O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
sobota, 12 września 2015

O rolnikach chyba jeszcze na moim blogu nie pisałem. Ale ostatnio miałem okazję porozmawiać z rolnikiem, którego bardo dobrze znam od dawna, co jest okolicznością o tyle ważną, że nie mam wątpliwości co do jego wiarygodności. Żeby żadnych zbędnych informacji personalnych nie podawać, będę pisał o nim dalej per "rolnik". To, co od niego usłyszałem, warte jest notki w blogu. Co najmniej.

Rozmowa zeszła na temat ubezpieczenia upraw. Chyba dość powszechnie wiadomo, że rolnicy niechętnie się ubezpieczają. Mnie się do tej pory wydawało to postawą nieodpowiedzialną. Zakładanie, że nie ma sensu się ubezpieczać, bo rząd i tak da pieniądze, jak będzie trzeba, to coś, co mnie irytowało. I irytuje nadal, choć to, co usłyszałem, zmieniło mój ogląd całej sytuacji.

Otóż wspomniany rolnik w tym roku ubezpieczył swoje uprawy. Nie pamiętam w tej chwili od czego, ale na pewno nie od suszy. Dlaczego akurat nie od suszy, skoro ta wydaje się dość prawdopodobna? I tu dochodzimy do sedna. Otóż człowiek ten kiedyś już ubezpieczył uprawy od suszy. Okazało się, że słusznie, bo tego roku susza zniszczyła mu uprawy. Przyjechał do niego likwidator z PZU (nie widzę powodu, żeby ukrywać, co to była za firma) i stwierdził, że faktycznie przyczyną strat jest susza. Kłosy się nie wykształciły, nie miały ziaren właśnie z tego powodu. Wszystko wskazywało na to, że będzie odszkodowanie i przezorność rolnika zostanie, w jakimś sensie, nagrodzona.

Nic z tego. Za czas jakiś przyszło pismo z PZU, że odszkodowania nie będzie. Dlaczego? Ano dlatego, jak powiedział mój rozmówca, że rzeczona susza nie spełnia definicji suszy przyjętej przez PZU. Według ubezpieczyciela susza jest wtedy, kiedy przez 60 dni z kolei nie pada deszcz, a w przypadku opisanego rolnika 58. dnia popadało...

Czy w tej sytuacji można się dziwić rolnikom, że nie chcą wydawać pieniędzy na ubezpieczenie zbiorów? Ja też bym nie chciał, żeby mnie ktoś tak robił w balona. Szkoda jest, przyczyna jest ustalona i nie ma wątpliwości, że od strat wywołanych taką przyczyną miało chronić ubezpieczenie. A odszkodowania nie będzie. To tak, jakbym się ubezpieczył od kradzieży z włamaniem i po właśnie takim przypadku ubezpieczyciel poinformowałby mnie, że odszkodowania nie będzie, bo włamania musi dokonać włamywacz pełnoletni, a ten miał 18. urodziny tydzień później. Nic, tylko wypiąć się na taką firmę i na ubezpieczenie w szczególności.

10:35, roman_j
Link Komentarze (8) »
piątek, 04 września 2015

Dwa dni temu zdarzył mi się dość nieprzyjemny incydent zdrowotny. Wstałem w środę rano z lekko ćmiącym bólem głowy. Z takim bólem, który, gdyby mógł mówić, powiedziałby "daj mi chwilę, a zaraz sobie pójdę". Nie przejąłem się tym z początku i poszedłem jak zwykle do pracy. W pracy poczułem się trochę gorzej. Zrobiłem więc sobie dwa działające w zasadzie przeciwnie do siebie napoje: kawę, bo kofeina pomaga w walce z bólem i melisę, bo pomyślałem, że może ból głowy, który zrobił się silniejszy, jest wynikiem jakiegoś napięcia.

Może pomysł mieszania jednego z drugim w żołądku nie był najlepszy, ale widać nie było ze mną za dobrze. Za to po wypiciu obu napojów zrobiło mi się nieco lepiej. Potem jeszcze dostałem paracetamol od D. i wyglądało na to, że kłopot miałem z głowy. Dosłownie i w przenośni. Wydawało się tak może dwie, może trzy godziny, po czym zrobiło się dużo gorzej.

Najpierw dostałem dreszczy i to takich, które trzęsły mną jak w febrze. Było mi zimno i poważnie zastanawiałem się, czy nie znajdę w pracy jakiegoś koca, żeby się przykryć. Ewentualnie chciałem zejść do laboratorium, gdzie zawsze znajdzie się jakieś źródło ciepła, przy którym można by się ogrzać (nie, nie palnik Bunsena, czy coś podobnego). Oprócz dreszczy dostałem jeszcze mdłości i niestety, część późnego śniadania zjedzonego w pracy się zmarnowała. A że były to akurat m.in. borówki, to zrobiło się z wyglądu dość krwawo w łazience. Dobrze, że obyło się bez świadków, bo może trzeba by było kogoś ocucić.

Zdecydowałem się wyjść wcześniej do domu, bo sytuacja wyglądała na poważną. D. sugerowała, że może to być nawet angina, choć nie miałem powiększonych migdałków (dopiero w nocy zacząłem odczuwać przy przełykaniu, że coś mi w tym przeszkadza). Na miejscu położyłem się na kanapie. Nie miałem siły rozłożyć łóżka, więc przespałem noc pod kocem.

Noc miałem wyjątkowo ciężką. Nie miałem sobie czym zmierzyć temperatury, ale chwilami czułem, że jest mi wyjątkowo gorąco. Dodatkowo moje serce pracowało w takim tempie, że wydawało mi się, że bije ze dwa razy na sekundę. Później przypadkiem przeczytałem w Internecie, że serce przyspiesza przy wysokiej gorączce. Dodatkowo czułem kłujący ból w mięśniach nogi (o dziwo, tej zdrowej). W pewnym momencie, o czym napisałem wcześniej, zacząłem mieć pewne problemy przy przełykaniu.

Rano wstałem osłabiony, ale już bez bólów i mdłości. Zdecydowałem, że zaryzykuję i pójdę do pracy. Okazało się, że to była dobra decyzja. Z każdą godziną czułem się lepiej i już koło południa moje samopoczucie prawie wróciło do normy.

No dobra, ale co to ma wspólnego z tytułem? Otóż to, że mimo złego samopoczucia, w wyniku którego nic nie jadłem, a jedynie przyjmowałem płyny, faszerowałem się końskimi dawkami witaminy C. Średnio po 2 gramy na jeden raz i ponad 20 gramów na dobę średnio co dwie godziny. I co z tego? Otóż to, że jeśli to była angina, to nie mogła mi przejść po dobie. Jeśli to była tzw. trzydniówka, to też sama nie powinna mi tak szybko odpuścić. Jakaś "jednodniówka"? Może, ale przy takim ostrym przebiegu (wysoka gorączka, powiększone migdały, suchość w gardle, na pewnym etapie w nocy także kaszel) to też nie powinno samoistnie tak sobie przejść.

Może się mylę, ale stawiam na to, że to właśnie końskie dawki witaminy C pozwoliły mi się z tej infekcji szybko wykaraskać, czymkolwiek była. Na tę intencję zamówiłem sobie przez Internet 1,5-gramowe tabletki witaminy C. Duży zapas. W końcu zima coraz bliżej. ;) Nie napiszę, gdzie, żeby nie robić reklamy. Choć przypuszczam, że już napisałem trochę za dużo, bo nie wiem, czy jest więcej preparatów z taką dawką w sprzedaży poza tym jednym. Ja wziąłem taki z czystej wygody. Przy dawkach, jakie biorę, w innym przypadku musiałbym się nałykać za dużo piguł.

Najlepiej (i najtaniej) byłoby po prostu brać kwas askorbinowy w postaci jego soli rozpuszczonych w wodzie, ale nie mam cierpliwości do odmierzania dawek i przygotowywania sobie takiej "lemoniady". Choć przyznaję, że próbowałem i byłem zadowolony z takiej formy. No ale czas, jaki na to poświęcałem, i to, że potrzebna do tego jest dokładna waga, zdecydowały, że na razie sobie odpuściłem. Ale może kiedyś do tego wrócę. Czystego kwasu askorbinowego mam jeszcze dobrze ponad pół kilograma.

Trzymam go w pracy i żeby było zabawniej, podmieniłem na nim etykietę na łudząco podobną do oryginału. Zamiast "kwas askorbinowy" jest na niej teraz napisane "1-fenylopropano-2-amina" no i oczywiście inny jest wzór. Podróbka jest tak doskonała, że jeden z moich współpracowników nie wierzył, że etykieta nie jest oryginalna. :)

Niestety, wszystko na próżno. Nikt tu się chyba na tyle nie zna na chemii, żeby od ręki rozszyfrować tę nazwę, kiedy paraduję z pojemnikiem w drodze do laboratorium i z powrotem. :)

wtorek, 01 września 2015

Za oknem temperatura sporo przewyższa 30 stopni (taki mamy klimat), a ja siedzę sobie w pracy w przyjemnym chłodzie.

Klimatyzacja to dobra rzecz i cieszę się, że budynek, w którym aktualnie pracuję, ma ją od nowości. W takiej atmosferze aż chce się pracować, więc pewnie znów posiedzę w pracy do 19.00. O tej godzinie na zewnątrz nadal będzie nieprzyjemnie ciepło, ale nie można przesadzać z pracowitością. W końcu płacą mi tylko za pracę do 16.00. Później to już jest mój dobrowolny wolontariat. ;)

16:19, roman_j
Link Komentarze (1) »

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape