O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
wtorek, 03 września 2013

W ostatni weekend byłem po raz trzeci w tym sezonie na lotnisku w Masłowie k. Kielc. Późno się w tym sezonie wziąłem za skakanie, ale lepiej późno niż wcale, czego dowodzą efekty. O ile w poprzednich dwóch latach oddałem łącznie jedenaście skoków, to tym razem taką liczbę zrobiłem w jeden sezon i jeśli okoliczności będą sprzyjające, to możliwe, że ta liczba jeszcze się zwiększy, bo to i tak jest mało.

Ostatni wyjazd był dla mnie o tyle ważny, że zrobiłem zauważalny postęp na drodze do uzyskania kwalifikacji samodzielnego skoczka. W sobotę po południu oddałem ostatni skok z wykorzystaniem liny desantowej. A następnie, w ostatnim tego dnia wylocie, wyskoczyłem z samolotu już z uchwytem i z zadaniem samodzielnego otwarcia sobie spadochronu.

Spadochroniarze śmieją się, że przy pierwszym skoku bez liny skoczek jest szybszy niż lina i otwiera spadochron zaraz po wyskoczeniu z samolotu. Dlatego instruktor powiedział mi, żebym się nie spieszył i odczekał przynajmniej ze trzy sekundy. Odpowiedziałem mu, że obawiam się, że zrobię raczej odwrotnie, czyli otworzę spadochron później, bo będę najpierw chciał przyjąć odpowiednią pozycję. Na to mi on znów odpowiedział, że jeśli w ciągu pięciu sekund to się nie uda, to mam otwierać niezależnie od tego, czy będę miał właściwą pozycję.

Dostałem jeszcze polecenie, a może radę, że jeśli nie trafię ręką na uchwyt za pierwszym razem (jest w takim miejscu, że go nie widać), to żebym nie próbował kolejny raz, ale od razu otwierał spadochron zapasowy, którego uchwyt mam na widoku. Takie szukanie jest o tyle niebezpiecznie, że jakbym nie znalazł uchwytu za drugim razem, to może spróbował bym jeszcze raz i jeszcze raz i mogłoby się to teoretycznie skończyć na ziemi. Teoretycznie, bo skakałem z automatem, który by mi w takiej sytuacji otworzył spadochron zapasowy na bezpiecznej wysokości.

Ostatecznie wyszło tak, jak myślałem i nie do końca posłuchałem instruktora. Najpierw dłużej próbowałem ustabilizować sylwetkę, a potem nie trafiwszy za pierwszym razem dobrze w uchwyt chwilę go szukałem. Ostatecznie wszystko poszło dobrze. Trochę mnie w powietrzu sponiewierało, ale za to lądowanie miałem dobre. A nawet bardzo dobre.

Był to mój dwudziesty skok. Trochę późno pożegnałem się z liną, ale to ze względu na mały dorobek w skokach w poprzednich sezonach. Gdybym skakał więcej w krótszym czasie, szybciej bym pewnie wypromował się z tego spadochroniarskiego przedszkola do podstawówki, jak ja to określam. :)

W niedzielę jeszcze dwa skoki. Już z uchwytem. A mało brakowało, żeby nic z tego nie było, bo pogoda nie była najlepsza. To było niedługo po przejściu frontu. Na szczęście to był zimny front, a po nim szybciej się rozpogadza. Ostatecznie było nas pięciu i udało się zrobić trzy wyloty. Dwa niskie i jeden wysoki. Na wysokie ja na razie jeszcze nie jestem gotowy, więc poleciałem tylko na te dwa niskie. Ale i tak pilot podkręcił wysokość, bo zamiast planowanych 1500 m było raz 1700 m, a raz 1800 m. Dla mnie to niewielka frajda, bo i tak mam się szybko otwierać na razie. Dlatego potem wiszę w powietrzu dłużej patrząc, jak inni lądują. I tak zaczynam dochodzić do wniosku, że w skokach na spadochronie najprzyjemniejszy jest ten czas, kiedy spadochron jest jeszcze nieotwarty. Potem głównie wieje... nudą. ;)

Tagi: roman j
17:12, roman_j
Link Komentarze (2) »

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape