O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
wtorek, 31 sierpnia 2010

Wróciłem sobie właśnie z miasta, włączyłem komputer, potem komunikator i widzę, że odzywa się do mnie A. Sprawdzam. Podesłał jakiś link. Klikam, otwiera się fotoblog i zdjęcie A. z dzieciakiem na kolanach. Nie wiem, co mu odpisać, bo oprócz linku nic nie ma. Dlatego, ponieważ już kiedyś mu o tym pisałem, przypominam tylko, że nie jestem zainteresowany oglądaniem jego progenitury. Na szczęście nie jestem pedofilem i zdjęcia dzieci mnie nie kręcą. Do tego nie mając samemu potomstwa nie mam potrzeby oglądania i porównywania, czy przypadkiem cudze dzieci nie są od moich ładniejsze.

Odpowiadam, jak mi się wydaje, grzecznie, chociaż uważam, że biorąc pod uwagę nasze wcześniejsze rozmowy na ten temat A. trochę mi się z tym zdjęciem narzuca. Oczekuje może komplementów? W odpowiedzi pada zdanie, co do którego jeszcze nie wiem, czy mam je traktować jako żart, czy jako objaw irytacji? Odpowiadam coś neutralnie. Kolejne zdanie, do pewnego stopnia nawet obraźliwe, rozstrzyga kwestię jednoznacznie. A. się zezłościł. Za chwilę się wyłącza.

Czy może ktoś mi wyjaśnić, o co kaman? Ja nie wiem. I nie zamierzam dociekać. Po ostatnim wyjeździe z chórem nabrałem filozoficznego podejścia do wielu spraw. Pewne rzeczy przewartościowałem. Nie ma sensu traktować poważnie kogoś, kto zachowuje się niepoważnie. Niech jego humory znoszą jego najbliżsi. Oni muszą, ja nie.

Tak mi jeszcze przyszło do głowy, że stereotypowo to z kobietami jest tak, że czasem trudno dojść, o co im chodzi. Ale jak widać bywają i tacy mężczyźni, z którymi dojść ładu jest jeszcze trudniej niż ze stereotypową kobietą. ;)

Tagi: roman j
20:37, roman_j
Link Komentarze (10) »
niedziela, 29 sierpnia 2010

Dziś po południu wróciłem z krótkiego wyjazdu z chórem. Wyjechaliśmy, żeby się trochę bardziej zintegrować. Chyba nam się to udało mimo szeregu przeszkód, jakie stawały nam na drodze. To dobrze wróży.

Przeszkody zaczęły się już przed wyjazdem, czyli w piątek. Przede wszystkim pojechała połowa deklarowanego składu. Zapisało się piętnaście osób, a wyjechała nas ósemka. Jedna osoba dojechała w sobotę. Z pozostałych nieliczne jednostki dały znać, że nie przyjadą, a pozostałe osoby nie odbierały telefonów, SMS-ów, wiadomości na NK. To niepoważne z ich strony.

Kolejną przeszkodą okazała się pogoda. Całe lato było upalne, ale ostatni weekend był wyjątkowo zimny jak na tę porę roku. Ja się takiego chłodu nie spodziewałem i rozważając, czy wziąć polar czy nie, zdecydowałem, że jednak nie. I potem żałowałem. Pogoda o tyle popsuła nam plany, że będąc nad wodą nikt nawet nie myślał, żeby się wykąpać (choć był i inny powód - podobno w wodzie była salmonella).

Do listy nieobecnych na miejscu dołączył też dyrygent, ale on miał rzeczywiście ważny powód (nie będę go przytaczał), a poza tym pojechał z nami w piątek i przyjechał do nas jeszcze wieczorem w sobotę na grilla. Był też z nami duchem dzwoniąc kilka razy. Ogólnie więc to, że nie był z nami cały czas, zostało mu wybaczone.

Było też sporo dobrych stron tego wyjazdu. Najprzyjemniejszym zaskoczeniem była cena. Początkowo była mowa o kwocie 100 zł na osobę. Takie były szacunki na samym początku. Przed wyjazdem mowa była już tylko o 37 zł za wyjazd, a ostatecznie za osobę zapłaciliśmy... 7,5 zł za dwie noce. Tak tanio to jeszcze nigdy nie nocowałem na żadnym wyjeździe. I zastanawiam się, czy to nie dlatego, że jakieś pieniądze poszły z funduszy chóru? Ale o niczym takim nie było mowy.

Ponieważ pojechało nas osiem osób zamiast piętnastu, więc zamiast czterech domków zajęliśmy dwa. A że proporcje męsko-damskie były dokładnie 1:1, więc jeden domek był męski, a drugi damski. Nam trafił się chyba nieco lepszy, bo w tym, gdzie mieszkały dziewczyny, czuć było intensywny zapach imprezowy. Zażartowałem nawet, że zamiast wietrzyć, lepiej byłoby skroplić to, co się unosiło w powietrzu. Byłoby jak znalazł na kolejną imprezę.

Jeszcze tego samego wieczoru po przyjeździe zaczęliśmy się integrować. Usiedliśmy wokół stołu na ławach przed domkiem dziewczyn. Trochę się wypiło, ale kulturalnie. Nikomu nie urwał się film, nikt się nie pochorował. Pełna kultura jak na instytucję kulturalną przystało. Rano też każdy każdemu mógł bez przeszkód spojrzeć w oczy, a nie zawsze przecież tak bywa.

Sobotę spędziliśmy na grze w karty i sączeniu piwa. Z tego drugiego ja się wyłamałem za to w pierwszym brałem udział namiętnie. Przerwę zrobiliśmy tylko na obiad. Ale nawet na stołówce kontynuowałem grę w wojnę, w którą nieopatrznie zacząłem grać z M. Wiele wskazywało na to, że moglibyśmy ją dokończyć po powrocie, ale jednak udało się ją doprowadzić do końca niedługo po obiedzie.

Byliśmy też na spacerze nad jeziorem, ale niezbyt długo, bo wiatr i chłód zniechęcał do spacerowania. Po powrocie rozpaliliśmy grilla. Początkowo nie bardzo chciał się rozpalić, ale w tak licznej grupie przyszłych inżynierów musiało się udać. Zdradzę sekret, że do rozpalenia opornego grilla świetnie nadaje się suszarka do włosów. Trzeba tylko uważać, żeby przy okazji nie puścić z dymem otoczenia i nie poparzyć nikogo, a zwłaszcza siebie.

Grill się udał bardzo dobrze nawet mimo tego, że kilka razy przeszkadzał nam deszcz. Mieliśmy z nim (tzn. z grillem, nie z deszczem) poczekać na dyrygenta, ale spóźniał się, więc zaczęliśmy bez niego. Zanim dojechał, było już prawie po wszystkim, ale korzystając z tego, że węgiel jeszcze nie zgasł, rozpaliliśmy żar na nowo i impreza się jeszcze rozkręciła.

Czas płynął w sobotni wieczór leniwie i pewnie posiedzielibyśmy jeszcze na powietrzu, gdyby nie dojmujący chłód. Akurat na noc się rozpogodziło, przez co zrobiło się tylko zimniej. Przenieśliśmy się więc do środka domku. Dziewięć osób w jednym domku to już tłok, zwłaszcza, że ścisnęliśmy się w jednej części. Padł pomysł, żeby obejrzeć jakiś film na netbooku, którego miał ze sobą E. I niemal cała dziewiątka ułożyła się w tym celu na jednym łóżku naprzeciw półki na której stał "ekran" naszego domkowego kina. Inaczej się nie dało, bo ekran był mały.

Obejrzeliśmy "Egzorcyzmy Emilly Rose". Potem jeszcze jakąś komedię, która jednak okazała się tak drętwa, że z ulgą przyjęliśmy fakt, że w trakcie wyczerpały się baterie w netbooku. Spać poszliśmy już w sobotę nad ranem, więc tego dnia pobudka była późno, bo prawie w porze obiadowej. Mnie jeszcze na dodatek przypałętała się migrena. Była bardzo silna, a ja nie miałem swoich proszków. Musiałem się w takiej sytuacji posiłkować metodą dwóch palców. Ból mi od tego nie przeszedł, jak to się czasem zdarza, ale przynajmniej nieco zelżał. Na tyle, że mogłem się położyć, dzięki czemu jeszcze mi się trochę poprawiło. Po powrocie do domu wziąłem procha i poszedłem do łóżka. Po dwóch godzinach czułem się już całkiem nieźle.

Mimo wszystko wyjazd był świetny. Trzeba będzie to powtórzyć jak najszybciej. :)

Tagi: roman j
22:24, roman_j
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 sierpnia 2010

Nie podoba mi się słowo "recykling". Gryzie mnie w ucho jako prymitywnie spolszczenie. Szukałem wczoraj jakiegoś bardziej polskiego odpowiednika i wymyśliłem słowo "recyrkulacja". To znaczy jeszcze wczoraj wydawało mi się, że wymyśliłem, ale pogrzebałem dziś w Sieci i okazało się, że to słowo już funkcjonuje. Znajduje się nawet w Słowniku Języka Polskiego. Ma tam dwa znaczenia, a drugie z nich odsyła właśnie do hasła "recykling".

No cóż, w tej sytuacji z jednej strony nie mogę się pochwalić, że coś oryginalnego wymyśliłem, ale z drugiej strony przynajmniej wiem, że mogę tego słowa użyć np. w tytule pracy dyplomowej i wybronię się, jeśli ktoś będzie twierdził, że nie ma takiego słowa. Co prawda nie jest ono dużo bardziej polskie, bo zarówno przedrostek "re-", jak i słowo "cyrkulacja" pochodzą z łaciny, ale za to przynajmniej to drugie słowo funkcjonuje w polszczyźnie w przeciwieństwie do słowa "cykling".

Na zakończenie coś z nieco innej beczki. Wczoraj przestowałem pomysł opisany w drugim akapicie tego wpisu. Nastawiony byłem do tej próby dość sceptywnie, ale rezultat bardzo miło mnie zaskoczył. Wygląda na to, że ten pomysł był strzałem w dziesiątkę. Bardzo mnie to cieszy. :)

Dopisek (tegoż samego dnia; 13:25): W międzyczasie przyszły mi na myśl jeszcze dwa słowa mogące zastąpić ten nieszczęsny "recykling", choć oba mają pewne wady (ale cóż ich nie ma?).

Pierwsze z nich, to "regeneracja". Gdyby słowo to rozumieć zgodnie z jego dosłownym tłumaczeniem z łaciny (?), to oznaczałoby ono "ponowne wytworzenie". To jak ulał pasuje do recyklingu, ale niestety słowo to jest już powszechnie używane w nieco odmiennym znaczeniu, bo używając go mamy zwykle na myśli jakiś niezbyt skomplikowany proces mający na celu przywrócenie pierwotnych właściwości przedmiotowi regeneracji. Trudno byłoby chyba przyjąć, że przerobienie złomu na metal to jest jego regeneracja. Zbyt głębokie przetworzenie w tym procesie następuje.

Drugie słowo to "odzysk". To słowo jednak ma ten feler, że używa się go raczej w celu określenia procesu właśnie "odzyskania" czegoś z większej masy to coś zawierającej. I niekoniecznie warunkiem jest tu uzyskanie parametrów wyjściowych.

Summa summarum pozostanę chyba jednak przy "recyrkulacji".

Tagi: roman j
08:10, roman_j
Link Komentarze (6) »
wtorek, 24 sierpnia 2010

Będąc wczoraj w stolicy postanowiłem w wolnej chwili udać się na Krakowskie Przedmieście obejrzeć te okazy, co koczują przy barierkach i twierdzą, że czegoś tam bronią. Widok ciekawy. Obrońców mniej niż dziennikarzy i kamer. Nawet gapiów jakby więcej. Słowem, cyrk. Do cyrku przecież też dawniej gawiedź przychodziła oglądać okazy w rodzaju baby z brodą.

Obejrzałem okazy i przyszedł mi do głowy pomysł na rozwiązanie sprawy. Pomysł jednocześnie prosty i bardzo trudny do realizacji. Moim zdaniem trzeba po prostu zostawić tych ludzi samych sobie. Przestać o nich pisać, nie pokazywać ich w mediach. Niech tam sobie koczują, jeśli taka wola, ale nie okazywać im cienia zainteresowania.

Myślę, że przyjęcie takiej strategii postępowania wobec nich spowoduje szybkie wykruszenie się rzekomych obrońców. Zwłaszcza, że wkrótce nadejdzie jesień, pogoda nie będzie już taka sprzyjająca do koczowania na ulicy. A jak się już wszyscy koczownicy stamtąd wyniosą, to odczekać jeszcze z miesiąc, dwa i bez rozgłosu przenieść krzyż tam, gdzie jego miejsce, czyli do jakiejś świątyni. Według mnie to najlepsza droga, ale obawiam się, że niektóre media tak łatwo tego tematu nie odpuszczą. Zwłaszcza te, którym zależy na robieniu szumu wobec tej sprawy (litościwie je pominę, tak jak i ich motywy). Zresztą nie tylko media, ale też niektórzy politycy chcą, żeby ten szum nie ucichł. I to jest największa przeszkoda w rozwiązaniu tej sprawy.

Tagi: roman j
12:47, roman_j
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Badania zrobione, efektu końcowego brak. Ale przynajmniej czuję się doceniony. Zbadało mnie dwoje doktorów nauk medycznych, a zdjęcie RTG opisał nawet doktor habilitowany tychże nauk. Niestety, pani doktor orzecznik (nie wiem, w jakim stopniu, bo na drzwiach nie było wizytówki) po obejrzeniu wyników krwi i po wyczytaniu w papierach, że miewam migreny (po co ja to wpisałem? chodziło o częste, silne bóle głowy, a te są jedynie silne...), kazała dodatkowo zrobić EEG i odbyć konsultację neurologiczną. A poza tym krew mam jeszcze raz zbadać. Pewnie wyszła tak słabo, bo ja się słabo czułem po zbyt krótkim śnie w nocy i trzygodzinnej podróży.

Tymczasem to, czego się obawiałem, że zaważy, czyli moja skrzywiona przegroda nosowa, nie miało znaczenia. Laryngolog skwitowała to krótko: nie robię badań na F-16, więc ta przegroda nie ma znaczenia. Teraz przynajmniej wiem, że na F-16 nie mam co startować bez uprzedniego doprowadzenia tej przegrody do właściwej pozycji. ;)

Te dodatkowe badania zrobię sobie na miejscu w moim grajdołku. Będzie z tym mniej fatygi. Dopiero z wynikami pojadę znowu do orzecznika. Mam na to 21 dni, bo po tym czasie dotychczasowe wyniki lądują w koszu. Myślę, że się wyrobię.

Tagi: roman j
17:50, roman_j
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape