O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
czwartek, 30 września 2010

Wczoraj wybrałem się z wizytą do M. Dość długo się nie widzieliśmy, więc tym chętniej się wybrałem. Ponieważ pogoda była marna i siedzenie na tarasie z piwkiem nie wchodziło w rachubę, zaproponowałem M., żeby podjął wreszcie dość długo obiecywane poszukiwania swoich przodków. Udało mi się go do tego przekonać i po chwili wziął kartkę i wypisał wszystko, co wie o swoich rodzicach i dziadkach (w sensie dat i miejsc urodzin oraz zgonów).

Po tej "kwerendzie" zdecydowaliśmy, że jedziemy najpierw na cmentarz w B., żeby sprawdzić, w jakich latach zmarli dziadkowie M. ze strony matki. Następnie udaliśmy się miejscowego urzedu stanu cywilnego, gdzie M. wziął akty zgonów swoich dziadków. Po narazie ustaliliśmy, że kolejny krok, to wyjazd do Raciąża, gdzie w USC spodziewaliśmy się znaleźć akt zgonu dziadka ze strony ojca. Podjechaliśmy tam i rzeczywiście akt taki udało się nam uzyskać.

Bogatsi o te znaleziska uznaliśmy, że warto by coś przekąsić i znaleźliśmy w Raciążu pizzerię, w której zjedliśmy drugie śniadanie albo lunch (jak kto woli). Trzeba było podjąć decyzję, co dalej. Zdecydowaliśmy, że pojedziemy do proboszcza parafii, w której zmarł dziadek M., żeby odpytać go na okoliczność pochówku. Jak zdecydowaliśmy, tak zrobiliśmy. Mieliśmy jednak pecha, bo ksiądz gdzieś wybył, a na nasze uporczywe dzwonienie nikt nie odpowiadał.

Zastanowiliśmy się, co może zrobić jeszcze, i M. zaproponował, żebyśmy pojechali do Uniecka. Tam bowiem urodził się ojciec M., więc może u księdza dałoby się uzyskać akt jego urodzenia. Pojechaliśmy więc do Uniecka zahaczając znów o Raciąż. Podjechaliśmy pod, jak myśleliśmy, plebanię, ale okazało się, że w międzyczasie została wybudowana nowa, gdzie nas skierowano. Tutaj znów odbiliśmy się od drzwi, ale przynajmniej przy wejściu były telefony. Zadzowiniliśmy więc do proboszcza i wyszła z tego bardzo zabawna sytuacja.

Najpierw odebrała telefon gosposia i powiedziała, że ksiądz jest w Płocku na kursach proboszczowskich. M. próbował dowiedzieć się, kiedy będzie na plebanii, ale ta rozmowa się urwała. Poprosił więc, żebym mu ponownie wybrał numer (nie chciał wyciągać okularów), co też zrobiłem. Tym razem odezwał się męski głos, więc M. zaskoczony pomyślał, że ja źle wybrałem numer, i że połączył się ze swoim znajomym imieniem Janusz.

Po chwili konsternacji zaczął rozmowę od "Cześć Janusz. Nie obudziłem Cię". Rozmówca nie zdziwił się, że się do niego tak zwracają i podjął rozmowę. Rozmowa ta trwała jeszcze ze dwie kwestie, ale M., o czym powiedział mi później, coraz bardziej dziwił się, że głos jego znajomego jest zupełnie inny niż być powinien. Chwilę później wyjaśniło się, że jednak dobrze się dodzwonił i rozmawia tym razem z proboszczem.

Proboszcz był, jak się okazało, w szpitalu. I nie wiedzieć dlaczego uznał, że M. też jest księdzem (może przez tę poufałość z początku rozmowy). M. próbował to sprostować, ale rozmowę znów przerwało. Połączyliśmy się więc po raz trzeci z proboszczem, a ja już krztusiłem się ze śmiechu na myśl, że M. został wzięty za duchownego. Ostatecznie udało się sprawo dogadać, że jak ksiądz wróci na plebanię, to przejrzy akty urodzeń i jeśli znajdzie ten, o który nam chodzi, to da znać.

Tę rozmowę z proboszczem wspominaliśmy jeszcze kilka razy do końca dnia. Zażartowałem, że teraz wysyłając do M. kartki z wakacji będę go tytułowa per "Wielebny". Będzie jeszcze zabawniej niż ostatnio, kiedy nie znając dokładnego adresu napisałem po prostu "naprzeciwko plebanii" i kartka doszła. :)

Cieszę się, że M. podjął te poszukiwania genealogiczne. On sam stwierdził, że gdybym go nie zainspirował, to pewnie jeszcze by się tym nie zajął. Ale teraz, jak już zaczął, to na pewno będzie kontynuował. Jak nie w tym roku, to w przyszłym.

wtorek, 28 września 2010

I znów, wbrew zapowiedziom, piszę tutaj, a nie na moim turystycznym blogu. Jakoś tak dziwnie jest, że łatwiej napisać mi coś na gorąco niż wysilać pamięć, żeby przywołać wspomnienia, choćby nawet całkiem świeże, i ułożyć je w notkę.

Tym razem będzie o lekturze, której się z jednej strony obawiałem, a z drugiej mnie pociągała. Chodzi o Listy moralne do Lucyliusza autorstwa Seneki. Chciałem tę pozycję przeczytać, ale obawiałem się, że jest napisana trudnym, hermetycznym językiem i trudno będzie przez nią przebrnąć. Okazało się, że tak wcale nie jest. Przynajmniej z mojego punktu widzenia. Ale i tak czytam tę książkę po trochu, bo właściwie po każdym liście czuję potrzebę odłożenia lektury i zastanowienia się przez dłuższą chwilę nad tym, co przeczytałem.

Poniżej dam próbkę dzieła Seneki. Cytat pochodzi z wydania w serii Wielcy Filozofowie wydanej przez PWN w ramach serii Biblioteka Gazety Wyborczej. Jest to fragment listu III (podział na akapity mój własny; żeby się lepiej czytało).

Seneka pozdrawia swego Lucyliusza.
Listy, co miały być mi doręczone, powierzyłeś, jak piszesz, swojemu przyjacielowi; a dalej przestrzegasz mnie, abym nie mówił mu wszystkiego, co dotyczy twojej osoby, ponieważ i ty sam nie zwykłeś tego czynić. Tak tedy w jednym liście raz nazwałeś go przyjacielem, a drugi raz mu tego odmówiłeś.
Otóż jeśli powyższego charakterystycznego słowa użyłeś w znaczeniu ogólnym i nazwałeś tamtego przyjacielem tak (...) jak napotkanych przypadkowo ludzi, jeżeli nie znamy ich imion, tytułujemy "panami" - to niech tak będzie. Lecz jeśli uważasz kogoś za przyjaciela, a nie ufasz mu tak jak samemu sobie, to bardzo mylisz się i nie rozumiesz należycie istoty prawdziwej przyjaźni.
Zaprawdę, omawiaj z przyjacielem wszystko, lecz wprzódy zastanów się nad nim samym! Po zawarciu przyjaźni trzeba ufać, przed jej zawarciem trzeba się dobrze namyślić. Odwracają, zaiste, wszelki porządek i wprowadzają między powinności zamieszanie ci, którzy wbrew wskazaniom Teofrasta namyślają się, gdy już pokochali, a nie kochają więcej, gdy się namyślili.
Długo się zastanawiaj, czy możesz dopuścić kogoś do swej przyjaźni. Gdy zaś uznasz to za właściwe, przyjm go z całą serdecznością i rozmawiaj z nim tak swobodnie, jak z samym sobą. (...) Że jednak zdarzają się pewne sprawy, które zwykło się uważać za tajemnice, przeto z przyjacielem właśnie dziel wszystkie swoje troski i wszystkie swe zamysły. Jeśli uznasz go za wiernego, będziesz tak postępował.
Niektórzy bowiem nauczyli niewierności już przez to, że się jej lękają. I oni to podejrzliwością swą stworzyli podstawę do zdrady. Jakaż jest przyczyna, że wstrzymuję się przed przyjacielem z pewnymi słowami? Jaka jest przyczyna, że nie czuję się z nim tak, jak sam ze sobą?
Niektórzy ludzie przypadkowo napotkanym opowiadają to, co powierzać należy jedynie przyjaciołom, i wyładowują do pierwszych lepszych uszu wszystko, co ciąży na sercu. Inni przeciwnie: boją się zwierzać nawet najdroższym osobom i gdyby mogli, nie dowierzaliby też sobie, chowając wszelką tajemnicę jeszcze głębiej.
Otóż nie trzeba czynić ni tego, ni tamtego. Jedno i drugie bowiem - ufać wszystkim i nie ufać nikomu - jest błędne. Atoli pierwszy błąd nazwałbym szlachetniejszym, drugi zapewniającym większe bezpieczeństwo.

Tagi: roman j
23:12, roman_j
Link Komentarze (7) »
piątek, 24 września 2010

Przyszło mi poniewczasie na myśl, że ktoś przeczytawszy moją poprzednią notkę mógłby dojść do błędnego wniosku, że napisałem ją z pozycji człowieka, którego opisane tam negatywne trendy nie obejmują i nie dotyczą. Dlatego chciałbym uzupełnić tamtą diagnozę o stwierdzenie, że sam także partycypuję w każdym z opisanych tam zjawisk. Jedyne zaś co mam na swoje usprawiedliwienie, to fakt, że mając tego świadomość staram się swój udział w owych trendach redukować.

Nie jest to zadanie łatwe i nie sprzyja temu także fakt, że nie jest również popularne. Trudno o motywację w sytuacji, gdy się człowiek sam próbuje z tym zmagać, samemu sobie stawiać zadania i samemu się z nich rozliczać. Przydałoby się jakieś prężne stowarzyszenie, nawet nieformalne, które postawiłoby sobie za cel rozwój na trzech opisanych przeze mnie wcześniej płaszczyznach. Na wszystkich trzech, co podkreślam.

Żałuję, że nie partycypuję w takim stowarzyszeniu, bo nie mogę uczciwie napisać, że takich nie ma sądząc tylko po tym, że sam nie mam o takim żadnej wiedzy. Jest wokół dość dużo stowarzyszeń, które pozwalają człowiekowi podnieść się z dna do poziomu normalności, czyli przeciętności, ale niewiele jest takich, które za cel miałyby z poziomu przeciętności wznosić człowieka na wyżyny możliwości.

Owszem, są takie, które celują w tym w jednej z opisanych dziedzin, głównie fizycznej (związki i stowarzyszenia sportowe), ale takiego, które łączyłoby w swoich celach kształcenie ciała, ducha i intelektu, ja nie znam. A i sam takiego nie założę, bo do tego trzeba kogoś, kto dużo większe na tych polach osiągnął poziomy niż ja. Kogoś, kto mógłby być przykładem i celem, a nie tylko drogowskazem.

Tagi: roman j
10:26, roman_j
Link Komentarze (4) »
czwartek, 23 września 2010

Miałem sobie odpuścić w najbliższym czasie pisanie tutaj na rzecz mojego blogu turystycznego. Ale tak się złożyło, że uległem namowom TZ i poszedłem na kolejne organizowane przez niego spotkanie z cyklu "Głośne czytanie nocą". Posłuchałem sobie o młodości Mickiewicza i Słowackiego. I zadumałem się nad tym, dlaczego dziś nie ma ludzi takiego formatu? Mam na to pytanie swoją odpowiedź, ale o tym nie będę pisał. Napiszę za to o innej refleksji, która mi przyszła na myśl. Wiąże się ona z tą poprzednią, ale ma wydźwięk dużo bardziej pesymistyczny.

Otóż moim zdaniem ludzkość się degraduje i proces ten postępuje coraz szybciej. I nie mam tu na myśli degrengolady moralnej, bo akurat moralność jest tą dziedziną, gdzie moim zdaniem nie ma stałego postępu czy regresu, ale jest sinusoida. Degradujemy się natomiast pod względem intelektualnym, psychicznym i fizycznym. Żeby to stwierdzić wystarczy rozejrzeć się wokół. Nawet dość krótka obserwacja pozwoli dojść do wniosku, że kretyniejemy, dziecinniejemy i tyjemy. Na każdym z tych pól ludzkość jako ogół, bo są oczywiście wyjątki, osiągnęła znaczący postęp. I postęp ten jest coraz szybszy. Czego to jest zasługa?

Moim zdaniem odpowiedzialny jest za to, o zgrozo, rozwój nauki i techniki. Dzięki nauce i technice nasze życie staje się coraz wygodniejsze; stawia nam ono coraz mniej wyzwań. Dzięki rozwojowi techniki produkujemy więcej i taniej, a przez to i więcej konsumujemy. Szybciej żyjemy, ale też nasze życie jest coraz bardziej powierzchownie i bezrefleksyjne. Coraz mniej gromadzimy wiedzy we własnych głowach, a coraz więcej poza nią mając do niej, to znaczy wiedzy, nie głowy, coraz łatwiejszy dostęp. Wszystko mamy na wyciągnięcie ręki: pilota, lodówkę, laptopa z Internetem.

Dzięki rozwojowi nauki, okiełznaliśmy naturę, wydarliśmy jej kolejne tajemnice, które teraz pracują dla nas. Założyliśmy naturze wędzidła i coraz bardziej je ściągamy zaprzęgając ją do kolejnych prac, w których nas wyręcza. Ale za jakiś może się okazać, że ta natura wierzgnie i zrzuci nas, spasionych, infantylnych kretynów ze swojego grzbietu. Nie stanie się to ani jutro, ani pojutrze. Może to potrwać jeszcze kilka wieków, ale jeśli nic się nie zmieni, to taki koniec wydaje mi się nieunikniony.

Widzę jeszcze inny scenariusz rozwoju sytuacji, ale po namyśle uznałem, że nie będę go prezentował. Myślę, że już to, co napisałem dotąd, dla wielu osób, które miałyby się możliwość z tym zapoznać, wydałoby się jakąś wydumaną wizją. Nie będę więc jej rozwijał, bo jeśli ktoś jest wystarczająco intelektualnie sprawny, to sam sobie ten drugi scenariusz wydedukuje. A nie jest on bynajmniej dużo bardziej optymistyczny.

Tagi: roman j
22:10, roman_j
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 20 września 2010

Jak zapewne zauważyli co bardziej spostrzegawczy czytelnicy, mam obecnie pod opieką trzy blogi. Efekt jest taki, że na prowadzenie wszystkich brakuje mi czasu. Najmniej zaniedbuję ten, ale czasowo muszę chyba przenieść swoją uwagę na mój blog turystyczny. I nie tylko dlatego, że zaległości mam tam ponad dwuletnie.

Innym, chyba nawet ważniejszym powodem, jest fakt, że ktoś tamten blog jednak czyta i to ktoś znany i lubiany (oczywiście przeze mnie, choć pewnie nie tylko). Nie napisałem o tym w poprzedniej notce, ale byłem przed kilkoma dniami w Opolu na 53. Ogólnopolskim Zlocie Przodowników Turystyki Pieszej PTTK. No i spotkałem tam dobrego znajomego - M. (ale nie jest to ten sam M., o którym tutaj zwykle piszę, więc w celu odróżnienia będę go tutaj opisywał jako MP).

Jako gospodarz MP najpierw przywitał mnie serdecznie, a potem opieprzył, że nie piszę nic w moim blogu. Wnoszę stąd, że czytuje głównie ten turystyczny. Potem jeszcze jego sympatyczna koleżanka zapytała mnie popatrzywszy na mój identyfikator, czy to ja jestem autorem tego blogu ze słownikiem OWRP. Oczywiście się przyznałem i okazało się, że kolejna osoba mnie czyta. Teraz nie mam już wyjścia, muszę się na tamtym blogu trochę poudzielać. Chociaż jak znam siebie, to tego tutaj też nie będę chciał zapuścić. A to się może skończyć tym, że przyrosnę do klawiatury.

Zwłaszcza, że pobyt na zlocie natchnął mnie nową porcją pomysłów, które mają tę zasadniczą wadę, że bardzo łatwo przychodzą do głowy, są bardzo dobre, przynajmniej na pierwsze kilka rzutów oka, ale ich wprowadzenie w życie wymaga sporo czasu i wysiłku. Ach, gdybym mógł się sklonować, a każdy z moich klonów miał jeszcze dodatkowo jedną zasadniczą cechę - bezwzlędne posłuszeństwo wobec oryginału, czyli mnie. ;)

Tagi: roman j
21:11, roman_j
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape