobowiązujące, ale zakładam, że szczere. W czasie takich rozmów kilkakrotnie pada stwierdzenie, że osoba, z którą rozmawiam, czegoś tam nie będzie robić. Mnie jest to obojętne, czy będzie, czy nie będzie, ale przyjmuje do wiadomości to, że nie. Żadnych planów z tym związanych nie mam, choć gdyby odpowiedź była pozytywna, to może bym miał, chociaż też niekoniecznie. Mija jakiś czas i dostaję wiadomość od tej osoby, która z radosną dezynwolturą oznajmia mi, że właśnie to zrobiła. A ja mam graniczące z pewnością przekonanie, że wspomniana osoba od pierwszej rozmowy o tym planowała, że to zrobi. Wykoncypowała sobie jednak, że może mi się to nie podobać (błędnie zresztą) i wolała utwierdzać mnie w przeciwnym przekonaniu.

W całej tej sprawie irytuje mnie (żeby nie ująć tego dosadniej) to, że zostałem wprowadzony w błąd. Dodatkowo irytuje mnie to, że ktoś założywszy sobie, że coś mi się może nie spodobać uznał, że lepiej będzie to przede mną zataić do czasu, kiedy będzie już po wszystkim. Tak jakby to coś zmieniało. Jeśli rzeczywiście to coś zmieniło, to wyłącznie na gorsze.

I nawet wiem, dlaczego tak się stało, bo mechanizm jest mi znany. Kiedy człowiek wie (lub tylko zakłada, jak tutaj), że to, co chce zrobić, w kimś może wzbudzić negatywne uczucia, a ze zdaniem tego kogoś się w jakimś stopniu liczy, to woli to przed nim ukryć. Z co najmniej dwóch powodów: a) żeby nie dać się odwieść od swoich zamierzeń lub b) nie dać sobie popsuć radości czerpanej z ich realizacji. Ja sam wiem, jak to jest, zrobić coś wbrew opinii kogoś, z czyją opinią się liczę lub na czyjej sympatii lub choćby przychylności mi zależy. Tyle, że w tym przypadku, jak napisałem wcześniej, sprawa była mi obojętna. Nieobojętna stała się dopiero wtedy, kiedy okazało się, że zostałem celowo wprowadzony w błąd. Dopiero teraz jestem zirytowany i to jak diabli. Ktoś zachował się wobec mnie po szczeniacku. Żeby było ciekawiej, to miałem takie przeczucie, że jestem "uspokajany" i dlatego, choć mi ta sprawa była obojętna, trochę przekomarzałem się z moim rozmówcą, że jednak to zrobi. Gdybym wtedy usłyszał, że może tak, że zobaczy, że nie wyklucza, zamiast jednoznacznego nie, dziś nie czułbym się jak palant.

Właściwie powinienem to wygarnąć zainteresowanej osobie. Obawiam się jednak, że to na nic. Po pierwsze dlatego, że wątpię, czy druga strona będzie potrafiła spojrzeć na sprawę moimi oczami, a bez tego cały trud na nic. Po drugie zaś dlatego, że sądzę, iż to nic nie zmieni, chyba że na gorsze. Takie postępowanie jest efektem czegoś, na co ja nie mam wpływu. Mentalności, osobowości czy charakteru. Nie wiem dokładnie czego. Może każdego z tych elementów po trochu. W każdym razie człowieka nie zmienię. Mogę co najwyżej traktować jego, i to co mówi, z większą rezerwą. Zakładać, że to, co mówi, może być kłamstwem. Ale czy przy takim założeniu jakaś bliższa znajomość ma jeszcze sens?

Tagi: roman j
18:12, roman_j
Link Komentarze (6) »
czwartek, 27 sierpnia 2009

Póki jeszcze mam to na świeżo, zdam relację z dalszego ciągu mojego pobytu na biebrzańskich mokradłach.

Poprzednią część zakończyłem stwierdzeniem, że ruszyliśmy w teren. No i ruszyliśmy. Ponieważ BPN zaczyna się w okolicy Goniądza zaraz za mostem na Biebrzy, więc na jego teren weszliśmy bardzo szybko. Zaplanowaliśmy sobie, że przejdziemy żółtym szlakiem do miejscowości Osowiec (ale to nie ten Osowiec, gdzie jest twierdza), a potem wrócimy niebieskim szlakiem rowerowym po szosie na wypadek, gdyby przyszło nam wracać po ciemku.

Mapę mieliśmy pożyczoną od właścicielki naszej kwatery, ale była ona (mapa) już leciwa, a na dodatek kiepsko zredagowana. Żółty szlak, którym szliśmy, był na niej bardzo słabo zaznaczony, a rowerowy wcale. Dlatego dopiero w drodze przekonaliśmy się, że spory kawałek drogi w te i z powrotem pokonamy tą samą trasą. No trudno. Dobrze, że przynajmniej szlak żółty, którym szliśmy w tamtą stronę, meandrował trochę po lesie.

Do Osowca doszliśmy po około dwóch godzinach. Po drodze za wielu atrakcji nie było. Zwierzyna nam się pod nogi nie pchała. Roślinność może i była jakaś specyficzna, ale żaden z nas dwóch nie jest na tyle mocny z botaniki, żeby móc to ocenić. Za to w drodze powrotnej, która wiodła szosą z Osowca do Goniądza, mieliśmy ciekawe towarzystwo. Kiedy już wychodziliśmy ze wsi, z jednego z podwórek wybiegły dwa nieduże psy. Nazwę je dla uproszczenia Czarny i Biały. Myśleliśmy, że chcą nas obszczekać i pogryźć, tak szybko ku nam biegły, ale po chwili jakby się rozmyśliły. Skręciły mijając nas i zaczęły się gonić. To znaczy Biały, z wyglądu starszy i bardziej opasiony, ganiał Czarnego, który gnał przed siebie jak głupi, potem przystawał i znów gnał. Co jakiś czas podbiegał do nas, a potem znowu gnał przed siebie.

Z początku nie zwracaliśmy na te psy jakiejś szczególnej uwagi, ale kiedy po około dwóch kilometrach nadal z nami biegły (głównie przed nami), zaczęło nas to trochę dziwić. Jakiś czas później probowaliśmy je nawet skłonić do zawrócenia do domu, ale Czarny najwyraźniej nie rozumiał, o co nam chodzi, a Biały biegł za nim. Ten Biały, to nawet kilka razy próbował zawrócić, ale ponieważ Czarny do niego nie dołączał, więc wracał do nas. Mimo naszych prób zniechęcania psy doprowadziły nas do samego Goniądza. Biały wyglądał na sforsowanego drogą, ale nie odpuszczał Czarnemu, a ten wyglądał, jakby traktował to wszystko jak świetną zabawę.

W końcu Biały został gdzieś na ulicach Goniądza, a Czarny doszedł z nami pod bramę i chciał wejść na działkę. Nie wpuściliśmy go i poszliśmy do siebie do pokoju. Wydawało mi się nawet, że później słyszałem jakieś skomlenie, ale nasze okno nie wychodziło na tę część działki, gdzie była furtka, więc nie mogłem zobaczyć, czy to ten Czarny. W każdym razie na drugi dzień rano nie zauważyliśmy żadnego z psów ani w okolicy, ani nawet na kawałku wczorajszej trasy, który pokrywał się z trasą, jaką zaplanowaliśmy na ten dzień.

A tym razem postanowiliśmy, po debacie i długim wahaniu, wybrać się czerwonym szlakiem na północ do miejscowości Kapice wzdłuż Kanału Kapickiego, a potem przez miejscowości Sojczyn Grądowy i Sojczyn Borowy dojść do przystanku kolejowego Podlasek. Później plany nasze uległy zmianie o tyle, że ponieważ dobrze się nam maszerowało, zmieniliśmy metę naszego marszu na miejscowość Ruda.

Niestety, znowu szliśmy bez porządnej mapy. Sądziliśmy, że może w niedzielę będzie otwarty sklep "U Magdy", gdzie podobno można kupić oprócz pamiątek znad Biebrzy także mapy. Sklep jednak czynny nie był. Trudno. Najładniejszy kawałek trasy biegł wzdłuż Kanału Kapickiego. Według informacji, jakie znaleźliśmy na tablicach wzdłuż ścieżki dydaktycznej biegnącej razem ze szlakiem, mogliśmy się spodziewać, że zobaczymy bobry. Zobaczyliśmy jednak tylko dość liczne żeremia. Bobry pewnie się przed nami schowały. Spotkaliśmy też po drodze dwóch amatorów przyrodniczej fotografii.

W pewnym momencie idąc wzdłuż kanału i tracąc już nadzieję na spotkanie bobrzej rodziny lub chociaż pojedynczego osobnika, usłyszeliśmy głośny plusk. Sądząc po odgłosie, do wody wpadło coś sporego z dość dużym impetem. Ponieważ od kanału oddzielały nas gęste zarośla, więc nie sposób było rozstrzygnąć, co to było. Uznaliśmy, że możliwości są dwie: dorodny bóbr lub nieostrożny amator przyrodniczej fotografii. :)

Dalsza droga do Kapic i później do Rudy nie obfitowała w żadne ciekawostki warte opisania. Było miło, bo ruch na drodze był prawie żaden, a mimo słońca chłodził nas dość silnie wiejący wiatr. Nie wiem, czy to wiatr, czy słońce czy oba te czynniki na raz, ale strasznie mnie suszyło (alkoholu wcześniej nie piłem). Moje zapasy wody miały się ku końcowi, a do końca trasy był jeszcze kawałek. Niestety, w żadnej wsi po drodze nie znaleźliśmy otwartego sklepu, a ten w Rudzie zamknęli kilkanaście minut przed naszym przyjściem. Dobrze, że R. był lepiej zaopatrzony i podzielił się ze mną swoim zapasem.

Z Rudy mieliśmy wrócić pociągiem, ale okazało się, że autobus przyjedzie wcześniej. Na dodatek autobus dowiózł nas do centrum miasta, a od pociągu musielibyśmy drałować jeszcze 3-4 kilometry. Obiad zjedliśmy znów tam, gdzie wczoraj, choć wcześniej szukaliśmy innego lokalu, którego reklamę widział wcześniej R. Rzeczonego lokalu nie znaleźliśmy.

Tego dnia już się nigdzie nie wypuszczaliśmy. Na następny dzień mieliśmy zaplanowany przemarsz z pełnym ekwipunkiem do twierdzy w Osowcu, zwiedzanie jej i powrót do domów. Ale o tym, jak ten dzień przebiegał napiszę w jakiejś kolejnej notce, bo ta się tymczasem zrobiła już dość długa.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Kolejna notka miała być poświęcona wyjazdowi do BPN, ale w międzyczasie tak wiele się działo, że postanowiłem dać upust mojej pasji dziejopisarskiej (he, he) w oparciu o świeższe fakty.

Zacznę od tego, że w okolicach piątku a może jeszcze w czwartek straciłem Office'a. Nie potrafię ustalić, co było przyczyną, ale fakty są takie, że zarówno Word jak i Excel wykładały się na każdym otwieranym pliku. Ponieważ pakiet Office mam legalny i zakupiony za nie tak znowu małe pieniądze (choć ze zniżką), to się nieco zdenerwowałem. Jeszcze bardziej zdenerwowałem się z racji tego, że bez pakietu biurowego byłbym jak bez ręki. I straciłbym dostęp do wielu ważnych dokumentów.

Podjąłem więc mniej lub bardziej rozpaczliwe próby odzyskania pakietu. Niestety, mało skuteczne. Straciłem na to praktycznie cały weekend, a miałem go poświęcić na działania związane z projektem, którym obecnie się zajmuję. W geście desperacji zainstalowałem sobie nawet pakiet Open Office'a, ale tak wolno się uruchamiał, że kiedy otwierał jeden z dość często używanych przeze mnie plików (fakt, że obszerny, bo ponad 10-megabajtowy) można było w międzyczasie przeczytać wszystkie siedem tomów "W poszukiwaniu straconego czasu" Prousta. :)

Pojawiły się w międzyczasie jakieś jaskółki nadziei, ale na najlepszy chyba pomysł wpadłem dziś po wizycie na uczelni. Wcześniej już doszedłem do wniosku, że problem tkwi raczej w systemie (też legalnym), a nie w samym pakiecie Office. Przeinstalowywać systemu nie chciałem. Myślałem raczej o wykorzystaniu opcji z magiczną literką "R". I kiedy szukałem w Sieci wskazówek, jak się za to zabrać, natrafiłem na hasło "Przywracanie systemu".

Do domu leciałem jak na skrzydłach, żeby czym prędzej to wypróbować. I... na razie odpukać, wszystko wskazuje na to, że zadziałało. Mam jednak kilka pomysłów, co zrobić, żeby się zabezpieczyć na przyszłość i w ogóle trochę "odciążyć" komputer (myślę, że problemem były za małe zasoby pamięci "zeżarte" przez jakieś programy). Pierwsze, co wywalę, to ArcaVir. Już wcześniej mi się naraził, bo potrafił zamulić mi komputer na 40 minut tak, że nic się prawie nie dało zrobić. Wgram sobie Avasta, którego dość długo używałem i nie narzekałem. ArcaVir'a dostałem w pakiecie z laptopem. Sam bym sobie go raczej nie zainstalował.

W międzyczasie, kiedy walczyłem z komputerem o Office'a, mój brat zaproponował mi krótki wyjazd do Niemiec. Nie na wypoczynek, ale do pracy. Pracy nieodpłatnej. Miałem robić za tłumacza. Propozycja była ciekawa, zaskakująca, ale i nieco deprymująca. Wyglądało to tak, że w niedzielę wieczorem dowiedziałem się, że być może w środę wczesnym przedpołudniem będziemy w Norymberdze. Ponieważ brat miał mnie zabrać z domu i odstawić z powrotem, zanosiło się na 30 godzin w samochodzie w ciągu 3 dni. Na dodatek moje umiejętności językowe w zakresie języka niemieckiego dalekie są od tego, żebym komukolwiek zaproponował usługi tłumaczenia, o czym lojalnie brata uprzedziłem, ale wyglądało na to, że specjalnie mu to nie przeszkadza. I tak znalazłem się w sytuacji, jakiej nie lubię. Z jednej strony trzeźwo oceniając swoje umiejętności wolałbym odmówić. Z drugiej strony widzę, że drugiej stronie zależy na tym, żeby się zgodzić i być może ocenia ona błędnie wysoko moje umiejętności, a odmowę może potraktować jako trudną do uzasadnienia niechęć do okazania pomocy. W konsekwencji takich splotów okoliczności zgadzając się na udzielenie pomocy narażam się na to, że znajdę się w sytuacji, kiedy moje umiejętności nie pozwolą mi tej pomocy udzielić, co jest chyba jeszcze gorszą opcją niż jej odmówienie zawczasu. Trochę to zawile opisałem, ale chyba da się zrozumieć, w czym rzecz. :)

Summa summarum okazało się, że nie muszę jechać, bo oni tam "szprechają" po angielsku, a w tym języku mój brat wysławia się płynnie. Co prawda ominął mnie ciekawy wyjazd, ale z drugiej strony mam co robić i z pewną obawą myślałem o tej "wyrwie" w moim kalendarzu. Między innymi dlatego, że dosłownie na dniach chcę wypromować kolejnego dyplomanta i obu nam zależy na tym, żeby obrona odbyła się jak najszybciej. W tym celu muszę "zagęścić ruchy" wokół sprawy. Drugi mój dyplomant doprowadził w końcu pracę do formy, która mnie nie odrzuca (to, że wcześniej tak nie było, to była wina oprogramowania, nad którym chyba nie do końca panował, i które przez to robiło mu sporo złośliwych psikusów). Ten się prawdopodobnie obroni w październiku. To będzie mój drugi dyplom magisterski, a pierwszy "seryjny", bo ten dyplomant został inżynierem także pisząc pracę u mnie. Widać był zadowolony, skoro wrócił. W ogóle jest nieźle, bo z dziewięciorga inżynierów trójka robi u mnie prace magisterskie, czwórka nie podjęła na razie dalszych studiów (chyba, że gdzie indziej). I tylko dwójka robi prace magisterskie u kogo innego, ale niekoniecznie mnie to martwi. :)

W ciągu tych kilku dni zdarzyło się trochę więcej niż napisałem. A jeszcze dużo więcej myśli zrodziło się w mojej głowie, takich, które na pierwszy rzut oka wyglądają na warte zapisania i rozwinięcia. Przepadły gdzieś jednak w ferworze walki. Nasuwa mi się tutaj skojarzenie z plemnikami, z których jeden na kilka miliardów daje początek nowemu życiu. Czy z racji tego, że miliardy pozostałych nie dostają takiej szansy, świat staje się uboższy? Być może, ale my tego nie odczuwamy. I tak samo moi czytelnicy nie odczują straty z racji tego, że wiele kłębiących się pod moją czaszką myśli nigdy nie zmaterializuje się jako notki w tym blogu. Nie ma czego żałować. Te najsilniejsze i najlepsze (a może tylko najbardziej natrętne) znajdą tutaj drogę. Reszta jest milczeniem... :)

Tagi: roman j
22:07, roman_j
Link Komentarze (2) »
środa, 19 sierpnia 2009

W poniedziałek późnym wieczorem wróciłem z weekendowego wypadu do Biebrzańskiego Parku Narodowego. Ponieważ kolejka imprez turystycznych do opisania w moim turystycznym blogu się wydłuża, więc postanowiłem o tej imprezie napisać tutaj. To drugie podejście, bo pierwsze wp... serwer Blox.pl za co mu niniejszym bardzo dziękuję.

Wyjechałem w piątek po południu autobusem do Warszawy. Jak zwykle autobus przyjechał z opóźnieniem. Zawsze, kiedy nim jadę, jest spóźniony o minimum 30 minut. Zastanawiam się, czy to mój pech, czy norma? Jeśli to drugie, to rodzi się pytanie, dlaczego komuś w PKS Bydgoszcz nie przyjdzie do głowy, żeby skorygować rozkład jazdy? W lecie jeszcze można sobie postać te pół godziny na przystanku, ale w zimie niekoniecznie.

Ostatecznie wyjechałem z 45-minutowym poślizgiem w stosunku do rozkładu, ale specjalnie się tym nie przejmowałem, bo miałem duży zapas czasu. Planowałem początkowo dojechać na Dworzec Zachodni, tam spokojnie kupić bilet i znaleźć bez problemu miejsce w pociągu. Jednak okazało się to trudne do wykonania. Kłopoty pojawiły się na przystanku przy Centralnym. Najpierw okazało się, że wysiada tutaj jakaś liczna wycieczka z bagażami i trzeba było każdemu ten bagaż indywidualnie wydać. Kierowca był bardzo skrupulatny, więc to trwało. Potem okazało się, że jakaś babka zgubiła swój kwit i kierowca jej wydać bagażu nie chciał. Babka się zdenerwowała i zaczęła awanturować, kierowca zaczął na nią warczeć, a do tego wnuczek tej babki rozwrzeszczał się wniebogłosy (a na oko wyglądało, że z wieku płaczliwego już wyrósł, ale może ja się nie znam na dzieciach). Summa summarum zabrałem klamoty i wysiadłem na Centralnym. Wysłałem przy okazji SMS-a do R., który dojeżdżał na Zachodni, żeby mi zajął miejsce w pociągu.

Kupiłem bilet i zacząłem się snuć po dworcu, bo miałem dodatkowy czas zaoszczędzony na tym, że nie pokonywałem dwukrotnie odcinka Centralny-Zachodni. R. przysłał mi w międzyczasie SMS-em informację, gdzie mam go szukać w pociągu i przed przyjazdem pociągu ustawiłem się w odpowiednim miejscu na peronie. Całe szczęście, że poprosiłem go o zajęcie miejsca, bo do pociągu wpakował się dziki tłum. Nie wiedziałem, że ta relacja jest tak popularna. My jednak dojechaliśmy do Białegostoku komfortowo.

Po drodze okazało się, że bardzo słabo jesteśmy zaopatrzeni w mapy Doliny Biebrzy, a wręcz nie jesteśmy zaopatrzeni. R. na dodatek nie wziął planu Białegostoku, a ja włożyłem do GPS-a nie tę kartę pamięci i nie miałem map UMP-pcPL tej okolicy, które sobie wcześniej nagrałem. Plan miasta udało się kupić w Białymstoku za niecałe 7 złotych, ale z resztą było krucho. Księgarnie turystyczne, które odwiedziliśmy dwie, były zamknięte na trzy spusty. Akurat wtedy, gdy mogłyby trochę na nas zrobić. No trudno.

Pierwszy nocleg wypadł nam w Schronisku PTSM "Podlasie" na ulicy Piłsudskiego 7b. Warunki były bardzo dobre, a cena przystępna, choć jak na PTSM należała raczej do górnej półki (28 zł za nocleg w pokoju wieloosobowym). Honorowali zniżki, więc ja mając kartę PTSM zapłaciłem nieco mniej. Wcześniej, jeszcze na mieście, zaopatrzyliśmy się w prowiant na sobotnie święto.

Rano w sobotę R. poszedł na modły do kościoła pw. św. Rocha, a ja podjąłem wizytą kota, który wskoczył na parapet okna tuż przy moim łóżku. Myślałem początkowo, że jak otworzę okno, to się spłoszy, ale gdzie tam. Chciał wejść nawet do środka, co mu wyperswadowałem, a na osłodę pogłaskałem go trochę i podrapałem po grzbiecie. To był jeden z trzech kotów kręcących się w zasięgu wzroku, ale jedyny oswojony.

Co do kościoła, który odwiedził R., to już w piątek wzbudził on nasze zainteresowanie ze względu na rozmiary i charakterystyczną architekturę. Jak go zobaczyłem, to strzeliłem, że to pewnie jest jakieś wotum, bo takie jebutne kościoły, kilka razy większe niż potrzeba, buduje się w naszym kraju głównie jako wota. No i trafiłem. Dowiedziałem się z literatury, którą pożyczyliśmy w schronisku, że to jest właśnie kościół-wotum za odzyskanie niepodległości. Ubawiła mnie informacja, że powstał na miejscu kaplicy cmentarnej, bo sądząc po rozmiarach, musiał zająć cały przylegający do tej kaplicy cmentarz.

Po porannych modłach i śniadaniu wzięliśmy bagaże i poszliśmy zwiedzić miasto. Obejrzeliśmy z zewnątrz ratusz, a potem na placu Kościuszki wystawę ze zdjęciami. Tytułu wystawy nigdzie nie widziałem, ale prezentowane na niej zdjęcia są na tej stronie. W czasie oglądania zdjęć podeszła do nas jakaś starsza pani i zaczęła wypytywać, czy nam się podoba? R. jej odpowiedział, że dopiero zaczęliśmy, a kiedy po zadaniu kolejnego pytania nie otrzymała odpowiedzi, oddaliła się. Zastanawiałem się, czy to jakaś ankieterka organizatorów, czy może "świadkowa" Jehowy albo jakaś działaczka proekologiczna (to wydało mi się najmniej prawdopodobne)?

Wystawy nie obejrzeliśmy do końca, bo mieliśmy za mało czasu, a chcieliśmy jeszcze rzucić okiem na Pałac Branickich, co też zrobiliśmy. Potem poszliśmy na dworzec PKS, skąd pojechaliśmy do Goniądza. Tam mieliśmy zarezerwowane dwa kolejne noclegi tuż przy granicy BPN.

Na miejscu najpierw postanowiliśmy coś zjeść. Znaleźliśmy kompleks o nazwie Bartlowizna, w którym znajduje się m.in. Karczma Bartla. Trafiliśmy o tyle źle, że akurat tego dnia miało być wesele i w związku z tym część sali była wyłączona z obsługi, a na dodatek karczma była czynna tylko do 15.30. Do tego, że ruch był duży i nie mogliśmy znaleźć wolnego stołu, więc wyglądało na to, że będzie trudno zjeść tu obiad. W końcu jednak jeden stół się zwolnił i choć czekaliśmy na obsługę bardzo długo, to jednak obiad zjadłem. Sam, bo R. się nie zdecydował na nic z menu. Ceny były raczej wysokie, ale ja na wyjazdach mniej się liczę z pieniędzmi, więc prawie 30 złotych za gulasz z dzika z kaszą gryczaną i ogórkami kiszonymi specjalnie mnie nie zniechęciło. Ale przyznaję, że tanio to nie było. Dobrze, że smakowało i porcja była na tyle duża, że się najadłem. R. wziął sobie tylko piwo.

Po obiedzie poszliśmy się zakwaterować. Była z tym z początku mała komplikacja związana z adresem, którego nie znaliśmy, ale udało się ten problem rozwiązać jeszcze w czasie obiadu. Miejsce noclegu znaleźliśmy po obiedzie bez problemu. Ponieważ to R. rezerwował miejsca i nie dzielił się szczegółami na temat uczestników, więc kobieta, która nas gościła, spodziewała się małżeństwa. I, jak sama stwierdziła, przygotowała pokój z jednym łóżkiem - małżeńskim. Ale szybko się zreorientowała i dostaliśmy pokój z dwoma łóżkami nawet nie oglądając tego pierwszego. Warunki przyjemne. Wygodne łóżka i jedna wielka skrzypiąca szafa, ale w dobrym stanie. Pewnym brakiem było to, że krzesło było tylko jedno. I tylko jeden ręcznik na łóżku R. (i tak mieliśmy swoje). Zażartowaliśmy, że to w ramach oszczędności. Jeden ma krzesło, a drugi ma ręcznik. Łazienka była jedna na cztery pokoje i była to pewna uciążliwość. Co prawda właścicielka powiedziała, że w razie pilnej potrzeby można skorzystać z łazienki na parterze, ale nie korzystaliśmy.

Jeszcze tego samego dnia ruszyliśmy na popołudniowo-późnowieczorne terenowe badania miejscowej przyrody. Ale ponieważ ta notka wyszła już dość długa, więc o tym napiszę już w kolejnej. :)

czwartek, 13 sierpnia 2009

W piecyku chleb się piecze, a ja sobie notkę klecę. Będzie taka, jakie czasem lubię tworzyć, czyli złożona z wielu różnych kawałków niekoniecznie ze sobą powiązanych.

Jesień idzie. Czuję to rano i wieczorem. Jest jeszcze daleko, ale już czuć jej oddech. Dziś zmożył mnie sen późnym popołudniem i kiedy położyłem się na łóżku na wprost okna pełnego słońca, słońce to świeciło jakoś smutno, jakby przeczuwając zbliżającą się jesień. A może to ja miałem dziś taki nastrój?

Jutro wybywam na kilka dni. Konkretnie na cztery. To pewnie ostatni wyjazd w te wakacje, bo planowane Świętokrzyskie niestety nie dojdzie do skutku. Za wiele kotwic trzyma mnie w tej chwili tu na miejscu, żebym się mógł z nich zerwać. Ale w przyszłym roku obiecałem sobie Jurę. Po raz kolejny. Szlak Orlich Gniazd - śladami własnych wspomnień.

W zasadzie powinienem się spakować, ale mi się nie chce. Zdążę to zrobić jutro. R. miał wziąć samochód, ale mu się rozkraczył i dotrzemy na miejsce tradycyjnie koleją, a potem autobusem.

Wciąż coś robię przy tym projekcie, w który jestem zaangażowany. Kiedyś naiwnie myślałem, że projektowanie to proces liniowy, ale skłaniam się coraz bardziej ku opinii, że to jest jak gra planszowa z elementami losowymi. Nie wiesz, co będzie po kolejnym ruchu. Architekt zmienił koncepcję - cofasz się o dziesięć pól do tyłu. Twoja koncepcja rozwiązania konstrukcyjnego znalazła uznanie - przeskakujesz o trzy pola do przodu. Przyjąłeś stal, którą trudno kupić, musisz przeliczyć elementy - cofasz się o pięc pól do tyłu. Instalatorzy zwlekają z określeniem lokalizacji centrali klimatyzacyjnej - czekasz dwie kolejki. I tak aż do mety.

Nie mam kiedy wybrać się z M. do Płońska na kotlet z Ben Guriona. On, jako celebryta (przynajmniej w kręgu swojej rodziny), człowiek bezdomny (w przenośni, bo kursuje między stolicą, a swoją wiejską posiadłością) i wyjątkowo zajęty emeryt nie może znaleźć terminu, który by nam obu pasował. Zresztą ja podobnie. Może uda się w przyszłym tygodniu. A może nie. Okaże się.

Zrobiłem dziś przegląd blogów z mojego spisu. Jest źle. W wielu z nich nie widać znaków życia, niektóre chyba zamarły na dobre, inne może tylko na wakacje. Myślę, że gdzieś w połowie października zrobię z tą listą porządek usuwając te adresy, które nie rokują nadziei na ożywienie. Przydałoby się wypełnić pustki nowymi adresami, ale nie żadnych na oku. Do października jest jeszcze trochę czasu. Może na jakieś trafię.

Chyba wyczerpałem tematy na dziś. Chleb już gotowy, notka też. Można iść spać. Kolejne trzy noce spędzę nie w swoim łóżku, więc w tę najbliższą noc muszę się wyspać. Do przeczytania za czas jakiś. Krótszy lub dłuższy.

 

Tagi: roman j
23:34, roman_j
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape