O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
środa, 31 sierpnia 2011

Kiedyś popełniłem w blogu notkę poświęconą goleniu. Ot, taka mało poważna notka zawierająca własne przemyślenia. Przypominając sobie notki takie jak tamta, niekiedy czuję pewne zażenowanie tym, jakimi duperelami się tutaj niekiedy zajmuję. Z drugiej jednak strony uważałem i cały czas uważam, że blog to nie jest poważna forma literacka. Dlatego nawet pisanie w nim o przysłowiowej dupie Maryni nie powinno autorowi blogu przynosić ujmy, o ile oczywiście nie ma on zamiaru uczynić z niego platformy reformowania świata i ludzkości tudzież głoszenia mądrych, doniosłych i dogłębnych opinii.

Mnie takie zapędy są obce i jeśli trafia się tutaj coś mądrego, to raczej przez przypadek czy też niejako niechcący niż dlatego, że tak właśnie miało być. Częściej natomiast poświęcam kolumny tego blogu sprawom niepoważnym. I tak właśnie będzie tym razem, a tematem nawiążę do wspomnianej wyżej notki o technikach golenia. :)

Dziwnym zbiegiem okoliczności wybrałem się na kurs spadochronowy do Kielc niewyposażony w urządzenie do skrobania twarzy. Wziąłem wszystkie niezbędne przybory, poza jednym - maszynką do golenia. Nawet kremu do golenia nie zapomniałem (a dokładniej - żelu). Ponieważ przed wyjazdem się oskrobałem, więc pierwsze dwa dni jakoś przeżyłem. Zwłaszcza, że wydaje mi się, że z niewielkim zarostem jest mi nawet do twarzy.

Jednak w końcu zaczęła mi ta szczecina rosnąca na twarzy przeszkadzać i postanowiłem kupić sobie jednorazową maszynkę, żeby oskrobać się przynajmniej na pierwszy skok. Ale bynajmniej nie po to, żeby dobrze w trumnie wyglądać, gdyby się coś nie powiodło. ;) Maszynkę postanowiłem kupić w kiosku i kiedy zapytałem sprzedawcy, czy je ma w ofercie, zapytał, czy chcę Gillette czy Polsilver (też zresztą produkcji Gillette). Po chwili namysłu wybrałem Polsilver. Nie wiem, czy był to przejaw skąpstwa czy patriotyzmu? A może każdego po trochu? W każdym razie zakładałem, że po jednym goleniu maszynkę wyrzucę, czyli zamierzałem postąpić zgodnie z jej potocznym określeniem - jednorazowa.

Tak się jednak złożyło, że po tym pierwszym i w założeniu jedynym użyciu, nie wyrzuciłem maszynki, ale wrzuciłem ją do kosmetyczki. A potem w domu przy rozpakowaniu zaniosłem ją jednak do łazienki, a nie do śmietniczki. Ogoliłem się nią potem drugi raz, trzeci i... stwierdziłem, że goli mnie ona znacznie lepiej niż dotychczas przeze mnie używane dużo bardziej wyrafinowane maszynki (choć też jednorazowe).

To dziwne, bo szukając w Sieci informacji na temat tych jednorazówek zetknąłem się raczej z opiniami niepochlebnymi. Cena też wskazuje na to, że produkt jest z niższej półki i choćby z tego powodu pewnie nie przyszłoby mi do głowy kupić takie maszynki do planowego użytku. Ale realia są takie, że ogoliwszy się tą taniochą kilka razy, za każdym razem z pewnym niedowierzaniem macam się po twarzy, która jest gładka jak pupa niemowlaka już po jednym przejechaniu.

Fakt, że zakładając, że mam do czynienia z tandetą, mocno przyciskałem nożyki do twarzy w czasie golenia. Normalnie tego nie robię, bo skończyłoby się to krwawo. A poza tym wcale nie gwarantowałoby to lepszej jakości golenia. Tymczasem w przypadku Polsilvera to się chyba dobrze sprawdza, bo na razie się nie pokaleczyłem, a skutecznością golenia jestem mile zaskoczony. Dochodzę do zaskakującego wniosku, że polska prymitywna taniocha lepiej goli moją twarz niż dużo bardziej wyrafinowany produkt innej firmy.

Próbowałem ustalić, skąd się bierze różnica. Obejrzałem obie maszynki i poza stwierdzeniem, że różnią się, nie udało mi się ustalić, jaka różnica może mieć decydujące znaczenie. Ostatecznie stwierdziłem, że może po prostu polska tandetna maszynka lepiej pasuje do mojego polskiego, niewyrafinowanego pyska. ;)

BTW: to nie jest promocja czy kryptoreklama, choć może tak wyglądać, dlatego absolutnie nie gwarantuję nikomu, kto zechce sprawdzić na swojej twarzy maszynkę Polsilver, że będzie zadowolony. :)

Tagi: roman j
23:32, roman_j
Link Komentarze (2) »
wtorek, 30 sierpnia 2011

Nie zdzierżyłem...

Zbliża się wielkimi krokami wrzesień, a wraz z nim terminy egzaminów dyplomowych. W tym czasie chce się obronić trzech moich dyplomantów: dwóch magistrów i jeden inżynier. Chciał jeszcze jeden magister, ale przekonałem go, że październik to też dobry miesiąc na obronę. Zwłaszcza że przyniósł pracę, której prawie nie widziałem na etapie jej powstawania i chcę mieć czas na zapoznanie się z nią.

Ze względu na te trzy obrony poświęcam ostatnio sporo czasu na czytanie prac dyplomowych i nie wiem, czy bardziej jestem wkurzony czy załamany tym, co dostaję od moich dyplomantów. Nie mam na myśli całokształtu, bo część obliczeniowa i rysunki zwykle są co najmniej przyzwoite. Ale kiedy przyszły inżynier, czy magister inżynier, ma napisać kilka zdań w języku ojczystym, żeby wyjaśnić, czym się zajmował w pracy, jak się z wyznaczonego zadania wywiązał i dlaczego właśnie tak, to ręce opadają, mózg się lasuje, wątroba się marszczy, a nóż w kieszeni otwiera, kiedy się to czyta.

Nie chcę przytaczać radosnej twórczości moich dyplomantów. Śmiać się z tego nie potrafię, bo to już nie jest śmieszne. W takiej ilości, to jest żałosne, wręcz tragiczne. Tym bardziej tragiczne, że nie chodzi o jakichś ludzi z nizin społecznych, czy też niedorozwiniętych umysłowo. To są ludzie, którzy za kilka tygodni odbiorą dokument potwierdzający ich wyższe wykształcenie. Co prawda techniczne, nie humanistyczne, ale dla mnie to nie jest żadne usprawiedliwienie. Ci ludzie będą wkrótce współtworzyli elitę tego społeczeństwa, a ich umiejętność posługiwania się językiem ojczystym w piśmie jest na poziomie funkcjonalnego analfabetyzmu.

Ale tyle mojego, co sobie popiszę. Ja tego nie zmienię, nawet choćbym chciał. To są zaległości z niższych szczebli edukacji i nie da się tego nadrobić na studiach technicznych. Tutaj nie pisze się esejów, rozprawek czy wypracowań. Co prawda pisze się krótkie teksty opisów technicznych do projektów, sprawozdań z badań, itp., ale większość z nich i tak jest bezmyślnie kopiowana, wraz z oczywistymi błędami, z gotowych wzorców z lat ubiegłych. Dopiero w pracach seminaryjnych na ostatnim roku studenci muszą zwykle napisać coś od siebie, chociaż zdarza się często, że wtedy także kopiują gotowe teksty z artykułów znalezionych w Sieci.

Skutki są takie, że zęby bolą, kiedy czyta się prace dyplomowe. Dotąd starałem się korygować koślawe zdania, ale widzę, że ich liczba w pracach rośnie lawinowo. Nieraz całe akapity trzeba by właściwie skreślić i w całości napisać od nowa. I nie wiem, co w takiej sytuacji robić? Nadal poprawiać, co oznacza, że właściwie to ja piszę tę pracę zamiast mojego dyplomanta? Czy może wężykiem podkreślać fragmenty wymagające przeredagowania ryzykując, że efekt tych przeredagowań będzie jeszcze gorszy niż pierwowzór?

A może machnąć na to wszystko ręką? Zostawić te językowe potworniaki i niech się dyplomant powstydzi za to, co sam stworzył? Tak bym jednak nie chciał postępować z przynajmniej trzech powodów. Po pierwsze, byłoby to nie fair wobec dyplomanta. Po drugie w ten sposób sobie też wystawiłbym słabą cenzurkę, skoro jako opiekun pracy nie zwróciłem uwagi na jej poprawność językową. A po trzecie wreszcie nie mam pewności, że autor poczułby się zawstydzony poziomem swojego dzieła. W końcu to on sam je w takiej formie stworzył...

Tagi: roman j
22:19, roman_j
Link Komentarze (2) »
niedziela, 28 sierpnia 2011

Ledwie zdążyłem wrócić spod Kielc, jeszcze nie zdążyłem się dobrze zadomowić, choć już zdążyłem się rozpakować, nie miałem nawet czasu podzielić się wrażeniami z kursu spadochronowego, a już wybierałem się na kolejny wypad w Polskę. Wszystko odbyło się bardzo szybko, bo nic nie zapowiadało takiego rozwoju wypadków.

Poniedziałkowy ranek po powrocie z kursu spadochronowego przebiegał prawie jak każdy wakacyjny początek dnia, kiedy akurat byłem na miejscu. Od rutyny wakacyjnej codzienności odróżniało go to, że wstałem dość późno (późno poszedłem spać w niedzielę) i zamiast na planowaną 9.00 do pracy dotarłem około godziny później. Ale ponieważ nie wybierałem się na określoną godzinę z jakiegoś konkretnego powodu, ale raczej z przyzwyczajenia, więc to przesunięcie nie miało żadnych nieprzyjemnych następstw.

Kiedy już się zjawiłem na uczelni, zająłem się tym, co miałem zaplanowane, czyli najpierw poszedłem do dziekanatu zapytać, jak wyglądają wyniki rekrutacji. Ponieważ etap przyjmowania dokumentów już dawno minął, więc interesowało mnie głównie, ile osób je zabrało z powrotem. Okazało się, że całkiem sporo, ale prawie wszyscy z jednego kierunku. O dziwo, z tego, na który szli kandydaci najbardziej zdecydowani, i z tego, który cieszył się sporym powodzeniem. No ale nic na to nie poradzimy.

Po zaspokojeniu ciekawości poszedłem do pokoju komisji rekrutacyjnej, gdzie z braku innych obowiązków przeglądałem sobie internet. Po jakimś czasie pojawili się członkowie komisji rekrutacyjnej zajmującej się naborem na studia niestacjonarne. Trzeba im było odstąpić pomieszczenie, bo teraz to oni mieli zająć się tym, czym my zajmowaliśmy się niemal cały lipiec.

Dokumenty z naszej rekrutacji mieliśmy już wcześniej zebrane i złożone w szafie, więc pozostało mi tylko pozamykać na komputerze otwarte aplikacje. Dodatkowo udzieliłem kilku wskazówek, jak korzystać z systemu do zarządzania akcją rekrutacyjną. Ponieważ dłużej w tym pokoju siedzieć nie bardzo mogłem, więc po ustaleniu z dziekanem S., że nie jest potrzebne zebranie całej naszej piątki z Komisji planowane na wtorek na 9.00 i po ustaleniu planu działań na cały tydzień (nie był to plan zbyt bogaty i zapowiadało się, że będzie nudno) poszedłem do swojego pokoju posiedzieć jeszcze trochę w Sieci. Ale nie dane mi było długo się tym zajmować, bo wkrótce odezwał się telefon.

Spojrzałem na wyświetlacz i zdumiałem się podwójnie, bo dzwonił M. Zdumiałem się po pierwsze dlatego, że to jest zdarzenie z rodzaju opadów śniegu w maju. Czyli, że niby wiadomo, że to się zdarza, ale tak rzadko, że zawsze zaskakuje. I dokładnie tak jest właśnie z telefonami od M., bo on bardzo rzadko dzwoni do mnie. Potrafię sobie przypomnieć może trzy takie przypadki w ciągu kwartału. Ale ja bynajmniej nie piszę tego w tonie przygany. Tak się bowiem składa, że znakomita większość komunikacji między nami odbywa się po prostu w formie pisemnej. Albo za pośrednictwem sms-ów, albo komunikatora. Tak jest taniej i na swój sposób wygodniej. No i taka forma sprzyja namysłowi nad tym, co się komuś komunikuje, co w moim przypadku jest zaletą (choć nie zawsze potrafię to wykorzystać). W przypadku M. dodatkową zaletą jest też to, że może komunikować się z kilkoma osobami jednocześnie, co mnie zdarza się rzadko, a jemu chyba nagminnie. ;)

Ta forma komunikacji ma też swoje wady, a te są takie, że po dłuższej rozmowie bolą trochę palce, czasem też wątki rwą się, zapętlają lub mieszają. No i jeszcze to, że zwykle dość długo trwa taka wymiana faktów, opinii, myśli i wrażeń. Na pewno tyle czasu byśmy ze sobą nigdy nie przegadali przez telefon. Zresztą z nikim bym tyle czasu nie przegadał przez telefon. To wada, ale czasem i zaleta. Wszystko zależy od tego, ile się ma akurat czasu do dyspozycji.

To, co dość obszernie opisałem powyżej, to był pierwszy powód mojego zdziwienia, a drugi był taki, że ostatni sms od M. dostałem w czwartek wieczorem i od tamtej pory na łączach zapanowała cisza. To, że M. się sam nie odzywał od tego czasu, nie było dla mnie tak bardzo zaskakujące. W końcu jak się ma tak liczne grono znajomych jak M., to trudno się do każdego codziennie odezwać. A ja dodatkowo nie zakładam, że jestem na wysokim miejscu listy rankingowej jego znajomych. Natomiast zdziwiło mnie już to, że M. nie odpisał na moje dwa sms-y wysłane w niedzielę, z czego przynajmniej na jeden spodziewałem się reakcji. To mu się zdarzało dotąd bardzo rzadko i nie wiedziałem, co o tym myśleć. Ale że mózg człowieka nie znosi próżni i jeśli brakuje mu faktów pozwalających coś wyjaśnić, to próbuje zastąpić je własnymi domysłami i spekulacjami, więc i ja sobie to jakoś próbowałem wytłumaczyć.

To, że się M. na mnie o coś mógł pogniewać wykluczyłem dość szybko po: szybkim rachunku sumienia, po stwierdzeniu, że strojenie fochów nie jest w stylu M. i wreszcie po konstatacji, że ludzie gniewają się tylko na tych ludzi ze swojego otoczenia, z którymi czują się związani lub na których towarzystwo są skazani (nie będę uzasadniał tej myśli, bo i tak za dużo w tej notce dygresji, a za mało treści). Rozstrzygające było stwierdzenie trzecie (nie spełniam warunków) wsparte pierwszym, bo co do drugiego, to miałbym pewność co do jego prawdziwości dopiero, gdyby warunek zawarty w trzecim był spełniony (czy ktoś jeszcze się nie pogubił?). ;)

Kolejne opcje były bardziej prawdopodobne. Pierwsza z nich zakładała, że M. jest bardzo czymś (lub kimś) zajęty, a druga, że skończyły mu się środki na koncie w telefonie. Opcji, że stało mu się coś złego, nie brałem pod uwagę, choć nie była nieprawdopodobna. Wolałem jednak takich domysłów nie snuć.

Po tym, jak zobaczyłem, że M. do mnie dzwoni, wyjaśnienie zakładające brak środków na koncie upadło (choć mógł doładować je w międzyczasie). Ale też i ja już nie byłem zainteresowany dalszym wyjaśnianiem, co się mogło dziać, skoro M. właśnie do mnie dzwonił!

Rozmowa była krótka. Czy wybiorę się w Bieszczady? Jedzie M., jego siostra M., nasza wspólna koleżanka G. i jest jedno miejsce wolne. Powrót w czwartek rano. Czas na podjęcie decyzji i spakowanie się: pół godziny.

Podjęcie decyzji zajęło mi kilka sekund. Jedynym kryterium było to, czy mam jakieś obowiązki lub spotkania, których nie da się odłożyć na później. Zajrzałem do swojej mózgownicy oczekując, że w takim przypadku zobaczę czerwony, błyskający baner z napisem "Nie możesz jechać, bo...". Zamiast niego zobaczyłem wielki, zielony napis "Jedź! Droga wolna". 

Zakładałem realistycznie, że nie byłem pierwszą osobą, której M. zaproponował dokooptowanie na czwartego do grupy. Ale widocznie inni, odpytani przede mną, nie chcieli lub nie mogli jechać. Ja zaś mam chociaż tę zaletę, że jestem człowiekiem mało uciążliwym, a na dodatek samowystarczalnym towarzysko (jeśli trzeba) i finansowo. To ostatnie jest o tyle ważne, że jak wiadomo dzielenie kosztów paliwa na cztery osoby daje znacznie korzystniejsze wskaźniki, niż kiedy dzieli się je na trzy. ;)

Biorąc to wszystko pod uwagę powiedziałem, że nie ma sprawy, jadę. Chyba zaskoczyłem M. szybkością swojej decyzji i brakiem wahań, bo chyba raczej nie tym, że się w ogóle zdecydowałem. Nawet biorąc pod uwagę wykoncypowane przeze mnie powyżej realia, których prawdziwości przezornie nie weryfikowałem, to była zbyt dobra propozycja, żeby ją odrzucić. :)

Pojawił się tylko jeden drobny szkopuł. A raczej dwa. Pierwszy taki, że pół godziny to było za mało na to, żebym wrócił do domu i się spakował, skoro nieco ponad pół godziny zajmuje mi zwykle droga z domu do pracy (i tak samo z powrotem). Drugi taki, że musiałem poinformować o wyjeździe dziekana S. i właściwie dawałem mu prawo weta w tej sprawie, bo umawialiśmy się, że będę w tygodniu zaglądał na uczelnię. Ale wizyty te miały służyć doglądaniu rekrutacji, a nie podejmowaniu jakichś konkretnych, zaplanowanych działań. Dlatego zakładałem, że równie dobrze mogę rekrutacji przez trzy dni nie doglądać i nic się nie stanie.

Pierwszy problem rozwiązałem telefonem do M. i prośbą o wydłużenie terminu o kolejne pół godziny. Zgodził się bez problemu. Drugi problem rozwiązałem telefonem do dziekana S. Tak jak się spodziewałem, nie był zachwycony, ale problemów nie robił. Myślę, że zgodziłby się, nawet gdybym miał zaplanowane coś konkretnego do zrobienia. Bardzo sobie cenię to, że dziekan S. idzie mi na rękę w każdej sytuacji, kiedy jest to możliwe, i właśnie dlatego, że tak postępuje, ja staram się z tego korzystać jak najrzadziej. Staram się też rewanżować rzetelnym wywiązywaniem się ze swoich obowiązków. Inaczej czułbym, że wykorzystuję ten układ oparty na wzajemnych szacunku i zaufaniu.

Kiedy rozwiązałem dwa problemy stojące na drodze mojego wyjazdu w Bieszczady, wziąłem się za pakowanie i dość sprawnie się z tym uporałem. Ponieważ jechałem w zasadzie tylko na trzy dni, więc wziąłem mniej rzeczy niż na typowy wyjazd turystyczny. Ze względu na to, że  nie było pewności, czy będziemy mieli nocleg pod dachem, M. poprosił, żebym wziął ze sobą namiot. Wziąłem też śpiwór, bo i pod dachem niekoniecznie musiała być pościel. Ostatecznie byłem "zwarty i gotowy" przed 15.00, kiedy M. po mnie przyjechał, a nawet wyszedł mi naprzeciw. Kiedy zapakowałem do samochodu najpierw bagaż, a potem siebie, ruszyliśmy w góry.

Co było dalej, o tym może napiszę, a może nie. Wiele zależy od tego, ile będę miał czasu, który będę mógł na takie zapiski poświęcić. Mogę mieć go dość mało, bo powoli kończą się dla mnie wakacje. I tak jak pierwszego lipca przestawiłem się na "czas letni", tak teraz z początkiem września muszę się przestawić z powrotem na "czas pracy". Nie jest to bowiem prawda, że nauczyciele akademiccy mają trzy miesiące wakacji. Tyle to mają studenci i to tylko ci, którzy rzetelnie podeszli do sesji letniej. :)

Na koniec jeszcze dodam, dlaczego napisałem w tytule o "tygodniu" pełnym wrażeń, skoro wróciłem z Bieszczad w czwartek. Ano dlatego, że w piątek późnym popołudniem pojechałem na wcześniej zaplanowany wyjazd z chórem na cały weekend. Wróciłem w niedzielę około 15.00, więc praktycznie cały miniony tydzień spędziłem w rozjazdach i pozostanie mi po nim wiele miłych wrażeń i wspomnień. :)

Tagi: roman j
18:44, roman_j
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Dziś pierwszy dzień w pracy po tygodniu pełnym wrażeń. Dzień, który zaczął się niezbyt udanie, ale może dobrze się skończy. Chociaż ziarna tej porannej porażki zostały zasiane wcześniej i chwasty, jakie z nich wyrosły, trudno będzie wyplenić.

Boli mnie od rana głowa. To nic nowego. Boli mnie z przerwami już od wczorajszego popołudnia. W nocy słabo przez to spałem. Ale postanowiłem być twardy i nie brać żadnych tabletek przynajmniej dopóki ból nie stanie się tak silny, że utrudni mi normalne funkcjonowanie.

Ból przychodzi falami i wiążę go raczej z moją psyche niż z somą. To moja wyobraźnia robi mi świństwo i podsuwa obrazy, które wywołują stres, a ten w dalszej kolejności owocuje bólem głowy i żołądka. Na szczęście żołądek się już uspokoił, ale z głową tak łatwo nie jest. Ją trudniej opanować. Musiałbym się głęboko zrelaksować, a nie mam do tego warunków. Zresztą nie mam też pewności, że by to rzeczywiście pomogło.

Trochę jeszcze pociągnę tę wstępną dygresję, zanim przejdę do tego, o czym chciałem dziś przede wszystkim napisać. Wracając do mojej wyobraźni, to jest takie powiedzenie, że człowiek jak czegoś nie wie, to sobie wymyśli. Tak już chyba funkcjonuje większość z nas, że nasze mózgi nie znoszą próżni, nie znoszą czegoś nie wiedzieć czy nie rozumieć. I jeśli brakuje faktów czy wiedzy, to są gotowe wypełnić tę pustkę byle czym. I ja tak mam, chociaż niekiedy udaje mi się z taką pustką żyć, ale to zasadniczo wtedy, kiedy nie dotyczy ona spraw dnia codziennego. Tutaj niestety rozum daje pole do popisu wyobraźni, a ta zwykle odmalowuje najczarniejsze scenariusze.

No i właśnie teraz jestem w takim stanie. Jest kilka faktów, które mnie zastanawiają, bo nie potrafię sobie wyjaśnić, czego są skutkiem. Tymczasem wyobraźnia już tę pustkę wypełniła dodając gratis projekcje na przyszłość utrzymane w wyjątkowo czarnych barwach. I nawet do moich snów się ten jad przesączył. Miałem dziś przez to bardzo nieprzyjemne sny. Żadnego jednak nie opiszę, choćby dlatego, że wolałbym je zapomnieć niż roztrząsać. Ale rano wziąłem się w karby. Wyłuskałem suche fakty pomijając interpretacje i wszystko zaczęło wyglądać dużo lepiej. Ale moja chora wyobraźnia nie daje za wygraną. Dlatego muszę się zająć czymś, co mnie mocno zaangażuję.

A przechodząc do właściwego tematu notki, któremu pewnie poświęcę dużo mniej miejsca niż wstępnej dygresji, to po długich przymiarkach w końcu zrobiłem kurs spadochronowy i oddałem pierwsze dwa skoki. Więcej nie mogłem, bo w dniu, w którym robi się pierwszy skok w życiu, można zrobić tylko dwa. Nie wiem, czy to reguluje jakieś nadrzędny akt prawny, czy to tylko zasady Aeroklubu Kieleckiego, w którym robiłem kurs, ale tak jest i już. I tak miałem dobrze, że udało mi się skoczyć zaraz po kursie, bo tego samego dnia skakały dziewczyny, które na swoje pierwsze skoki czekały dużo dłużej tygodni.

Zanim doszło do skakania, trzeba było ukończyć kurs. Trzy dni teorii przeplatanej ćwiczeniami. W czasie tych ćwiczeń trenowaliśmy m.in. opuszczanie samolotu i przyjmowanie odpowiedniej pozycji przez pierwsze kilka sekund lotu, zanim nie otworzy się spadochron. Potem okazało się, że podczas pierwszego skoku prawie nikt nie jest w stanie skupić się w pierwszej fazie lotu na wykonaniu wszystkiego, czego nas nauczono i w taki sposób, jak nas nauczono. Ale mimo to wszystko skończyło się dobrze.

Ze względu na przydługą, choć potrzebną, dygresję na początku tej notki, więcej na ten temat napiszę w kolejnej notce (lub kolejnych notkach). Chyba, że mi przejdzie ochota do pisania o tym, jak to czasem miało miejsce w przypadku innych tematów. :)

Tagi: roman j
13:20, roman_j
Link Komentarze (6) »
sobota, 13 sierpnia 2011

Wczoraj, kiedy siedzieliśmy we trójkę w ogródku pizzerii, M. zapytał mnie, co słychać w blogu. Odpowiedziałem, że nic, co było odpowiedzią nie do końca prawdziwą, ale miało tę zaletę, że było bliskie prawdy i dało się krótko wyrazić. Pomyślałem sobie też, że skoro pyta, to znaczy, że nie czyta. Albo czyta i widzi, że niewiele się dzieje i dlatego zapytał.

Nie zamierzałem tego rozstrzygać. Zamiast tego stwierdziłem, że może coś napiszę. W końcu stwierdzenie, że nie ma o czym pisać, jest zawsze nieprawdziwe, bo można przecież napisać choćby o tym, że absolutnie nic się nie dzieje. Zresztą zawsze się coś dzieje dookoła nas, tylko nie zawsze chce mi się o tym pisać lub nie zawsze uważam, że o tym pisać warto. Nie oznacza to jednak, że nie ma o czym pisać.

Co więc się dzieje ze mną albo wokół mnie? Poza zwykłą rutyną wolnych od pracy dydaktycznej dni dzieje się niewiele. A to dlatego, że niewiele robię, żeby się coś działo. Mniejsza o to, dlaczego. Nie jest to dobry temat do publicznej spowiedzi. Nie jestem nawet pewien, czy gdybym miał dostęp do właściwego ucha, to też bym o tym opowiedział. Właściwie najlepiej byłoby o tym napisać w moim osobistym dzienniku, ale im bardziej chciałbym to zrobić, tym bardziej umacniam się w przekonaniu, że już nie potrafię.

Próbowałem tamte zapiski kilkakrotnie reanimować i nie jestem zadowolony z efektów. Niby wiem, co mi najbardziej przeszkadza w ich prowadzeniu, ale nie mam pewności, czy to rzeczywiście decydujący czynnik. Obawiam się, że są inne, które ujawnią się po ewentualnym wyeliminowaniu tego jednego. Na przykład wydaje mi się, że mam trudności ze skoncentrowaniem się na jakiejś czynności na dłużej. To znaczy jak mnie coś rzeczywiście wciągnie, to potrafię się skoncentrować, ale problem polega na tym, że coraz trudniej się wciągam.

Nie wyobrażam sobie, jak to się stało, że jedenaście lat temu mniej więcej w tym czasie co teraz, potrafiłem przesiedzieć po kilka godzin dziennie przed komputerem pisząc swoją pracę dyplomową. Wtedy nie stanowiło to dla mnie problemu. Pisało mi się sprawnie i szybko. Do dziś, kiedy zaglądam do tej pracy, mam wrażenie, że pisał to ktoś mający lepiej ułożone w głowie niż ja teraz. Nie poznaję siebie w tamtej pracy. Wygląda na to, że od tamtego czasu zamiast się rozwijać, przeżywam jakiś intelektualny regres.

To chyba wpływ otoczenia, któremu to wpływowi nie potrafię się oprzeć. Jest internet, który z przyczyn technicznych, ale też i marketingowych, jest królem krótkiej formy. Jeśli artykuł jest za długi, nikt nie doczyta go do końca. Sam się na tym łapię, że czytam różne artykuły po łebkach. Nawet w prasie drukowanej. Na dodatek obniżył się poziom przekazu medialnego. Ponieważ internet jest medium demokratycznym i przeznaczony jest dla wszystkich, czyli także dla półgłówków, a bogiem internetu jest oglądalność, więc trzeba umieszczane w nim treści maksymalnie upraszczać.

Język się upraszcza, artykuły się skraca, więc mózg dopasowuje się, a wskutek tego także rozumienie świata się upraszcza i ludzie się intelektualnie degenerują. Widzę po sobie, że mój język się zubaża. Czasem, kiedy próbuję sięgnąć po jakieś odpowiednie, ale rzadko używane słowo, muszę się zadowolić jego mniej trafnym zamiennikiem, bo tamtego nie potrafię z pamięci przywołać. Oczywiście można temu zaradzić, ale trzeba by zacząć od siebie wymagać więcej niż wymaga otoczenie. Poświęcić na to czas. Mieć silną motywację i jakieś uzasadnienie.

Tych dwóch ostatnich czynników mogłoby dostarczyć otoczenie, ale musiałoby się ono diametralnie zmienić. Zamiast wszechobecnego kultu głupoty, prostactwa, populizmu i innych negatywnych (w mojej ocenie) cech, postaw i trendów musiałyby stać się cenne ich przeciwności. Ale to byłoby niezgodne z naturą ludzkości jako masy. Już Jose Ortega y Gasset w swoim "Buncie mas" zauważył, że im bardziej demokratyczny staje się dostęp ludzkości do kultury, tym bardziej jej poziom się zniża (mocno strywializowałem jego bogate przemyślenia, ale myślę, że i taką konkluzję też można z nich wysnuć).

W każdym razie dziś ani media, ani instytucje kultury nie próbują nawet kształtować gustów czy postaw. Tym pierwszym schlebiają, te drugie, opisują (głównie media) dostarczając niewyszukanej rozrywki swoim odbiorcom. Na pracę nad nimi nie ma już miejsca, czasu, ani chęci. Trzeba by się więc samemu zmobilizować i iść pod prąd trendom oraz otoczeniu. A przynajmniej obok nich.

Ale ja nie mam na to w sobie dość siły i woli. I nie mam motywacji. To, co mógłbym w ten sposób osiągnąć, jest to dla mnie na swój sposób cenne. Ale dochodzę do wniosku, że osiągnięcie tego byłoby równie sensowne, jak uruchomienie kopalni złota na bezludnej, odciętej od świata wyspie. Owszem, byłbym posiadaczem cennego kruszcu, ale nie miałbym okazji zrobić z niego żadnego praktycznego użytku.

Może byłoby łatwiej, gdybym miał wsparcie kogoś, kto podobnie myśli i kto podjąłby się takiego samego wyzwania. Kogoś, z kim można by ten intelektualny, myślowy "kruszec" wymieniać. Ale o to chyba jeszcze trudniej niż o motywacje i chęci. Nie wiem nawet gdzie szukać kogoś takiego, ile trzeba by plew przesiać, żeby znaleźć wśród nich ziarno?

Zresztą ja się do tego nie nadaję. Jestem człowiekiem z lasu. Samotnikiem, chociaż paradoksalnie tęskniącym za towarzystwem. Człowiekiem stroniącym od tłumu, ale nie od ludzi. Byle byli w niedużej liczbie, bo jestem człowiekiem kameralnym. Dla mnie cztery osoby to już tłum.

Zaskakujące, jak zmieniają się interakcje międzyludzkie w zależności od tego, w jak licznym gronie się odbywają. Im więcej osób, tym zwykle płytsze stają się rozmowy, tym mniej szczerości, a więcej lansowania, tym mniej serdeczności, a więcej rubaszności, tym mniej naturalności, a więcej stroszenia piór, etc. Pewnie nie odkrywam nic nowego. Pewnie psychologowie lub socjologowie już to zjawisko opisali, o ile nie jest to tylko moje subiektywne odczucie. Ale niezależnie od tego ja odkrywam to na własną rękę. Pewnie dlatego, że za dużo rozmyślam i już pod tym względem idę pod prąd obowiązującym trendom.

Tagi: roman j
16:22, roman_j
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape