O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
poniedziałek, 26 września 2011

Wczoraj wieczorem wróciłem z Masłowa, gdzie przez dwa dni uprawiałem skoki spadochronowe. Właściwie określenie "przez dwa dni" jest nieprecyzyjne biorąc pod uwagę, że w sobotę zjawiłem się na lotnisku przed 13.00, a w niedzielę po 13.00 wyjechałem już z Masłowa do Kielc. W ciągu tej doby zdążyłem wykonać trzy skoki i był to mój plan minimum.

Plan maksimum obejmował jeden skok więcej, ale okazało się, że nie będę miał okazji, żeby go wykonać. Zresztą ja i tak byłem w szczęśliwej sytuacji, że skoczyłem sobie w niedzielę, bo byli i tacy, którzy przyjechali tego dnia na próżno. Ze względu na ryzyko awarii podwozia samolotu (miał już mocno zużyte opony, a nowe jeszcze nie dotarły) odbyły się tylko cztery wyloty, choć zaplanowane były jeszcze co najmniej dwa. No ale bezpieczeństwo przede wszystkim.

Przed przyjazdem do Masłowa kupiłem sobie przez Internet książkę skoków skoczka spadochronowego (na miejscu przekonałem się, że przepłaciłem). I w sobotę po skokach miałem w niej pierwsze wpisy. W niedzielę doszedł kolejny. W międzyczasie kilkakrotnie byłem pytany, przez różne osoby, czy zamierzam dalej skakać?

Trochę mnie te pytania zaskoczyły. Ale po pewnym namyśle doszedłem do wniosku, że może wcale nie są one tak trywialne, jak mi się wydawało. Po pierwsze, to hobby jest kosztowne i to niezależnie od tego, czy się ma własny sprzęt (wtedy on kosztuje), czy się sprzęt wypożycza (wtedy kosztuje wypożyczenie). Po drugie, nie ma co się oszukiwać, to nie są szachy czy golf. Tutaj błąd może kosztować życie, a i sam skok wymaga przełamania lęku (pisałem już, że jak stwierdził mój instruktor, jeśli ktoś się nie boi, jest wariatem). Stąd są i takie przypadki, że ktoś po szkoleniu teoretycznym nie przystępuje do skoków albo po wykonaniu skoków opłaconych w ramach kursu już nie wraca na lotnisko. Ewentualnie po pierwszym skoku stwierdza, że to jednak nie dla niego.

Ja na razie tak nie mam i kiedy ktoś mnie pyta, czy zamierzam skakać dalej, odpowiadam, że tak, bo z taką myślą kończyłem kurs. Ale dodaję od razu, że takie jest moje stanowisko na dziś, bo nie mogę wykluczyć, że w przyszłości zdarzy się coś, co wpłynie na zmianę mojego podejścia. Przyszłości nie jestem w stanie przewidzieć, ale na dziś jestem zdecydowany skakać dalej.

Utwierdziłem się w tym postanowieniu po piątym skoku. Wcześniej bowiem nie było tak wesoło. Pisałem chyba wcześniej (nie chce mi się tego sprawdzać), że przed pierwszym skokiem bałem się dopiero, kiedy usiadłem na progu samolotu. Przed drugim bałem się już, kiedy samolot startował. A teraz mogę napisać, że przed trzecim skokiem bałem się już wsiadając do autobusu wiozącego mnie z Kielc na lotnisko.

Ale niepokój odczuwałem już na kilka dni wcześniej, kiedy przypominałem sobie te pierwsze skoki. I myślałem sobie, że jeśli przed każdym kolejnym skokiem strach będzie mnie opadał coraz wcześniej, to to chyba nie ma sensu. Teraz sobie żartuję, że mogłoby wreszcie dojść do sytuacji, kiedy któregoś kolejnego skoku bałbym się jeszcze przed wykonaniem poprzedniego. :)

Ale coś się zmieniło po sobotnich skokach. Przed samym trzecim skokiem siedząc już w samolocie odczuwałem niepokój, ale dużo mniejszy niż przed drugim. Tłumaczyłem sobie to tym, że "wybałem" się wcześniej. Wyszedłem z samolotu dobrze, lądowanie nie było zbyt piękne, ale bez żadnych przykrych konsekwencji. Przed czwartym skokiem byłem spokojniejszy i chociaż źle wyszedłem z samolotu i sponiewierało mnie w powietrzu, a przy lądowaniu miałem boczny wiatr i przewróciłem się na bok, to nie zniechęciło mnie to czy wystraszyło, ale wręcz przeciwnie. Zmotywowało. Chciałem możliwie szybko skoczyć raz jeszcze, żeby przekonać siebie i instruktora, że jednak wiem, jak właściwie wyjść z samolotu.

Tego dnia już nie miałem skakać, więc nastawiłem się na niedzielę. Do piątego skoku podchodziłem spokojnie. Zresztą skakałem z chłopakami, którzy mieli na koncie mniej skoków niż ja. Jeden skakał po raz pierwszy, drugi po raz trzeci. Nie czułem się ze swoim piątym skokiem jakoś dużo bardziej doświadczony, bo te kilka skoków więcej to niewielka różnica, ale miałem takie miłe poczucie, że nie jestem już taki ostatni (ale z drugiej strony tego samego dnia przypadkiem podejrzałem, że jeden ze starszych skoczków wpisywał sobie do książeczki skok numer... 3069 czy coś koło tego).

Piąty skok mi nie wyszedł zbyt dobrze zarówno jeśli chodzi o wyjście z samolotu jak i lądowanie. Wyjście było nieco lepsze niż za czwartym razem, bo szybciej ustabilizowałem sylwetkę. Przy lądowaniu zaś znów za szybko zahamowałem spadochron i znów lądowanie było dość twarde. Ale bez żadnych kontuzji.

Po skokach obolałe miałem tylko... pachwiny. Wszystko dlatego, że skakałem dwa razy jako drugi. W tej konfiguracji, w jakiej ładujemy się Cessny, drugi skoczek siada w głębi samolotu i musi jak najszerzej rozstawić nogi, bo między nie musi się zmieścić ten, który skacze jako pierwszy. Ten pierwszy jest zgodnie z zasadami najcięższy. I nawet jeśli nie ma zbyt dużych gabarytów, to ma na plecach uprząż ze spadochronami, która zajmuje sporo miejsca. Skutek jest taki, że ja siedząc na miejscu drugiego skoczka miałem nogi rozstawione do granic moich możliwości i na granicy bólu. Skutki tego odczuwam potem przez dłuższy czas. No cóż, to nieco zaskakująca kontuzja jak na skoczka. :D

Skoki w ten weekend były moimi ostatnimi w tym sezonie. Cieszę się, że udało mi się je wykonać, choć trochę żałuję, że na kolejne będę musiał poczekać około pół roku. Liczę jednak na to, że w przyszłym roku się naskaczę. Zobaczę, jak będę stał z finansami, ale chciałbym zrobić minimum 20 kolejnych skoków. A gdyby udało się nawet więcej, to nie mam nic przeciwko. Przynajmniej, jak to podkreślałem, tak to widzę dziś. :)

Tagi: roman j
22:05, roman_j
Link Komentarze (14) »
piątek, 23 września 2011

Oddałem dziś rano rower w dobre ręce. Ale tylko do poniedziałku. Cieszę się, że wreszcie udało mi się to załatwić, bo zwlekałem z tym bardzo długo. Za długo. W ogóle w tym roku udało mi się załatwić sporo wlekących się za mną od jakiegoś czasu spraw. Jeszcze sporo ich zostało, ale i tak czuję satysfakcję.

Z rowerem miałem ten problem, że miał luz w tylnym kole. Miałem się tym zająć już trzy lata temu, dwa lata temu, potem rok temu i jakoś tak sezon za sezonem schodził, a rower czekał na naprawę. Może dlatego, że jeździć się z tym luzem dało. A może też i dlatego, że na rowerowe wypady nie miałem ani specjalnie czasu, ani ochoty.

Przymierzając się do naprawy rozważałem różne warianty. Brałem pod uwagę serwis, choć to po ostatniej wizycie w serwisie pojawił mi się ten luz. Miałem poprosić mojego imiennika R. i już się z nim wstępnie w tej sprawie umówiłem, ale znów jakoś nie było okazji sfinalizować sprawy. Ostatnim rozważanym wariantem było to, że M. zajmie się moim rowerem, ale i tutaj jakoś czas mijał, a rower czekał na swoją kolej.

Ale w końcu się doczekał i myślę, że oddałem go w najlepsze ręce. Przynajmniej z tych, które brałem pod uwagę. Zresztą to, co najważniejsze, M. skorygował już przy mnie od ręki. To była drobna sprawa i nie wymagała nawet żadnych części zamiennych. Ale rower zostawiłem do poniedziałku. Może M. będzie miał trochę czasu i zajmie się przerzutkami no i w ogóle go obejrzy, bo rzut fachowego oka mu się przyda.

A ja tymczasem wziąłem już melatoninę i zaraz po napisaniu tej notki pakuję się i idę spać. Jutro jadę pod Kielce i mam nadzieję, że poskaczę. To moja ostatnia szansa w tym sezonie.

Tagi: roman j
22:07, roman_j
Link Komentarze (2) »
czwartek, 22 września 2011

W minioną niedzielę zmitrężyłem trochę czasu zapoznając się z rozporządzeniami wydanymi do ustawy Prawo Lotnicze. Chciałem poczytać je sobie, bo dotąd znałem tylko wycinek tych przepisów z kursu spadochronowego. Szukając tych przepisów natrafiłem też na raport Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych dotyczący śmiertelnego wypadku skoczka-ucznia z 2002 roku na terenie lotniska Aeroklubu Gliwickiego.

Lektura ta była dość przygnębiająca. Człowiek, wtedy trzy lata młodszy ode mnie teraz, wykonywał swój 22. skok w życiu. Jak się później okazało, ostatni. Pierwotną przyczyną wypadku było to, że skoczkowi spadochron nie wysunął się z osłony. Zrobiła się tak zwana "kicha". To jeszcze jednak nie musi się skończyć tragicznie. W takiej sytuacji skoczek powinien bowiem wypiąć czaszę główną i otworzyć spadochron zapasowy.

Ale w tym akurat przypadku tak się nie stało. Bardzo prawdopodobne, że zdecydował ogromny stres, który sparaliżował skoczka tak, że nie zrobił nic. Ja akurat dziwię się, że automat AAD nie otworzył czaszy zapasowej. Nie zostało to w raporcie dokładnie wyjaśnione, albo ja nie doczytałem, dlaczego tak się stało. W każdym razie skutek był taki, że skoczek zderzył się z ziemią z prędkością oszacowaną na około 35 m/s, czyli ponad 120 km/h. Zginął na miejscu. Mam nadzieję, że była to śmierć szybka i bezbolesna.

A co to ma wspólnego z tytułem notki? Otóż na pierwszej stronie tego raportu, i pewnie każdego innego też, znajdują się ogólne informacje o wypadku. Wśród tych informacji, zestawionych tabelarycznie, znajduje się pozycja "Dowódca statku powietrznego". W tym akurat raporcie zapisane było w tej pozycji "Uczeń-skoczek". Wynika to z uregulowań prawnych, bo według ustawy Prawo Lotnicze, spadochron jest statkiem powietrznym. A każdy statek powietrzny ma swojego dowódcę.

Oczywiście nie jest to nominacja dożywotnia. ;) Zakładam, że takim dowódcą jest się od chwili wyskoku do chwili lądowania i zdjęcia uprzęży. Wynika z tego, że wykonując swój pierwszy skok ze spadochronem, nie mając świadectwa kwalifikacji, że nie wspomnę o licencji skoczka, automatycznie zostałem dowódcą statku powietrznego. Takie nominacje, to tylko w lotnictwie cywilnym. ;)

A ponieważ sezon spadochronowy jeszcze się nie skończył, mam nadzieję, że będę jeszcze miał okazję "dowodzić". W grę wchodzą niestety już tylko dwa weekendy, bo potem inne obowiązki mi to uniemożliwią. Ale mam nadzieję, że choć jeden z tych weekendów wykorzystam. Śledziłem ostatnio prognozę 16-dniową dla Masłowa i wyglądało na to, że warunki będą sprzyjające. Jest chyba tylko jeszcze kwestia paliwa, bo ostatnio czytałem, że nie dowieźli go na czas i w jeden weekend planowane skoki się nie odbyły. Mam nadzieję, że tym razem dowiozą. Chciałbym wykonać jeszcze 3-4 skoki, zanim sezon się zakończy. Oczywiście wszystkie jeszcze na linie desantowej. Swobodne spadanie zostawiam sobie najwcześniej na 11. skok. A może jeszcze wtedy uznam, że jest za wcześnie. :)

Tagi: roman j
10:01, roman_j
Link Komentarze (4) »
środa, 21 września 2011

Jak wiadomo, nadejście kolejnych pór roku można zauważyć obserwując zmiany w przyrodzie. Ja też mam trochę przyrody w domu (nie licząc siebie i kwiatków doniczkowych), a mianowicie kota, który jest wdzięcznym obiektem obserwacji. Ostatnie obserwacje jej zachowania utwierdzają mnie w przekonaniu, że idzie zima. :)

Zmiana jest subtelna, ale znamienna i dotyczy nocnych zwyczajów kota. Dotąd kot przychodziła do mnie na łóżko wieczorem, żeby w odpowiednim dla siebie momencie, zwykle w samym środku nocy, upomnieć się o nocną przekąskę w postaci drobno pokrojonej surowej nerki wieprzowej. Po tym posiłku, kot już nie wracała do łóżka, ale układała się gdzieś w mieszkaniu do dalszej drzemki (jak wiadomo, koty nie śpią, ale drzemią łypiąc od czasu do czasu jednym czy drugim ślipiem dookoła). Poza tym przychodząc wieczorem kot układała się możliwie daleko od mojej głowy i, może przede wszystkim, rąk. To dlatego, że nie jest pieszczochą i nie lubi, jak się ją za dużo głaszcze. :)

Natomiast teraz kot przychodzi wieczorem i układa się centralnie na mojej poduszce, tak że czasem nie wiadomo, jak się położyć potem do łóżka, bo kot nie lubi, jak się ją z łóżka przegania. Poza tym po śródnocnej przekąsce kot wraca na łóżko i na dodatek układa się tak blisko mojej głowy. Jeśli nieszczęśliwie w tym momencie ułożę się plecami do niej, to kot zajmuje pozycję tak bliską, że z jednej strony ściąga ze mnie kawałek kołdry, a z drugiej resztę kołdry tak przygniata, że nie mogę się obrócić bez obudzenia kota. Nie zniechęca jej też to, że za każdym razem jak się przebudzę, to korzystam z okazji i głaszczę ją, żeby szybciej znów zasnąć (głaskanie kota, jak wiadomo, uspokaja).

To wszystko utwierdza mnie w przekonaniu, że idzie zima. Albo, że czas zacząć sezon grzewczy. Niewykluczone, że jak się w domu rozgrzeją kaloryfery, kot nie będzie już tak lgnęła do mnie jak obecnie. Chociaż kto wie. Może to nie nadchodząca zima, ale zupełnie inne powody nią kierują? No cóż, mogę się tylko domyślać, bo raz, że koty nie mówią, a dwa, że nawet gdyby mówiły, to chyba nie byłyby, w przeciwieństwie do psów, zbyt gadatliwe. ;)

Tagi: kot roman j
08:05, roman_j
Link Komentarze (2) »
piątek, 16 września 2011

Nie mam ostatnio szczęścia do filmów. Co się na jakiś wybiorę, to mnie rozczarowuje. Właściwie gdyby nie to, że przynajmniej towarzystwo mam zwykle sympatyczne i nierozczarowujące (mam tu na myśli także sytuację, kiedy idę do kina sam), to chyba przestałbym odwiedzać przybytki X muzy.

A odwiedzam je ostatnio dość często jak na moje dotychczasowe zwyczaje. Nigdy od kina nie stroniłem, ale też zwykle odwiedzałem je statystycznie rzadziej. I rzadziej też, dużo rzadziej, wychodziłem z kina rozczarowany. Nie wiem, czy to, że teraz częściej się tak czuję wychodząc z kina, wynika z tego, że zrobiłem się bardziej wybredny? A może raczej przeciwnie - jestem mniej wybredny i chodzę do kina nawet na filmy, które wcześniej ominąłbym szerokim łukiem, stąd rozczarowania? W końcu dawniej nie zdarzało się, żebym najpierw poszedł do kina, a dopiero potem zastanawiał się, co by tu zobaczyć. Zwykle chodziłem na wybrany wcześniej, a czasem nawet wyczekany, film. Teraz już kilka razy wyboru dokonywałem na miejscu.

Jak mówią, prawda leży zwykle pośrodku. Zazwyczaj bez nagrobka. I tak jest także tym razem, bo jeden przypadek, z tych które opiszę, potwierdza to, że stałem się mniej wybredny w doborze repertuaru, a jeden, że rozczarował mnie film, na który od jakiegoś czasu ostrzyłem sobie zęby. Trzeci, który opiszę, właściwie mnie nie rozczarował, bo nie miałem wobec niego żadnych oczekiwań. Ale mam też kilka uwag na jego temat, to się podzielę i może oszczędzę komuś wydatku na bilet. ;)

Zacznę od rozczarowania największego i najświeższego. Byłem wczoraj z E., G. i K. na filmie "O północy w Paryżu". Właściwie nie miałem w planach na ten wieczór kina, bo wybraliśmy się na karaoke, ale w drodze, może nawet już w windzie, przyszło nam na myśl, żeby jednak pójść do kina. Ja chciałem iść właśnie na wspomniany film, o ile go grają. No i grali. I nawet o takiej godzinie, że przyszliśmy akurat tuż przed seansem.

Była jakaś inna alternatywa, ale ja gorąco optowałem za filmem Woody'ego Allena. Zresztą G. też chciała go obejrzeć. Żałowałem, że nie ma z nami M., bo jego chciałem na ten film wyciągnąć, ale po wyjściu z kina błogosławiłem to, że go nie było, bo oszczędziłem mu niezbyt porywającego seansu i jemu (albo sobie) wydatku kilkunastu złotych. Podobne do mojego zdanie miała też G., bo stwierdziła bardzo trafnie (choć nie zacytuję jej dosłownie), że nie jest to film, którego nie warto obejrzeć, ale nie warto wydać pieniędzy na bilet, żeby to zrobić. Samo sedno.

Reklamują ten film jako "najzabawniejszą komedię Allena od wielu lat". Po obejrzeniu go doszedłem do wniosku, że nie chciałbym oglądać jego poprzednich komedii. Zabawnie może chwilami jest, ale jest to humor raczej do uśmiechnięcia się półgębkiem niż szczerego błyśnięcia uzębieniem. Film jest mniej zabawny nawet niż "Ile waży koń trojański?" Dlaczego wspominam właśnie o nim? Dlatego, że oparty jest na bardzo podobnym pomyśle. Żeby nie przedłużać, wymienię krótko, co mnie w nim najbardziej rozdrażniło.

Na początek, sam początek. Oglądamy przez kilka dobrych minut Paryż. Różne ujęcia, różne miejsca, różna pogoda i nic więcej oprócz potęgującej poczucie nudy muzyki. Nawet K. nie wytrzymał i zapytał mnie, bo ja gorąco namawiałem na ten film, czy tak już będzie do końca? Odpowiedziałem, że mam nadzieję, że nie, bo inaczej po kwadransie zasnę. W końcu jednak zaczęło się coś dziać. Jednak im dłużej się działo, tym bardziej drażnił mnie aktor grający główną rolę. Z dwóch bardzo różnych zresztą powodów.

Po pierwsze, Owen Wilson ma wielki nos. I to może jeszcze dałoby się zignorować, gdyby nie fakt, że nos ten jest na dodatek nieco zdeformowany. Wygląda, jakby był z jednej strony wgnieciony. Nie wiem, czy był bokserem i ktoś mu go złamał, czy może zdeformował go sobie na jakimś rodeo. Fakt, że przy w niektórych scenach światło padało na jego twarz tak, że wyglądało, jakby mu na nosie usiadła mucha. Albo jakby go sobie czymś umazał i nie domył. Nie jestem nosowym fetyszystą i oglądanie cudzych nosów wcale nie jest moją ulubioną czynnością, ale akurat w tym wypadku ten nos tak często przyciągał moją uwagę, że trudno było skupić się na czymś innym. A może to nie nos był tak ciekawy, ale film tak nudny?

Drugi powód, to sposób, w jaki się główny bohater wypowiadał. Po pierwszych jego kwestiach miałem jeszcze nadzieję, że ta maniera była odpowiednia dla tej akurat sceny. Ale okazało się, że on inaczej w tym filmie nie mówi. A jak mówił? Najprościej byłoby to porównać do skrzyżowania głosu Marka Jurka i kocicy podczas rui. Ten facet nie mówił, on miauczał. I to miauczał przeciągle, jak kotka potrzebująca kocura, żeby ją... no wiecie co. :)

Sama fabuła filmu też nie jest poruszająca. Chociaż z drugiej strony nie powinienem się spodziewać głębi akurat w komedii. Sęk w tym, że zabawy też w niej za wiele nie było. Przynajmniej ja miałem trudność, żeby się jej doszukać. Trochę humoru sytuacyjnego, jedna zabawna scena, kiedy bohater poddaje młodemu Buñuelowi pomysł na jego późniejszy film. Tylko ciekawe, jaki odsetek widzów zna twórczość Buñuela na tyle, że skojarzy, o jaki film chodziło?

No i jeszcze morał, bo to jest film z morałem. Nie napiszę, z jakim, ale jest tak prosty i oczywisty, że nie warto było kręcić tego filmu, żeby go nim podsumować.

Czyli generalnie, rozczarowanie. Tym większe, że zapowiedzi były zachęcające. No i podziałała na mnie magia nazwiska reżysera. I jeszcze to hasło reklamowe o "najzabawniejszej komedii".

Tak sobie myślę, że skoro nad tym filmem tak się pastwiłem, to o pozostałych dwóch filmowych rozczarowaniach w szczegółach się rozpisywał nie będę. Napiszę tylko o jednym i to krótko.

Jeśli ktoś nie cierpi na nadmiar gotówki, to może sobie spokojnie darować oglądanie w kinie filmu "Zła kobieta". I właściwie chyba nie tylko w kinie. No ale jeśli ktoś chce obejrzeć film na intelektualnym poziomie "Świata według Bundych" i jeszcze zapłacić za to, to ma okazję. Postaci są w tym filmie nakreślone karykaturalnie i to jest zwykle skuteczny zabieg komiczny. Ale kiedy robi się karykaturę z karykatury, to najczęściej nie jest już zabawne. I tak moim zdaniem jest w tym filmie.

To tyle o współczesnym kinie. Oczywiście widzianym przez pryzmat moich upodobań, których nikt inny może nie podzielać. Zastrzegam to sobie na wypadek, gdyby ktoś się ze mną nie zgadzał. O gustach i upodobania się nie dyskutuje, a opinia jest jak d... - każdy ma własną i niech każdy własnej pilnuje. ;)

Szkoda, że nie mam ostatnio szczęścia oglądać tak dobrych filmów jak "Siedem", "Szósty zmysł", "Tańcząc w ciemnościach" czy "Dogville". Kiedyś, kiedy miałem lepsze połączenie internetowe, ściągnąłem sobie "Noce Cabirii" Felliniego i niedawno nudząc się na konsultacjach obejrzałem prawie cały ten film. Historia prosta, dialogi proste, ale jest w nim coś, co sprawia, że akurat ten film chciałbym obejrzeć w kinie. Zwłaszcza, że teraz mam wersję oryginalną (włoską) z angielskimi napisami. Da się obejrzeć, ale wymaga to więcej skupienia na tekście i przez to trochę mniej uważnie oglądam sam film. Ale za to mogę go sobie cofnąć, kiedy chcę, co kilka razy zrobiłem, kiedy uznałem, że coś mi umknęło. :)

Tagi: roman j
20:35, roman_j
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape