O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
poniedziałek, 28 września 2009

Dołek właściwie już jeden jest, a teraz obok będzie drugi. A z dwóch dołków, jak wiadomo, górki nie usypiesz. Na dodatek szykuje się ciężki semestr. Liczba godzin zajęć, jakie szykują mi się na zaocznych, przyprawia mnie o ból głowy. Do tego zjazdy mam akurat w te weekendy, kiedy coś ciekawego się dzieje. Na przykład wszystkie trzy rajdy PTTK-u, jakie odbędą się do końca roku, będą w soboty zjazdowe. Przez to się nie będę mógł na nich udzielać, a chciałbym. Także dla higieny psychicznej.

Znów poczułem potrzebę pisania dziennika odręcznie. Poprzednio na potrzebie się skończyło, bo po napisaniu o niej w blogu, ta jakoś mi minęła. Zobaczymy, jak będzie tym razem. Okoliczności nie sprzyjają, ale potrzeba jest silniejsza niż wcześniej. Mam czasami takie przemyślenia, które nie nadają się do tego publicznego spowiednika. Są na przykład zbyt osobiste. W artykule o dziennikach z ostatniej "Polityki" przeczytałem opinię Michała Witkowskiego, że "dziennik do publikacji to jest oksymoron. To jak kamera pod kołdrą." Ja do takiego etapu ekshibicjonizmu nie doszedłem i myślę, że tego Rubikonu tutaj już nie przekroczę. Nie teraz, kiedy przekonałem się, jaki ma zasięg ta moja pisanina. Za to może w swoich prywatnych zapiskach zdobędę się na większą szczerość wobec siebie, bo pamiętam, że pisząc wcześniej miałem zawsze z tyłu głowy myśl, że może ktoś to jeszcze przeczyta za mojego życia i to w jakiś sposób nieraz wpływało na moje zapiski. Chociaż nie zawsze. Niekiedy dawałem się ponieść natchnieniu.

Jeśli wrócę do moich odręcznych zapisków, to pewnie rzadziej będę pisał tutaj. Trudno będzie mi przyzwoicie prowadzić trzy dzienniki na raz: ten, blog turystyczny (który aktualizuję skandalicznie rzadko) i odręczny dziennik. Z nich trzech priorytet będzie miał ten trzeci. I żeby nie zasypiać gruszek w popiele biorę się za niego od zaraz. Nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki, ale nikt nie zaprzeczył, że można dwa i więcej razy w już "nie tej samej" rzece doznać tego samego orzeźwienia. Zobaczymy, czy mi się to uda. Oby.

Tagi: roman j
20:02, roman_j
Link Komentarze (8) »
piątek, 25 września 2009

Miałem być dzisiaj w górach, ale po wczorajszej wizycie w barze sushi kiepsko spałem w nocy, a ponieważ musiałbym wstać wcześnie i to właśnie akurat wtedy, gdy zaczęło mi się lepiej spać, więc zostałem w domu. Zrobię sobie dziś zamiast tego "tour de Wrocław".

Najpierw jednak napiszę kilka zdań sprowokowany wpisem w statystykach mojego turystycznego blogu. Znalazłem tam mianowicie dziś rano taka frazę: "moje odczucia po wycieczce do stutthofu". Domyślam się, że ktoś dostał za zadanie opisać swoje odczucia po wycieczce do obozu. Zastanawia mnie tylko, że ten ktoś szukał gotowca na ten temat. Wszak wypracowanie zawierające w tytule frazę "moje odczucia" wymaga zajrzenia raczej w głąb siebie niż przeglądania zawartości Sieci.

Ciekawe, czy moje odczucia z wizyty w Stutthof trafią do czyjejś pracy jako autora własne odczucia? Myślę, że nie, bo ktoś, kto szuka w Sieci odpowiedzi na pytanie, jakie są jego odczucia, szuka raczej sztampy, czegoś, co spodoba się (prawie każdemu) nauczycielowi. Myślę, że mógłbym nawet takie schematyczne wypracowanie stworzyć. Ładnie napisane i gwarantujące dobrą ocenę, ale bezwartościowe. Natomiast moje odczucia, które opisałem w blogu turystycznym, są chyba nieprzydatne. Ich opis jest skąpy, pozbawiony emocji, wzniosłych słów, itp. Ktoś piszący swoje prace metodą "kopiuj-wklej", raczej z mojego blogu w tym temacie nie skorzysta. Ale może znajdzie gdzieś lepsze "swoje odczucia".

Zamierzałem początkowo wyrazić się lekceważąco i pogardliwie o tej osobie, która u mnie szukała "swoich" odczuć (wskazuje na to choćby tytuł notki), ale w gruncie rzeczy szkoda mi tej osoby. Niezależnie od tego, jak bardzo sztampowy wydaje mi się temat tego wypracowania, uważam, że daje ono szansę poznania siebie. Poznania i nazwania niektórych swoich uczuć, a przez to może też nauczenia się rozpoznawania uczuć innych. Tego nigdy dość. Ktoś z tej szansy nie chce skorzystać. Jego strata.

Miałem też napisać, w nawiązaniu do znanego zdania Lema o Internecie i idiotach, że Sieć rzeczywiście otwiera nam oczy na ludzi i ich przywary intelektualne, które istniały od zawsze, ale dopiero teraz przez Internet, jak przez wielką lupę, możemy się im bliżej przyjrzeć. I czasem jesteśmy zdumieni tym, co widzimy. A jednak zwykle jest to nihil novi sub sole, nawet jeśli dla nas jest to jakieś osobiste odkrycie.

Tagi: roman j
11:50, roman_j
Link Komentarze (8) »
czwartek, 24 września 2009

Powinienem już spać, bo jutro rano zrywam się, żeby połazić po górkach, ale skrobnę jeszcze przed snem kilka zdań. Jak sam tytuł wskazuje, nawiedziłem "piastowski Wrocław" (przymiotnik przed nazwą miasta, to jedno z haseł PRL-owskiej propagandy, które mi utkwiło w pamięci, bo namalowane na jakiejś kamienicy zobaczyłem je podczas pierwszej wizyty tutaj dawno temu).

Przyjechałem z przygodami, bo najpierw w autobusie, którym jechałem, w Ostrowie Wielkopolskim urwał się wał napędowy (wymieniony na nowy ponoć pół roku wcześniej), a potem pociąg, którym zdecydowałem kontynuować podróż, spóźnił się, gdyż jechał objazdem, bo na planowej trasie ukradziono trakcję.

Dalszy pobyt bez takich niespodzianek. Zdobyte dwa szczyty do Korony Gór Polskich (Chełmiec i Waligóra). Trzeci zaplanowany na sobotę. Do tego zwiedzony pobieżnie Wałbrzych.

Stare buty trekkingowe wymienione na nowe, a nowe za zwrotem starych zakupione za 70% ceny. Do tego kurtka, marynarka i czapka z daszkiem (ale te części garderoby już nie turystyczne). Tutejsze sklepy w galeriach mają zdecydowanie szerszy wybór towarów niż te w jedynej galerii w moim grajdołku. Tutaj nie zdarza się na przykład, żeby buty były tylko w jednym rozmiarze i to jakimś dziwnym. Może dlatego tutaj handel kwitnie, a u nas kwiczy.

Odwiedziłem z bratem i bratową bar sushi. Było smacznie. Pałeczki dały się opanować, więc wyszedłem najedzony. Ale o mało co nie dostałem niestrawności po... rachunku. Na szczęście nie ja płaciłem. Przy moich obecnych zarobkach raczej nie będę bywalcem takich barów. :)

Jutro zdobędę ostatnie brakujące punkty na małą brązową GOT. A przy okazji kolejne dwie górki w okolicach Wałbrzycha. Może wreszcie tym razem nikt nie będzie do mnie wydzwaniał, kiedy będę na stoku... :)

Tagi: roman j
23:20, roman_j
Link Komentarze (10) »
sobota, 19 września 2009

Tytuł wskazuje, że we wpisie będzie coś na temat dopiero co zmarłej nestorce polskiej filozofii. I tak, i nie. Pani profesor ani jej dokonań na polu filozofii praktycznie nie znałem. Owszem, kojarzyłem nazwisko, ale tekstów nim sygnowanych nie czytałem. Przeczytałem dopiero wywiady z nią, jakie dziś zamieściła dziś Gazeta Wyborcza. I kilka zdań, które w nich znalazłem, sprawiły, że zainteresowałem się bliżej postacią profesor Skargi, a szczególnie jej poglądami.

To, co mnie w niej zaintrygowało, to podejście do pojęcia sensu życia. Sam próbowałem się z tym pojęciem zmierzyć i doszedłem do pesymistycznego wniosku, że życie żadnego sensu samo z siebie nie ma. Zachowałem jednak nadzieję, że ta konkluzja nie jest ostateczna, a ja po prostu nie potrafię dojść do innej. Tymczasem prof. Barbara Skarga podchodziła do tego zagadnienia w sposób, który mnie zaskoczył. Najlepiej oddam jej głos (cytat pochodzi z wywiadu rzeki z prof. Barbarą Skargą "Innego końca świata nie będzie")

Ma Pani żal do życia?

Dlaczego miałabym mieć żal do życia? Do kogo mam mieć żal? Kto włada tym życiem? Życie rozwija się samo, czy tego chcę, czy nie chcę. Można się tylko zastanawiać nad nim, czy ma jakiś sens.

A ma jakiś sens?

Nie wiem, czy ma sens. Leszek Kołakowski mówi, że trzeba koniecznie wierzyć w jakiś sens życia. Ja się z nim nie zgadzam. Jestem bardziej pesymistycznie niż on pod tym względem nastawiona. Tyle milionów ludzi zginęło podczas wojny i to w tak okropny sposób. W jakim celu, dlaczego? Jak tu pytać o sens?

To, że zginęli, nie miało sensu, ale może każde poszczególne życie jakiś sens jednak miało...

Może miało, ale kto to wie...

(...)

Przyjaźń też nie potrafi nadać sensu naszemu życiu?

Tylko częściowo. Nie w pełni. Jest niezmiernie cenna, ale jeżeli widzę sens, to jedynie w mojej pracy, w niczym więcej. Ten sens jest jednak wielce problematyczny i może mieć znaczenie tylko dla mnie, nie dla innych. Może się nim łudzę? Moje książki jakoś się rozchodzą, najlepszy dowód, że nie można ich znaleźć. Ale czy one dają coś ludziom? Czy mają dla nich jakieś znaczenie? Nie wiem. Pisze się dla siebie, nie dla innych. Reakcja przychylna jest zaskoczeniem. Czasem otrzymuję bardzo śmieszne listy, czasem bardzo wzruszające.

(...) poczucie porozumienia z innymi nie jest chociaż namiastką sensu?

Po co wam to słowo "sens"? (...)

Jak nie ma sensu, to pojawia się rozpacz? Czy też nie ma tu radykalnych przeciwstawień?

Nie lubię słowa "rozpacz". Jeżeli człowieka ogarnia rozpacz, to jest już bardzo źle. Rozpacz to samo dno. Bardzo trudno się z niej uwolnić. Na takie uczucia nie wolno sobie pozwalać, trzeba być twardym, a nie płakać nad sobą. Nie płaczę...

(...)

Może dlatego ludzie tak kurczowo próbują nadać swemu życiu sens, bo boją się rozpaczy?

Ludzie się boją, bo są bardzo słabi. Mają niewiele odporności. Malutkie niepowodzenie i już tragedia. A co dopiero, kiedy trzeba znosić tragedie prawdziwe.

Więc co tak naprawdę jest ważne w życiu?

Jak dla kogo. Dla mnie filozofia, samo myślenie. A wraz z nim sztuka! Muzyka! To są dla mnie wartości najwyższe. Sztuka! Muzyka! Popatrzcie na te płyty, których mi ciągle przybywa. Wciąż kupuję nowe i słucham, wciąż mam niedosyt. (...)

 

Znalazłem jeszcze inny fragment, w którym profesor Barbara Skarga rozważa pojęcie śmierci. Jej podejście, a warto dodać, że była ona osobą niewierzącą, jest mi bliskie. Oto cytat z jej książki "Tercet metafizyczny". Są tam też odniesienia do sensu życia, którego brak śmierć uwypukla.

Śmierć to absolutna tajemnica, tak pisano już wielokrotnie. Faktem jest jedno, że gdy przyjdzie do mnie, nic o niej innym powiedzieć nie będę mogła. Jest widocznie momentem najgłębszej samotności, zerwaniem wszelkich kontaktów, zerwaniem nagłym i nieodwracalnym, którego sensu nie da się wypowiedzieć.
W swoich rozważaniach o śmierci Levinas, który też cytuje Hegla, komentując jego tezy, próbuje dociec, na czym polega nasza relacja ze śmiercią. Nie wydaje mu się ona prosta. Przede wszystkim nie posiada charakteru intelektualnego, nie rozszerza naszej wiedzy. Przeciwnie, zderzamy się z nią jako z czymś niewytłumaczalnym, niedającym się rozjaśnić, a więc niemal absurdalnym, skandalicznym, co więcej, obnażającym bezsens bycia. Jaki bowiem sens może mieć bycie dane nam i zabierane bez naszej woli. Po co przyszło, po co odeszło? Czym zatem było, przypadkiem czy konsekwencją najrozmaitszych biologicznych procesów, na które nie mamy wpływu?
Trafne to pytanie. Faktem jest bowiem, że śmierć, która wkracza w nasze światy codziennie, pozostaje czymś nie do pojęcia. Im więcej myślimy o niej, tym silniej umacnia się poczucie bezsensu, bezsensu bycia, które zostało dane, ale się zawsze kończy. To ona przerywa tok działań i dni, nie pozwala na realizację takich lub innych zamierzeń, istniejących jeszcze, jak się przynajmniej wydaje, możliwości. Nie dba o wypełnienie, nie dostarcza sposobów na wykończenie, razem z istnieniem coś niweczy, coś, co zawsze zostaje poza naszym byciem, tak jakby ten Arystotelesowski ideał skończoności doskonałej był nieosiągalny.
Mówię, że oto posiadam bycie, że ono jest moje. Tymczasem nie jest ono bynajmniej moją własnością, nad którą miałabym władzę. Nie wybrałam bowiem sobie ani miejsca urodzin, ani okoliczności, ani rodziny, a także żadnych swoich właściwości. Zostałam rzucona, jak mówi Heidegger, w pewnym kształcie w jakiś świat. A gdy ten świat zaczynam budować na nowo mniej lub więcej samodzielnie, według własnych pragnień i projektów, śmierć w jakimś momencie pozbawia mnie wyboru, rozporządza bowiem jakąś niezależną ode mnie i mego świata siłą, kładącą nagły kres. Ten kres tkwi w moim bycie samym i nikt nie zna godziny, w jakiej się ujawni. Jego nadejście burzy sens, nie pozwala na ewentualne dopełnienie mego bycia, ujawnia, że w nim żadnej racji nie ma.
(...) wszelkie uczucia moje wraz ze śmiercią znikają. Umarły nie zna już żalu ani trwogi, ani nie dręczy go poczucie odpowiedzialności. Kto bowiem by czuł, troszczył się, lękał, żałował, gdy już go nie ma?(...)
Razem ze mną ginie mój świat. Nikt nie jest w stanie go odtworzyć, gdyż nikt w nim w pełni nie uczestniczył. Mój świat zawsze był dla innych tym immanentnym transcedensem, o którym pisał Husserl. Jeżeli był biedny, nic po nim nie zostanie w pamięci ludzkiej. Jeżeli był bogaty, zwłaszcza w twórczość, spadek może być znaczący, a spory o niego mogą trwać latami i wiekami. Platonów czy Kantów jednak jest niewielu. Umarły najczęściej zostawia po sobie trochę wspomnień u najbliższych, wspomnień zacierających się szybko, choć w człowieku na ogół tkwi pragnienie przekazania czegoś po sobie, co by miało nie tylko indywidualne, lecz także uniwersalne znaczenie, a więc mogłoby trwać nadal w tym społecznym świecie. Chciałby w ten sposób przedłużyć swoje bycie i - co ważniejsze - nadać mu sens. I w tym pragnieniu wyraża się niezgoda na śmierć, niezgoda, dla której nawet ten, kto niechętnie odnosi się do otaczającego go świata, gotów jest pokonać tę niechęć, otworzyć to, co mu najbardziej bliskie i własne, przekroczyć granice swego świata, rozszerzyć je, aby tylko wtopić coś z siebie w świat innych. Jakby jedynym ratunkiem przed unicestwieniem była rezygnacja z zamknięcia osobniczości, oddanie tego, co w niej było cenne, pozostałym. Nie jest to pragnienie ufundowane etycznie. Jest naturalne, wyraża bowiem egoistyczne przywiązanie do własnego Ja i stworzonego przezeń świata.

I jeszcze jeden fragment artykułu "Testament Barbary Skargi". Myślę, że wybrałem go raczej z powodów osobistych, niż światopoglądowych.

Współczesność rodzi pustkę. Pustka domaga się zapełnienia. Zapełniać ją jednak można rozmaicie. Przez wspólną pracę, wspólne lektury, rozmowy, tymczasem na poważne rozmowy nikt nie ma ani chęci, ani czasu. Od rozmowy się odzwyczajamy. Wystarczą komunikaty. Tylko że te komunikaty tworzą tylko iluzję bycia razem.

I na koniec moja prywatna refleksja, że jest niedobrze skoro współcześnie ze mną żyje tylu wybitnych ludzi, którzy mają do przekazania myśli, które uważam za cenne, i z którymi (myślami i ludźmi) w jakimś stopniu się utożsamiam, a ja poznaję ich poglądy oraz myśli dopiero, kiedy umierają. Niedobrze jest ze mną, bo za ich życia nie miałem okazji bliżej poznać ich myśli i dzieł. Nie miałem, bo jej nie szukałem.

Tagi: roman j
17:22, roman_j
Link Komentarze (18) »
czwartek, 17 września 2009

No i z wyjazdu nici. Wczoraj umówiłem się prodziekanem S. na dziś na zamykanie dodatkowej rekrutacji. Sądziłem, że uwiniemy się z tym szybko i będę mógł z czystym sumieniem w piątek rano ruszyć w drogę. Niestety, założenia te wzięły w łeb.

Właściwie to się nawet nie zdziwiłem, że informatyczny system rekrutacyjny działa "na pych", co sprowadza się do tego, że co kwadrans dzwonimy do informatyków w Warszawie lub do UKR i prosimy ich uprzejmie, ale stanowczo, żeby coś zrobili. To "coś" powinni zrobić sami i pewnie w końcu by to zrobili, ale telefon powoduje, że robią to zwykle w przewidywalnym czasie, choć i tak ze dwa razy dłużej niż deklarują.

To jednak jeszcze nie było zagrożeniem dla moich planów. Ciosem, który je unicestwił, są pewne sprawy proceduralne, których nie można przeskoczyć. Dopiero bowiem jutro około 16.00 zostanie zamknięty system rekrutacji, a to oznacza, że papiery, które planowałem dziś wydrukować i podpisać będzie można wyprodukować dopiero w weekend. Z pewnych względów zajęcie się tą sprawą po niedzieli niestety nie wchodzi w grę. I tak oto jutro zamiast rano do pociągu pójdę po południu do dziekanatu. Egzamin mi też przepadnie, a właściwie najbliższa okazja do jego zdania. Ale będą następne, więc to nie taka znowu strata. Wiem, że co najmniej jeden termin będzie w drugiej połowie listopada.

Muszę przyznać, że jest mi ta zmiana planów nawet trochę na rękę. Dzisiaj rano, kiedy zrywałem się niewyspany z łóżka, miałem kolejny, krótki paroksyzm kryzysu. Pomyślałem sobie: "dziś wstajesz nieprzytomny o 6.30, a jutro zerwiesz się przed 4.00; w podróży nie wypoczniesz, a wręcz przeciwnie; na egzaminie będziesz pewnie ledwo patrzył na oczy o logicznym myśleniu nie wspominając; odpuść sobie ten wyjazd; zresztą i tak przyjedziesz w środku imprezy; nie wiadomo, czy będzie R., bo mogą go nie puścić z roboty i być może będziesz jedynym uczestnikiem z kompletem zębów w tym towarzystwie".

I już prawie zrezygnowałem, ale jednak w końcu wziąłem się w karby i przezwyciężyłem ten przejaw mięczactwa (to wymyślony na poczekaniu neologizm na określenie stanu bycia mięczakiem). Jednak kiedy same okoliczności zdecydowały, że mam siedzieć w weekend kołkiem na miejscu, przyjąłem to z filozoficznym spokojem. Nie napiszę, że widocznie tak miało być, bo nie wierzę w żadne przeznaczenie i jego pochodne, ale przyjmuję do wiadomości ten splot okoliczności i zamierzam mu się podporządkować.

Tagi: roman j
20:55, roman_j
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape