O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
środa, 29 sierpnia 2012

Tytuł poważny, ale zamierzam przynudzać. Czy mi się to udało, niech ocenią czytelnicy.

Kilka powodów skłoniło mnie najpierw do rozmyślań na temat, o którym piszę. Po pierwsze chyba zaskoczenie, w jak wielu uczelniach można dziś studiować budownictwo, czyli kierunek, który sam skończyłem i na którym mam zajęcia. Do niedawna normą było, że uczelnie prywatne nie uruchamiają kierunków technicznych ze względu na wymagane zaplecze do ich nauczania. Tego nie da się nauczyć wyłącznie za pomocą tablicy i kredy. Teraz nawet prywatne uczelnie, które jak mogłoby się wydawać, mają profil wybitnie humanistyczny, reklamują się, że można u nich studiować budownictwo.

Ten wysyp, jak sądzę, jest związany przede wszystkim z przekazem płynącym z mediów, że na rynku pracy potrzebni są fachowcy po takich studiach. Do tego dochodzi ambitny plan pani minister Kudryckiej, żeby zwiększyć liczbę absolwentów studiów inżynierskich. Plan ten realizowany jest przede wszystkim przez projekt europejski, w którym płaci się studentom stypendia za to, żeby studiowali kierunki techniczne. Im dłużej analizuję możliwe skutki prowadzenia tego programu, tym bardziej jestem wobec niego krytyczny.

Podstawowy argument jest taki, że skoro inżynierów potrzeba, to są cenieni na rynku pracy i społeczeństwo widzi, że jest to zawód, jaki warto uprawiać. W konsekwencji młodzi ludzie sami powinni wybierać studia inżynierskie. Jeśli tego nie robią, to może dlatego, że nie czują się do nich dobrze przygotowani po edukacji na niższych szczeblach, ale przecież tego nie załatwi 1000 zł wypłacane do ręki co miesiąc przez cały okres studiów.

Druga moja wątpliwość jest taka, że ponieważ pieniądze te są przeznaczone (z założenia) dla maksymalnie 50% liczby studentów na roku, to może skłaniać (i pewnie skłania) do niekoniecznie etycznych i godnych zachowań, żeby się w tych 50% znaleźć. Myślę, że najmniej popularnych działaniem w tym celu jest wzięcie się za naukę. O bardziej popularnych pisać nie będę, bo po co mam komuś podpowiadać, co może spróbować robić.

Biorąc pod uwagę powyższe, ja się cieszę, że na moim wydziale mimo podejmowanych prób nie udało się do tego programu załapać. Niech tak zostanie, bo raz, że jak się uda, to spadnie morale, poziom nauczania, a do tego być może jeszcze trzeba będzie do interesu dołożyć (ze względu na zawiłe zasady rozliczania projektów unijnych).

Pewnie bym tego wszystkiego, co napisałem powyżej, tutaj nie publikował, gdyby nie pewnie rozmyślania, do których skłoniła mnie informacja, że na studiach zaocznych II stopnia na moim kierunku jest limit i wynosi on 30 osób. To mnie o tyle zdziwiło, że w zeszłym roku miałem studentów prawie dwa razy więcej. I zastanawiam się, czy wtedy też był limit, tylko go przekroczono, czy limit po prostu w tym roku zmniejszono.

To mnie skłoniło do zastanowienia się, jak wielkość limitu przyjęć wpływa na późniejszą liczbę absolwentów. Czyli czy przyjęcie np. 50% kandydatów oznacza, że liczba absolwentów też wzrośnie w takiej samej proporcji. I doszedłem do wniosku, że nie ma prostego przełożenia, bo decydują przynajmniej trzy podstawowe czynniki. Po pierwsze ważne jest, czy przyjęcia są prowadzone w konkursie, czy na zasadzie "kto pierwszy, ten lepszy". Po drugie, istotne jest, jaki procent przyjętych kończy studia (średnio oczywiście). I wreszcie po trzecie ważne jest, czy wymagania wobec studentów są w miarę stałe, czy są obniżane.

Nie analizując wszystkich możliwych kombinacji tych trzech czynników napiszę, że większej liczbie absolwentów przy zwiększonej liczbie kandydatów sprzyjają następujące opcje: przyjęcia "kto pierwszy, ten lepszy", duży procent kandydatów kończących później studia i skłonność do obniżania wymagań. Dodam tylko, że nieuniknioną konsekwencją tak uzyskanego wzrostu jest wyraźne obniżenie jakości "produktu" czyli absolwentów.

Jeśli kogoś interesuje, dlaczego te opcje w takiej konfiguracji prowadzą do celu (choć moim zdaniem prowadzą złą do niego złą drogą), to poniżej to wyjaśniam. Reszcie osób dziękuję za uwagę. Doceniam, że dobrnęliście chociaż dotąd. ;)

Zacznę nietypowo, bo od drugiego czynnika, czyli "śmiertelności" wśród studentów. Przyjmijmy pewne założenia. Wydział przyjmuje co roku 90 kandydatów. Spośród nich średnio 55 osób kończy studia. Z tych, którym się to nie udaje 8 osób nie kończy ich z własnej woli (rezygnują), a pozostałe wskutek nieuzyskania wymaganych zaliczeń (są skreślani). Te liczby są oczywiście wymyślone, ale myślę, że nie są dalekie od rzeczywistości np. mojego kierunku na moim wydziale.

Dodatkowe założenia są takie, że na wydział są przyjmowani kandydaci z najlepszymi wynikami spośród tych, którzy się zgłosili oraz że wymagania są na stałym poziomie. Wyobraźmy sobie teraz, że wydziałowi nakazano w kolejnym roku przyjąć 120 osób zamiast 90. Jaka nasuwa się pierwsza myśl? Ano taka, że ta dodatkowa 30-tka będzie słabsza niż najsłabszy kandydat z pierwszej 90-tki, bo miejsca od 91 do 120 zajmą osoby, które w konkursie uzyskają najsłabsze wyniki. Rok wcześniej byliby "za burtą", teraz się dostaną.

Ale cóż z tego? Skoro na 90 osób dotąd przyjmowanych średnio 27 nie potrafiło się uporać z wymaganiami studiów, to jaka jest szansa, że z dodatkowo dobranej 30-tki jeszcze słabszych kandydatów ktoś się do końca utrzyma? Przecież ci, którzy odpadli, byli i tak lepsi niż ci, którzy dostaną się teraz dzięki zwiększeniu limitu przyjęć. I właśnie dlatego ta wspomniana szansa jest na pewno większa od zera, ale temu zeru bardzo bliska.

Inaczej byłoby, gdyby średnio kończyli studia niemal wszyscy przyjęci. Wtedy rozszerzenie limitu mogłoby oznaczać, że może jeszcze jakaś cześć osób spośród tych dodatkowo przyjętych słabszych nadrabiając pracowitością braki dotarłaby do dyplomu.

Oczywiście sytuacja zmieniłaby się także, gdyby wraz ze zwiększeniem limitu obniżono jednocześnie wymagania wobec studentów. O ile osób zwiększyłby się "urobek" wydziału, to już zależy od stopnia obniżenia wymagań. Ale widać, że bez tego ani rusz. To ważne, bo do tego odwołam się we wnioskach.

Kwestia sposobu prowadzenia naboru jest może mniej istotna, ale ma swój wpływ. Kiedy organizowany jest konkurs, wtedy wiadomo, że dostają się najlepsi spośród zainteresowanych, a to oznacza, że poszerzenie limitu przyjęć oznacza przyjęcie gorszych kandydatów niż dotąd. Natomiast przyjęcia na zasadzie "kto pierwszy ten lepszy" nie wykluczają, że na te dodatkowe miejsca załapią się kandydaci reprezentujący przyzwoity poziom. Zwłaszcza, że ci przyjęci w ramach mniejszego limitu są wielką niewiadomą, jeśli chodzi o poziom i może być tak, że będą to głównie słabi kandydaci, którzy nigdzie indziej nie będą próbowali startować.

Biorąc to wszystko pod uwagę jestem przeciwnikiem organizowania rekrutacyjnych "dogrywek" czy zwiększania limitów przyjęć w nadziei, że to zaowocuje przyrostem liczby absolwentów, bo to się może jedno na drugie przełożyć, ale głównie kosztem jakości wypuszczanych absolwentów, czyli w rzeczywistości kosztem ich wszystkich, bo jeśli będzie się od nich mniej wymagać, to wszyscy mniej będą umieli.

Co więc moim zdaniem najlepiej zrobić, aby mieć większą liczbę absolwentów takich kierunków jak mój? Odpowiedź jest chyba dość oczywista. Należy podnieść poziom nauczania na niższych szczeblach edukacji. Wbrew pozorom to zwiększy liczbę absolwentów, bo kandydaci lepiej przygotowani do studiów będą się charakteryzowali mniejszą "śmiertelnością" przy tych samych stawianych im wymaganiach.

Niestety, mam wrażenie, że wszystko zmierza w dokładnie przeciwnym kierunku. Poziom nauczania w szkołach spada, bo odchudza się programy, a nawet pozwala się przejść do następnej klasy uczniom z jedną oceną niedostateczną (na szczęście nie ma już maturalnej amnestii). Żenująco obniża się w konsekwencji poziom matury, żeby nie było ogólnopolskiego pogromu.

Potem tych niedouczonych maturzystów zachęca się do podejmowania nauki w zamian za stypendia i jednocześnie zwiększa się limity przyjęć i obniża poziom. Te dwa procesy dzieją się głównie na uczelniach prywatnych, bo państwowe mają limitowy kaganiec nałożony przez ministerstwo (i bardzo dobrze). Choć poziom obniża się też siłą rzeczy i na uczelniach państwowych, żeby przy coraz słabszych kandydatach nie rosła "śmiertelność", bo to już odbija się na finansach uczelni. Słowem robi się pewne ruchy i uzyskuje się jakiś efekt. Tylko ten efekt jest taki, że mamy inżynierów na poziomie dużo niższym niż kiedyś kształciliśmy techników. Za to mamy tych inżynierów więcej, więc plan jest wykonany i można zgłosić się do kasy ministerstwa po nagrodę.

I tylko tyle mojego, że sobie popiszę...

Tagi: roman j
19:50, roman_j
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Nie mam ostatnio potrzeby dzielenia się swoimi przemyśleniami, więc skoro mam przynajmniej ochotę i czas coś tutaj napisać, to poświęcę ten wpis krótkiemu opisowi tego, co się u mnie dzieje. Przynajmniej w niewielkim zarysie tego, co wydaje mi się ciekawe. A może raczej tego, czym żyję.

W sobotę pojechałem znów do Masłowa poskakać sobie i przewietrzyć się. Jak już pisałem wcześniej, nie mam coś szczęścia w tym sezonie, żeby się naskakać tak, aż będę miał dość. Jak dotąd mam za każdym razem niedosyt.

Śmiech mnie bierze, kiedy przypominam sobie, jakie miałem wielkie plany - przynajmniej sześć do ośmiu skoków w każdy weekend, kiedy będę mógł pojechać na lotnisko. Tymczasem sześć skoków udało mi się oddać w czterech podejściach. No może w trzech, bo raz się zagapiłem, nie doczytałem wcześniej Internecie, że skoków nie będzie i pojechałem na próżno.

No ale nawet te sześć skoków na trzy próby daje żałosną średnią dwa skoki na weekend. Czyli jakby raz w sobotę i raz w niedzielę. Z taką częstotliwością to nawet uprawianie seksu nie cieszy, a co dopiero skakanie. Poza tym trudno jest nabrać dobrych nawyków, skoro nawet jak coś wyjdzie, to nie ma kiedy tego powtórzyć, póki się pamięta, żeby się utrwaliło.

Trzy tygodnie temu w sobotę udało mi się ładnie "oddzielić od samolotu" jak to się nazywa fachowo, czyli wyskoczyć. To wbrew pozorom dość ważne, żeby zrobić to odpowiednio, zwłaszcza jak się skacze z liną desantową, jak ja obecnie jeszcze. Zakładałem, że w niedzielę to powtórzę i utrwalę. I na założeniach się skończyło, bo deszcz nas wygnał z pasa startowego. Teraz, trzy tygodnie później, oddałem dwa skoki i w obu raczej marnie wyszedłem z samolotu. Komplikacji co prawda nie było, ale raz niewiele brakowało. W niedzielę chciałem spróbować zrobić to lepiej i znów pogoda pokrzyżowała plany.

To właśnie pogoda jest główną przyczyną, choć nie jedyną, tak marnej liczby skoków, jakie udało mi się wykonać. Mało brakowało, a w ten weekend też wróciłbym z niczym. Przyjechałem na lotnisko w sobotę przed trzynastą, a tu nic się nie dzieje, choć skoki były planowane od południa. Dowiedziałem się od znajomego, że czekamy, aż wiatr się uspokoi. Faktycznie, mocno dmuchało.

Po około trzech godzinach wiatr przy ziemi się uspokoił, ale instruktor powiedział nam, że górą jeszcze mocno wieje. Odczekaliśmy więc jeszcze trochę i w końcu zapadła decyzja, że pójdzie jeden wylot wysoki (czyli na ok. 2500 m) z bardziej doświadczonymi skoczkami, a potem okaże się, co dalej.

No i mieliśmy niezłą huśtawkę nastrojów. No bo skoro jeden wylot jest, to może następne też będą. Potem, kiedy samolot był w powietrzu, pilot podał, jaką ma prędkość względem ziemi i względem powietrza, dzięki czemu można było określić, jak mocno wieje. Wiało za mocno: 10 m/s. W takich warunkach raczej się nie puszcza żółtodziobów, a oprócz mnie, mającego na koncie dziewięć skoków, była jeszcze dwójka skoczków, dla których to miały być drugie skoki w życiu. Jak to obrazowo powiedział instruktor, nie chce nas po skokach zbierać gdzieś z okolicznych pól, bo wiatr nas przewieje za lotnisko.

Pogodzeni z okolicznościami, na które nie mieliśmy wpływu, patrzyliśmy na tych szczęśliwców, którzy polecieli w górę i właśnie spadali w dół jak kamienie. Po chwili otworzyli spadochrony i... instruktor stwierdził obserwując ich lot, że może jednak nie jest tak źle. I w końcu padło to tak oczekiwane: "No dobra, przebierajcie się".

W sumie odbyły się cztery wyloty. Dwa wysokie z bardziej doświadczonymi skoczkami i dwa niskie ze mną i wspomnianą wcześniej dwójką. Niskie, czyli teoretycznie z wysokości 1200-1300 metrów. Teoretycznie, bo pilota tym razem mieliśmy z fantazją i najpierw wylecieliśmy na 1400 m, a za drugim razem nawet na 1600 m.

Wyżej to nawet lepiej. Z dwóch powodów. Jeśli doszłoby do jakiejś awarii, jest więcej czasu, żeby zareagować. Poza tym większa wysokość to dłuższe szybowanie na czaszy (jakieś 20 s na każde 100 m), bo lina i tak otwiera spadochron około już trzy sekundy po wyskoku, niezależnie od wysokości. Jedyny minus, jaki mi przychodzi do głowy, to taki, że im wyżej, tym jest zimniej. Ale na 100 m to jest około 0,65 stopnia, więc nie był to jakiś dramatyczny spadek.

Lądowanie wyszło chyba nieźle. Przynajmniej ja je tak oceniam. W przeciwieństwie do wyskoku, o czym dowiedziałem się, kiedy omawialiśmy skoki. Ale przynajmniej usłyszałem coś, co mnie mile połechtało po mojej próżności. Po pierwszym skoku okazało się, że wszyscy odlecieliśmy za daleko od osi wiatru, której mieliśmy się trzymać, ale ja szybko wróciłem w te okolice, gdzie powinienem szybować i instruktor powiedział, że widać, że mam już doświadczenie. :)

Miło mi się zrobiło, ale pomyślałem sobie, że może dziesięć skoków w zestawieniu z dwoma to jest jakieś doświadczenie. Ale dziesięć w zestawieniu z ponad trzema tysiącami (a tyle miał na koncie nasz wyrzucający) czy choćby z kilkoma setkami skoków dwóch innych skoczków, którzy tego dnia byli w górze, to jest po prostu wielkie nic. No ale z każdym kolejnym skokiem "cyfra" będzie mi rosła. Na razie wynosi 11.

Myślę, że może jeszcze w tym sezonie skoczę z uchwytem, czyli samodzielnie otwierając spadochron. Na razie oddałem dwa skoki mając uchwyt zamocowany do pokrowca, żeby się do niego przyzwyczajać i nabierać odpowiednich nawyków. To taki etap przejściowy przed wejściem na wyższy stopień wtajemniczenia.

Zauważyłem przy okazji pewną zmianę podejścia do liny. W pierwszych skokach cieszyłem się, że mam ją podpiętą i myśl, że miałbym kiedyś skoczyć bez niej, niemal mnie mroziła. Tymczasem w dwóch ostatnich skokach lina mi wręcz przeszkadzała. Jest bowiem tak, że jeśli źle się wyjdzie z samolotu, to skacząc z liną nie można skorygować pozycji przed otwarciem czaszy. Nie ma na to czasu.

Paradoksalnie wskutek tego łatwiej o jakąś awarię, jeśli spadochron otworzy się przy nieodpowiedniej pozycji ciała. Gdybym nie był przypięty liną, to po niezbyt udanym wyjściu z samolotu miałbym chwilę czasu na poprawienie pozycji i dopiero wtedy otworzyłbym spadochron. No ale z drugiej strony teraz mądrzę się na sucho i nie wiem, jak to będzie wyglądało, kiedy po raz pierwszy wyskoczę nie mając podpiętej liny. Może jeszcze za nią zatęsknię. :)

Chciałbym się o tym przekonać jeszcze w tym roku, zanim zakończę ten sezon. Ale czy mi się to uda? Trudno stwierdzić. Wiele zależy do pogody, która jest w tym roku wyjątkowo zmienna i kapryśna. W każdym razie powinienem mieć jeszcze dwie, może trzy okazje do skoków w tym roku. I tak cieszę się, że już w tym roku mam już więcej skoków niż w zeszłym i że zacząłem właśnie drugą dziesiątkę. :)

Tagi: roman j
15:54, roman_j
Link Komentarze (4) »
piątek, 24 sierpnia 2012

Postanowiłem w tytule nawiązać do poprzedniej notki, choć jedna z drugą za wiele wspólnego nie ma. Ale tworzy to pewne poczucie ciągłości, o co na blogu nieraz trudno, gdy porusza się tematy od Sasa do lasa. :)

Te sześćdziesiąt kilometrów zrobiłem w ramach roweriady, na którą jak zwykle zwoływał chętnych J. W ogóle skład był zacny, bo sami doktorzy nauk technicznych w osobach: J., K. i M. (ale to nie są inicjały Janusza Korwin-Mikkego ;) ). Pod względem stopnia naukowego wpisałem się w towarzystwo bardzo dobrze. Gorzej było już z kondycją. Tutaj popełniłem wykroczenie, które określiłem jako "niedostosowanie kondycji do warunków jazdy". :)

Te nieco ponad sześćdziesiąt kilometrów zrobiłem w prawie sześć godzin licząc czas od wyjazdu z domu do powrotu. Trochę za wcześnie z tego domu wyrwałem, bo przeszacował czas potrzebny na dojazd i na miejscu zbiórki musiałem pół godziny poczekać. Wykorzystałem ten czas na dopompowanie powietrza w kołach.

I tu spotkała mnie przykra niespodzianka, bo maszynka w dętce zaczęła robić głupie psikusy. Najpierw spuściła mi niemal całe powietrze. Myślałem, że już po niej, ale kiedy znów napompowałem koło, trzymała powietrze. Chciałem napompować mocniej, puściła. Zatkałem palcem i potrzymałem, znów trzymała. W każdym razie udało się jakoś przejechać cały dystans.

Dystans był może nieduży, bo zdarzało mi się jechać po sto kilometrów dziennie i więcej kilka razy w życiu, ale tempo było (dla mnie) mordercze, a i teren dość wymagający. Wlałem w siebie półtora litra płynów, a prawie nic z tego ze mnie nie wyleciało. Przynajmniej nie w taki sposób, w jaki bym się spodziewał. Pod koniec jazdy głowa zaczęła mnie ostrzegać, że jeszcze trochę i mnie rozboli, a to oznacza, że znalazłem się blisko granicy wyczerpania swoich możliwości. Ale dojechałem jakoś do domu.

Jutro chcę wybrać się na skoki do Masłowa, ale jeśli rano obudzę się i stwierdzę, że nie mam siły, to nie wiem, czy nie zmienię planów. Choć zaczynam już odczuwać głód skakania. Przez dwa weekendy nie skakałem, więc chciałbym teraz skorzystać i nadrobić trochę. Co to za sezon, jeśli udało mi się dotąd oddać tylko cztery skoki. Zakładałem, że będzie ich ze cztery razy tyle. W tym tempie nie zrobię ŚK do emerytury. :)

Teraz chyba się na chwilę położę, żeby przyspieszyć regenerację po wysiłku. Czuję, że naprawdę dostałem w kość. No ale tak to jest, jak się jeździ z wyczynowcami. ;)

Tagi: roman j
16:10, roman_j
Link Komentarze (6) »
wtorek, 21 sierpnia 2012

Miałem tę notkę napisać już w zeszłym tygodniu, ale nie mogłem się zmobilizować. Zawsze coś stawało na przeszkodzie. Głównie subiektywnie odczuwany brak czasu. Oczywiście to odczucie jest subiektywne z definicji, więc może lepiej byłoby napisać, że chodziło o pozorny brak czasu? To też nie oddaje sensu, więc inaczej. Uważałem, że nie mam dość czasu, żeby napisać porządnie notkę. A pewnie gdybym usiadł do pisania, to bym to zrobił i byłbym z efektu zadowolony. To chyba jeden z objawów prokrastynacji. To słowo od niedawna funkcjonuje w moim słowniku. W słowniku, który sprawdza poprawność tego, co piszę, jeszcze go nawet nie ma. :)

Ale do rzeczy. W czwartek wróciłem z wędrówki pieszej po południowej części województwa kujawsko-pomorskiego. Jego północną część, choć nie całą, zwiedziłem podczas ubiegłorocznego OWRP. Można więc napisać, że dopełniłem dzieła. Wędrówkę tę zaplanowałem sobie w związku z egzaminem na rozszerzenie uprawnień przodownika turystyki pieszej PTTK właśnie na to województwo. Poza tym chciałbym zdobyć Dużą Złotą Odznakę Turystyki Pieszej, a to wymagania między innymi przejścia dwóch szlaków o długości minimum dwustu kilometrów. Tak więc jeden już mam.

Nie wiem, czy napiszę coś o tej wędrówce w moim blogu turystycznym, a jeśli nawet tak, to kiedy, dlatego postanowiłem się na gorąco (a może raczej już tylko na ciepło) podzielić wrażeniami. A na początek garść informacji. Wędrowałem dziewięć dni. Zrobiłem oficjalnie (to znaczy po odliczeniu odcinków pokonanych dwa razy, krążenia po sklepach, błądzenia po polach, itp.) dwieście dwadzieścia kilometrów. A w rzeczywistości myślę, że przekroczyłem dwieście czterdzieści.

Podczas całej wędrówki tylko raz, pierwszego dnia, ktoś zaoferował się mnie podwieźć. Nie piszę tego w tonie pretensji, bo z takiej propozycji i tak nie skorzystałbym, bo trasę mojej wędrówki musiałem pokonać pieszo. I właściwie cieszę się, że nie musiałem częściej odmawiać takiej niepotrzebnej mi pomocy. Właściwie to jeszcze jeden raz ktoś zaoferował mi, że mnie kawałek podwiezie, a okoliczności są na tyle ciekawe, że to opiszę.

Było to rano w Inowrocławiu po wyjściu z noclegu. Nocleg miałem na dalekim południowym zadupiu miasta, skąd do centrum jest dobre pięć czy nawet sześć kilometrów, a po drodze prawie nie ma typowej miejskiej zabudowy. Wyszedłem z noclegu i miałem przed sobą kilkaset metrów betonowej drogi, na której zauważyłem stojący dość dziwnie samochód. Dziwnie, bo nie przy krawężniku, jak się zwykle parkuje, ale dużo bliżej środka jezdni tak, jakby się na chwilę zatrzymał jadąc. Ale stał tam dłuższy czas.

Szedłem w jego kierunku i przyglądałem mu się z zainteresowaniem. W pewnym momencie wydawało mi się, że widzę na jego rejestracji litery WP, ale byłem jeszcze za daleko, żeby móc je rozróżnić. Kiedy się zbliżyłem na tyle, że zobaczyłem wyraźnie rejestrację, stwierdziłem, że wyróżnik to rzeczywiście WP. Potem cyfry 1 i 3, a na końcu rejestracji litera F. To wszystko znaczyło, że samochód jest z mojego grajdołka i był zarejestrowany dwa może trzy miesiące wcześniej.

Kurczę, pomyślałem sobie, co za zbieg okoliczności, że na takim zadupiu spotykam samochód z mojego grajdołka. Kiedy go mijałem, zauważyłem na drzwiach herb i emblemat taksówki. Oczywiście z mojego grajdołka. Lampy na dachu nie miał, więc wcześniej się nie zorientowałem, że to taksówka. Pomyślałem sobie, że może powinienem zapytać, ile kosztowałby kurs do domu. ;) Ale nie zapytałem. Nawet nie zagadałem do kierowcy, ale za to on zagadał do mnie.

Podjechał, kiedy go minąłem, zatrąbił, otworzył szybę i zapytał, czy idę do miasta. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że nie, bo zamierzałem ten właściwy Inowrocław minąć bokiem. Na to on odpowiedział, że chciał coś zjeść i by mnie podwiózł do miasta. Pomyślałem, że pewnie nie wie, gdzie tu są jakieś lokale i liczył, że może ja mu w rewanżu coś podpowiem. Odpowiedziałem więc, że ja i tak nie jestem stąd. Ale skąd jestem, tego już nie mówiłem. Chciałem uniknąć przedłużania tej rozmowy, co pewnie by nastąpiło, gdybym się określił, jako jego współmieszkaniec.

To nie była jedyna ciekawa sytuacja na trasie, ale na więcej tu już brak miejsca, bo nie chcę bardziej tej notki wydłużać. Może coś napiszę na ten temat w kolejnej notce, ale nie obiecuję. :)

Tagi: roman j
12:54, roman_j
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 06 sierpnia 2012

W weekend pojechałem do Masłowa z mocnym postanowieniem, że znacząco poprawię sobie bilans skoków. W najbardziej optymistycznej wersji założyłem, że zrobię po cztery skoki dziennie i podwoję dorobek. Myślałem, że może nawet uda mi się już przejść do etapu, kiedy samodzielnie będę mógł otworzyć spadochron. Życie zweryfikowało brutalnie moje ambitne założenia.

W sobotę, co wiedziałem wcześniej, skoki zacząć się miały o 15.00. W związku z tym nie pojechałem tak jak zwykle bezpośrednim autobusem do Kielc, ale wybrałem dłuższą, trochę droższą, ale na swój sposób przyjemniejszą drogę. Pojechałem rano autobusem do stolicy, a potem wsiadłem do pociągu (ale nie byle jakiego). Dojechałem do Kielc niedługo po południu i niespiesznie obszedłem znane kąty. Ulżyłem pęcherzowi, zaopatrzyłem się w prowiant i pojechałem autobusem na lotnisko.

Na miejscu spotkałem kilka osób, które znałem już z widzenia, co jest osiągnięciem, biorąc pod uwagę, że to była chyba dopiero moja czwarta wizyta na lotnisku (nie licząc kursu), a za każdym razem spotykałem tam w większości nowe dla mnie osoby. Godzina piętnasta przyszłą i przeszła, ale nic się nie działo. Czekaliśmy na samolot. Pomyślałem, że dobrze, że nie ma ze mną M., bo teraz trudno by mi go było przekonać, że ta leniwa atmosfera z jaką zetknął się wcześniej podczas naszej wspólnej wizyty to był wyjątek, a nie reguła.

Ostatecznie skoki zaczęły się o 17.00 i chociaż dobrze się zapowiadały, to w drugim wylocie wyrzucający musiał się ratować. W związku z tym odbył się jeszcze tylko jeden wylot, a priorytetem stało się poszukiwanie czaszy głównej i osłonki od zapasu. Ta pierwsza się znalazła, ta druga już nie. Ale tak czy inaczej było już tego dnia pozamiatane. Pozostało mi wrócić do Kielc na noc.

Tutaj przynajmniej spotkała mnie miła niespodzianka, bo dostałem pokój do swojej dyspozycji. Wcześniej, kiedy rezerwowałem, pytałem o 1-osobowy, ale okazało się, że na taki nie ma szans. Na szczęście obłożenia nie było, więc nie dokwaterowali mnie do nikogo, ani nikogo do mnie. Wyspałem się, potrenowałem szare komórki rozwiązując zadania z "Omnibusa" "Polityki" i słuchając jednym uchem BBC w oryginalnej wersji językowej.

Postanowiłem sobie nie stresować się żadnymi godzinami odjazdów i pójść na tak zwany żywioł. Z początku wyglądało to na niezbyt dobry pomysł, bo najpierw stwierdziłem, że pięć minut wcześniej miałem autobus, a kolejny mam za godzinę. Nic to. Poszedłem do sklepu po bułki, a potem piechotką poszedłem do centrum. Tutaj kolejna niespodzianka z gatunku niemiłych - prawie dwie godziny do autobusu na lotnisko. A gdybym przyjechał tym autobusem, na który nie zdążyłem (choć to błędne określenie, bo nie można nie zdążyć niechcący) to zdążyłbym na poprzedni, który odjechał kilkanaście minut wcześniej.

Nie zrażony tym poszedłem na deptak poczytać sobie "Niezbędnik inteligenta" "Polityki". Trochę mi było szkoda, że ominą mnie jakieś wyloty, ale postanowiłem nie psuć sobie tym humoru. jak bardzo słuszna to była decyzja, dowiedziałem się na lotnisku. Przyjechałem nań trochę po jedenastej, a tam nic się nie dzieje. Dowiedziałem się potem, że od rana nic nie było zaplanowane, bo latali szybownicy. Skoki miały się zaś zacząć około 13.00. Jeszcze zdążyłem się naczekać na miejscu.

Problemem była jednak pogoda, bo mocno wiało. Ale wiatr w końcu nieco osłabł. I kiedy zapadła już decyzja, że skaczemy. Kiedy już zapakowany w uprząż i wyposażony, w co trzeba, oraz poinstruowany wsiadłem do samolotu. Kiedy już samolot stanął gotowy do startu na pasie. Wtedy zaczął lać deszcz, na który nieco wcześniej zaczęło się zbierać. Wróciliśmy więc samolotem z pasa pod hangar jak taksówką. A że zaciągnęło się mocno i nie widać było przejaśnień, więc tego dnia skoki zostały odwołane.

Dopełniłem więc formalności finansowych, zgrałem sobie filmy z moimi wyskokami z poprzedniej wizyty na lotnisku i pojechałem do Kielc, a stamtąd wkrótce do domu. Zamiast sześciu czy nawet ośmiu skoków oddałem jeden. Ale za to jestem z niego naprawdę zadowolony. Zarówno z wyjścia z samolotu, jak i z lądowania. Szkoda tylko, że nie mogłem tego powtórzyć. Zwłaszcza, że ten skok, którego nie udało mi się oddać, miałem wykonać z atrapą uchwytu. To taki wstęp do skoków z samodzielnym otwarciem czaszy. Następną okazję będę miał za trzy tygodnie. Mam nadzieję, że będę w równie dobrej dyspozycji. :)

Tagi: roman j
20:08, roman_j
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape