O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
niedziela, 28 września 2014

Słucham jednym uchem, co się tam dzisiaj mówi w TV w programie Lisa i nagle przyszła mi do głowy taka refleksja dotycząca tzw. obrońców życia (na)poczętego i przeciwników metody in vitro.

Ludzie ci handryczą się o kilkanaście komórek, które na tym etapie, na którym ewentualnie obumrą, nie czują, nie myślą, nie tworzą żadnej złożonej struktury biologicznej. W porównaniu z nimi taki komar, czy mucha, na pewno uśmiercane nagminnie i bezrefleksyjnie przez tychże "obrońców życia", w porównaniu z tą kupką komórek tworzącą zarodek to prawdziwy biologiczny mikrokosmos.

Że co? Że ten zarodek to potencjalny człowiek? Potencjalnie, proszę państwa, to każdy z nas jest Einsteinem...

poniedziałek, 01 września 2014

To nie będzie recenzja premiery filmowej. Chyba nie da się tego filmu zobaczyć obecnie w żadnym kinie. Film, o którym piszę, powstał bowiem trzydzieści lat temu. Ja obejrzałem go dopiero dziś. Legalnie, na serwisie oferującym filmy w Sieci. Na dodatek za darmo. Widocznie nie jest to taki hit, żeby opłacalne było pobieranie opłaty za jego oglądanie. Trzeba za to zaakceptować reklamy w trakcie.

Przed obejrzeniem filmu dwukrotnie przeczytałem powieść będącą jego kanwą. Pierwszy raz dziesięć lat temu, a drugi raz w tym roku. Po tegorocznej lekturze podzieliłem się wrażeniami z B. i ona podpowiedziała mi, gdzie można obejrzeć film, bo wiedziałem, że taki powstał. Chciałem go obejrzeć, żeby skonfrontować swój obraz bohaterów oraz miejsc z tym, jaki odmalowali twórcy ekranizacji.

Wynik tej konfrontacji zdecydowanie wypada na niekorzyść filmu. Z jednym może wyjątkiem. Obsadę dobrano tak, że z prawdziwą przyjemnością ogląda się bohaterów. W tym głównego bohatera książki, John-Johna, który jednak w filmie pod względem pierwszeństwa został zdetronizowany. Tam głównym bohaterem jest cała rodzina Berrych.

To niejedyna różnica. Zwłaszcza dla kogoś, kto czytał książkę, ten film pędzi jak samochód wyścigowy. Niemal dostałem zadyszki oglądając go. Gdyby to na podstawie filmu napisano książkę i zrobiłby to ktoś inny niż John Irving, mistrz dygresji i opisu, to pewnie byłaby cztery razy cieńsza niż jest. Jeśli nie więcej. Poszczególne sceny z książki, gdzie akcja rozwija się niespiesznie, w filmie następują po sobie tak szybko, że bałem się, że się w końcu na siebie nałożą.

Kilka szczegółów zmieniono. Pewnie nie wszystkie nawet wyłapałem ze względu na tempo filmu. Na przykład scena, w której Ronda Ray proponuje John-Johnowi seks zamiast porannego treningu (oczywiście nie tak bezpośrednio, jak o tym piszę), jeśli znów będzie padać. W książce John-John biegał po drewnianych schodach i hałasując tym przeszkadzał Rondzie. W filmie biega po jakimś zadaszonym, betonowym tarasie.

Dalej, mundurki szkoły, do której chodzą bohaterowie w początkowej części filmu (i książki), są szaro-niebieskie albo biało-niebieskie. Tymczasem w książce mają one kolor "śmierci i gówna", jak to określił Ralph de Meo albo "błota i chmur" jak mawiał Win Berry, czyli są brązowo-srebrne.

Scena, w której Franny dokonuje niesatysfakcjonującej zemsty na swoim gwałcicielu, Chipperze Dove, w książce jest tak opisana, że można by z niej zrobić punkt kulminacyjny filmu, ale filmowcy przelecieli przez nią, jak pendolino przez Kutno. Tego mi chyba najbardziej szkoda, bo to powinna być kluczowa scena, a tak ją strywializowano. Choć z drugiej strony, przy takim tempie filmu zrealizowanie jej w pełniejszej wersji raczej nie wchodziło w grę. Widz miałby wrażenie, że z bolidu przesiadł się na chwilę do furmanki.

Ale wystarczy tej "recenzji". Zastanawiam się po obejrzeniu tej adaptacji, czy oglądać ekranizację "Świata według Garpa"? Książkę czytałem dawno. Niedługo potem komuś ją pożyczyłem. Komuś, od kogo już jej nie odzyskam. Chętnie bym ją przeczytał i to w takim wydaniu, jakie miałem. W twardej, głównie białej okładce w wydaniu Prószyńskiego i spółki. I chyba na czytaniu bym poprzestał. Skoro tak zrealizowano "Hotel New Hampshire", to nie spodziewam się nic lepszego po "Świecie według Garpa".

Wygląda na to, że książki Irvinga są trudne do przeniesienia na ekran. Chyba, żeby robić je w kilku częściach. Ale może nawet tak się nie da, bo gawędziarskiego stylu Irvinga, z jego rozciągającymi do niemożliwości akcję dygresjami, w filmie oddać nie sposób. Jednak chyba właśnie ze względu na ten styl Irving jest moim ulubionym autorem. Gdybym ja miał więcej wyobraźni (lub tylko wiary w nią), to pewnie pisałbym takie książki, jak Irving. Takie, po przeczytaniu których, mimo że są czasem naprawdę długie i rozwlekłe, żałuje się, że się skończyły, bo chciałoby się dalej czytać o tym, co się dzieje w życiu bohaterów. Życiu w swojej większości zwyczajnym, lecz z nadzwyczajnymi, niekiedy, zwrotami.

 

Uzupełnienie: Zapomniałem pisząc powyższy tekst o jednej ważnej różnicy między książką, w wersji, którą czytałem, a filmem. A różnica ta jest chyba jednak jest na korzyść filmu. Chodzi o niedźwiedzia, który nazywa się w filmie (po przetłumaczeniu) Stan Umysłu, a w książce nazywał się Stan Maine. W oryginale niedźwiedź miał na imię State o' Maine (czyli po polsku Stan Maine), co fonetycznie brzmi pewnie  podobnie do State of Mind (co znaczy oczywiście Stan Umysłu). Ponieważ właściciel niedźwiedzia nazywa się Freud, więc w zasadzie to drugie tłumaczenie jest bardziej pasujące. Ale i tak denerwowało mnie, kiedy słyszałem je w filmie. Dopiero potem sięgnąłem po książkę, po streszczenie w angielskiej Wikipedii i uznałem, że to jednak tłumaczenie z filmu lepiej oddaje tę niemożliwą do odtworzenia w języku polskim grę słów.

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape