O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
środa, 31 października 2007
Tematyka banalna i poruszana wielokrotnie na wielu blogach. Ale u mnie jeszcze nie. Dziś będzie o znikających blogach. Chyba po raz pierwszy zdarzyło się, że zniknęły blogi z mojej listy. Właściwie jeden jeszcze nie zniknął, ale pewnie zniknie, a nawet jeśli nie, to i tak nie ma w nim już nic treści. Drugi rzeczywiście zniknął. Nagle i chyba bez ostrzeżenia. Widzę zamiast niego komunikat, że "strona o podanym adresie nie istnieje". Szkoda. Nie zdążyłem się co prawda bardzo przywiązać do tych blogów, bo zaglądałem do nich od nie tak dawna i nie za często komentowałem. Ale jednak stały się częścią mojego codziennego obchodu i teraz jest on o dwa miejsca krótszy.
Szanuję decyzję autorów tych blogów. Od początku do końca. Mogę co najwyżej wyrazić żal, że taką akurat podjęli, ale nic mi do tego. Może kiedyś sam podejmę taką samą.
Jeśli chodzi zaś o sprawy codzienne, to nastąpiła mała jakościowa zmiana w moim rozkładzie dnia, ale nie wiem, jak długo uda mi się ją utrzymać. Otóż pierwszą czynnością rano nie jest już włączenie komputera. Staram się odwlekać ten moment możliwie długo robiąc przedtem inne rzeczy, które mam do zrobienia. I dobrze mi to służy, bo wszystko idzie mi sprawniej.
Z moich planów chóralnych na razie nic nie wyszło, muszę poczekać do następnego tygodnia. Podobnie w przyszłym tygodniu pójdę pewnie na zajęcia Tai Chi, o czym chyba pisałem (jeśli nie tu, to może na moim forum). Przy okazji dowiedziałem się, że przystąpię w ten sposób do sekty i będę na prostej drodze do Piekła. Odpowiedziałem, że Piekło na szczęście czeka tylko na tych, którzy w nie wierzą. A ja się do nich nie zaliczam. ;)
Wczoraj skontaktował się ze mną R. i zaproponował weekendowy wypad do Białowieży. Wahałem się trochę, ale zdecydowałem się pojechać. Kolejna okazja do takiej wyprawy może się zbyt prędko nie zdarzyć. A raczej na pewno nie w te okolice i w tym towarzystwie, więc korzystam. Chyba, że w związku z nasilonym ruchem świątecznym nie dostanę się na autobus do stolicy, bo jak już dojadę do Warszawy, to dalej pójdzie.
Byłem dziś na cmentarzu i dokończyłem dzieła wieńczenia grobów. Byłem i u dziadków i u ojca. Jutro jeszcze pójdę z "kurtuazyjną" wizytą. Jak zwykle po zmroku, żeby zobaczyć tę migotliwą grę światełek na grobach. Jutro też napiszę o swojej wizji cmentarzy przyszłości. Wątpię, czy realnej, ale na swój sposób ciekawej, a może i pięknej. :)
Potem zaś pewnie będą dwa dni milczenia. Chyba, że coś się stanie i jednak nie pojadę albo wrócę wcześniej. Niczego bowiem nie da się wykluczyć na tym świecie. Poza tym, że wszyscy kiedyś umrzemy.
Tagi: roman j
22:46, roman_j
Link Komentarze (10) »
wtorek, 30 października 2007
Do napisania tej notki skłonił mnie ten wątek z regionalnego forum. Cały dalszy ciąg tej notki piszę w oparciu o założenie, że przedstawione we wspomnianym wątku fakty są prawdziwe.
Otóż sprawa wygląda jak dla mnie bardzo dziwnie, a wręcz podejrzanie. Choć oczywiście nie można wykluczyć jakiegoś zbiegu okoliczności. Fakty zaś wyglądają tak:
1. Inflacja w Polsce waha się ostatnio w granicach około 2%, a podwyżka czynszu z tytułu wzrostu kosztów eksploatacji budynków (co ważne - budynków praktycznie nowych) wynosi 20%.
2. Decyzję o podwyżce podjęło Zgromadzenie Wspólników miejskiej spółki. Ponieważ spółka jest w całości własnością miasta, więc Zgromadzeniem Wspólników jest sam prezydent.
3. Prezydentem miasta jest członek założyciel PiS i bliski przyjaciel (według własnych deklaracji) ustępującego premiera Kaczyńskiego.
4. Decyzja o podwyżce zapadła 2 dni po wyborach, w wyniku których PiS stracił władzę.
5. W mieście PiS przegrał z PO w bardzo podobnym stosunku, jak w kraju, podczas gdy w całym okręgu wyborczym PiS wyraźnie zwyciężył.
6. W komisjach obwodowych, w których prawdopodobnie głosowali mieszkańcy, którym podniesiono czynsz, poparcie dla PO wyniosło w granicach 60-74% (przy średniej dla miasta ok. 41%).
Takie są gołe fakty. Wnioski pozostawiam czytelnikom. :)
Tagi: roman j
16:18, roman_j
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 29 października 2007
Pisałem już wcześniej, że mam pomysły na nowe notki, tylko jeszcze one we mnie nie dojrzały. Poza tym nie mam nawet za wiele czasu na refleksje. Nie mam nawet czasu czytać książki, co do niedawna było nie do pomyślenia. Codziennie wstaję rano i siadam do biurka, żeby ułożyć sobie listę zadań do załatwienia danego dnia. I okazuje się zwykle, że ta lista wychodzi zaskakująco długa. Ale nie każde zadanie jest jednakowo czasochłonne. Na przykład ostatnio pojawia się na liście pozycja "rowerek", która oznacza 1,5 godziny wycięte z doby. Mnóstwo czasu. I czasem już go na to nie starcza, choć zadanie to traktuję jako jeden z priorytetów. Inna pozycja pojawia się na mojej liście regularnie i regularnie z niej spada, bo nie "zdanżam" już się nią zająć. Mimo obietnic składanych sobie i innym (nawet to, że mi potem głupio, niewiele tu zmienia). Jakby tego było mało, jest trochę zadań "przyczajonych". Obecnie nimi się nie zajmuję, ale wiem, że przyjdzie czas, kiedy wejdą na agendę i nie będzie zmiłuj, będę się musiał nimi zająć w pierwszej kolejności.
Zadań niby ubywa, ale codziennie pojawiają się nowe. Czasem załatwienie czegoś oznacza, że trzeba za jakiś czas załatwić coś nowego. Tak jak dziś. Oddałem buty do reklamacji i już na 13.11 wpisałem sobie do kalendarza ich odbiór. Za dwa dni odbieram dywan z pralni, a w środę powinienem iść na cmentarz w związku ze zbliżającym się Świętem Zmarłych (wstępne porządki już zrobiłem, i teraz będę już tylko dopieszczał).
Sporo czasu zajmuje mi blogowanie, czytanie blogów i doglądanie forów. Do tego jeszcze dochodzi remont, który w tej chwili już zwolnił do tempa zółwiego, ale chcę w miarę wolnych mocy posuwać nieco do przodu prace, bo najtrudniej ruszyć, jak się już stanie na dobre.
Mam jakieś zaległe spotkania, które muszę odbyć, jakieś obiecane prace, które muszę wykonać i wreszcie zadania, których odpuszczenie nie wywołałoby żadnych negatywnych konsekwencji, bo są ważne tylko dla mnie i niekoniecznie dla kogokolwiek innego, ale nie odpuszczam ich sobie dla zasady, żeby potem nie zacząć odpuszczać tych ważniejszych.
Na tym chyba dziś skończę, bo muszę napisać jeszcze trzy interpelacje na jutrzejsze posiedzenie Rady Miasta. Nie, nie jestem radnym, ale mam znajomego radnego, któremu podsuwam tematy do interpelacji, a dziś poprosił mnie, żebym te tematy jakoś ujarzmił w formie pisemnej co też mu nieopatrznie obiecałem.
A może jeszcze na koniec ciekawostka. Mój pomysł na powrót do śpiewania w chórze zaczyna nabierać konkretnych kształtów, ale nic nie jest jeszcze przesądzone. Ani to, czy i kiedy ten powrót nastąpi, ani, jeśli nastąpi, w jakim ostatecznie chórze będę się udzielał. Rozważam na razie co najmniej dwie opcje. :)
Tagi: roman j
23:31, roman_j
Link Komentarze (13) »
sobota, 27 października 2007
To już druga w ostatnim czasie notka odnosząca się do czyjegoś wpisu. Zaczyna się to zwykle tak samo. Czytam ciekawą notkę i chcę do niej napisać komentarz. Piszę, piszę i nadal mam co napisać, przez co komentarz robi się dłuuugi. W końcu dochodzę do wniosku, że przy tej objętości lepiej będzie spożytkować tę treść na kolejny wpis w blogu i tak powstaje notka. :)
Dziś do polemiki skłoniła mnie Daria swoją notką o autorytecie. Daria nie zgada się z definicją pojęcia autorytetu, jako wzoru do naśladowania. Swoją argumentację przedstawiła w czterech punktach, więc moja notka też poniżej podzielona została na cztery części.
Ad. 1.: Uważam, że naśladowanie autorytetu nie musi, a czasem może nawet nie powinno, oznaczać wyboru takiej samej drogi życiowej lub zawodowej. I sądzę, że nikt kogo ze względu na przymioty i walory osobiste ja uznałbym za swój autorytet, nie chciałby abym ślepo podążał jego tropem. Co więcej, jednym z warunków uznania przeze mnie kogoś za autorytet jest brak tego typu oczekiwań. Autorytet to jest władza sprawowana nad ludźmi bez żadnego narzędzia czy atrybutu władzy i bez woli sprawowania tejże władzy. To władza, o którą posiadający ją nie zabiega, bo jeśli zacznie zabiegać, to bezpowrotnie ją straci. Nie można też utożsamiać dwóch pojęć: mistrzostwa w jakiejś dziedzinie nauki, sztuki czy rzemiosła z posiadaniem autorytetu. Oczywiście według mnie mistrzostwo jest warunkiem posiadania autorytetu, ale bynajmniej autorytet nie sprowadza się wyłącznie do tego mistrzostwa. O autorytecie decyduje całokształt osobowości człowieka, jego postawa życiowa, system wartości. To konstytuuje autorytet. I jeśli coś jest warte naśladowania, to właśnie to. Nie każdy mistrz jest autorytetem, ale każdy autorytet jest mistrzem.
Ad. 2.: Czy z faktu, że naśladowanie autorytetów nie przynosi zwykle wymiernych zysków można wyciągać wniosek, że autorytet nie może być zdefiniowany jako wzór do naśladowania? Nie zgadzam się na takie merkantylne traktowanie autorytetów. Przecież człowiek nie wszystko robi dla zysków. W notce o egoizmie napisałem, że człowiek wszystkim, co robi, zaspokaja jakieś swoje wewnętrzne potrzeby psychiczne. Myślę, że również naśladowaniem autorytetu zaspokaja takie potrzeby i jest to jakimś sensie zysk. Zresztą nasladowanie autorytetu oznacza zwykle reprodukcję w społeczeństwie pozytywnych postaw i cech, co jest dla tego społeczeństwa zyskiem. Takie jest m.in. uzasadnienie funkcjonowania autorytetów.
Ad. 3.: Tu chyba powinienem nawiązać do punktu pierwszego. Bezmyślne naśladowanie autorytetu rzeczywiście jest działaniem pozbawionym sensu. Ale nawet jeśli byśmy kwestię autorytetu sprowadzili tylko do mistrzostwa w jakiejś dziedzinie, to myślę, że nie jest dobrym mistrzem ten, kto swoich uczniów ćwiczy tylko w sztuce wiernego odtwarzania swoich umiejętności, a nie pozwala im na poszukiwania własnej drogi. Ktoś taki nie zasługuje na miano mistrza ani autorytetu. Wszak marzeniem każdego prawdziwego mistrza jest wychowanie ucznia, który go przewyższy, a żeby uczeń przewyższył mistrza musi on albo zakwestionować jego dorobek albo go rozwinąć. W obu przypadkach mistrz może służyć za wzór, ale wzorowanie się nie może sprowadzać się tylko do bezrefleksyjnego kopiowania. Oczywiście wiele zależy też od samego ucznia.
Ad. 4.: Ten punkt nastawił mnie początkowo najbardziej polemicznie. Chciałem się początkowo zgodzić z Harrym122, że nie ma autorytetów negatywnych. Ale po namyśle doszedłem do wniosku, że takie stwierdzenie też jest błędne. Autorytet nie jest pojęciem obiektywnym. Autorytet to rodzaj relacji między mną, a osobą, którą za swój autorytet uważam. Mogę też zauważać, że ktoś nie jest dla mnie autorytetem, jest nim dla licznego grona osób i mogę go nieco zaocznie tytułować "autorytetem", lecz jest to raczej "autorytet honoris causa". Z tego punktu widzenia są ludzie, którzy dla innych pełnią rolę autorytetów, ale ich życiowe dokonania nie są warte naśladowania. Ale na takiej podstawie nie można zanegować reguły, że autorytet to ktoś godny naśladowania, bo takie przypadki są wyjątkami od reguły. Zamiast unieważniać tę regułę, lepiej dbać o to, żeby na rynku autorytetów osoby pokroju pana Adolfa H. nie miały wysokich notowań. A to już jest zadanie dla społęczeństwa, bo fakt, że ktoś wybiera sobie taką osobę za autorytet jest symptomem patologii. Choć z drugiej strony jako zdeklarowany w poprzedniej notce liberał jestem za tym, żeby każdy wybierał sobie takie autorytety, jakie mu pasują, pod tymże jednak warunkiem, że skutkiem tego nie będzie krzywda innych.
I to byłby mój komentarz polemiczny. :)
Tagi: roman j
23:00, roman_j
Link Komentarze (33) »
czwartek, 25 października 2007
Zastanawiałem się, na jaki temat napisać dziś notkę w blogu. Mam w zanadrzu trzy tematy, które wydają mi się ciekawe, a nie są jeszcze dość "domyślane". Są jak niedonoszona ciąża, a ja wolę dać im dojrzeć niż wrzucać do bloga myślowe wcześniaki. :)
Dlatego zdecydowałem się dziś wrzucić do bloga tekst, który zamieściłem swego czasu na forum. Są to moje przemyślenia na temat liberalizmu sprowokowane lekturą fragmentów dzieła Johna Stuarta Milla "O wolności". Czytaliśmy to dzieło w ramach nieformalnych spotkań nazwanych szumnie Seminarium Filozofii Politycznej pod kierownictwem mojego nauczyciela filozofii z czasów studiów czyli TZ. Po tej lekturze nasunęło mi się kilka myśli, które zapisałem potem na forum na gorąco. Dziś wrzucam więc tamten tekst po pewnych drobnych przeredagowaniach sprowadzających się głównie do odpluskwienia tekstu i poprawek stylistycznych. Miłej lektury. :)

Na gorąco, póki mi jeszcze nie wyparowały myśli po gorącej dyskusji na temat Milla, wolności, liberalizmu, despotyzmu, itp. deklaruję, że jestem liberałem. Przynajmniej na razie. Może wyjaśnię na wstępie, co ja rozumiem pod pojęciem liberalizmu.
Otóż liberalizm to dla mnie przyznanie każdemu człowiekowi prawa do zarządzania własną wolnością, czyli do decydowania, na jaką inną wartość ją zamieni, bo zamieni ją na pewno prędzej lub później, w mniejszym lub w większym stopniu. Oczywiście wolność nie może być nieograniczona, głównie dlatego, że moim zdaniem taka wolność to utopia. Poza tym widzę, podobnie jak Mill, konieczność ograniczenia horyzontów wolności. Granicą wolności jednego człowieka powinna być krzywda drugiego. Oczywiście takie postawienie sprawy od razu otwiera puszkę Pandory, bo trzeba zdefiniować pojęcie krzywdy oraz wielokrtonie i praktycznie bez końca rozstrzygać, co nią nie jest, a co jest. Ale w to na razie nie chcę się zagłębiać. Najważniejsze jest to, że widzę konieczność postawienia pewnej granicy dla wolności.
Zgadzam się z Millem, że równie niebezpiecznym despotą co państwo lub po prostu szeroko rozumiana władza, jest również obyczaj, konwencja, tradycja, a raczej społeczeństwo, które stoi na ich straży. Muszę jednak przyznać, że rozumiem, dlaczego Ci strażnicy są przeciwnikami wolności. Pokrótce opiszę, jak to widzę.
Człowiek ma psychologiczną potrzebę przynależności do określonej grupy, a żeby grupa taka mogła funkcjonować niezbędne są pewne czynniki. Może to być wspólny wróg (czynnik negatywnie konstytuujący grupę) lub wspólne wartości, cele, itp. (czynnik pozytywnie konstytuujący grupę). Obyczaje, konwencje, tradycje, itp. należą do do tej drugiej grupy czynników i ich strażnicy tak naprawdę stoją na straży spójności grupy, bo cóż będzie jej spoiwem, jeśli je zanegujemy? Tak myślą tzw. konserwatywni liberałowie. Uważają oni, że liberalizm można zaprowadzić w sferze gospodarczej, ale nie ma on wstępu do innych dziedzin życia człowieka, a szczególnie do sfery wartości. Ci konserwatywni liberałowie albo mówiąc inaczej liberałowie gospodarczy naiwnie, moim zdaniem, zakładają, że sferę działań gospodarczych człowieka można wykroić i traktować w oderwaniu od innych sfer życia. Tak się nie da. Sfera wartości wpływa na sferę gospodarczą i odwrotnie. Osobiście uważam, że liberał konserwatywny albo gospodarczy to nie liberał, ale człowiek stojący okrakiem między tymi dwiema ideami. Nie można być trochę w ciąży. Ale niech im będzie. Niech się nazywają liberałami gospodarczymi. Nie bronię im tego. Zastanawiam się tylko, jakie zdanie ma liberał gospodarczy na przykład w kwestii, czy należy zalegalizować prostytucję, czy nie?. To jest zagadnienie mające zarówno zarówno aspekt gospodarczy, jak i etyczny. Ale to temat na osobne rozważania. Podsumowując dygresję o konserwatystach liberalnych napiszę jeszcze, że zawsze wraz z rozwojem gospodarczym ulega pewnemu poluzowaniu sfera wartości, a z drugiej strony konserwatyzm obyczajowy prowadzi z czasem do skostnienia gospodarki, która przestaje być innowacyjna, bo zaczyna brakować ludzi odważnych, gotowych do pójścia pod prąd trendom, modom i zwyczajom. To zaś w prostej linii prowadzić może do regresu, a przynajmniej do spowolnienia rozwoju i nie zapobiegnie temu nawet liberalizm w sferze gospodarki. Jakieś czas temu pojawił się w "Polityce" artykuł, w którym tę zależność przestawiono powołując się na badania znanego amerykańskiego socjologa (co prawda tytuł nie wskazuje na tego typu rozważania, ale proponuję się nim nie zrażać i przeczytać cały artykuł, bo warto). Ale o tym na razie dość. Wróćmy do głównego nurtu rozważań.
Zapytany podczas dyskusji w ramach Seminarium Filozofii Politycznej, czy wolność uważam za wartość nadrzędną, w pierwszej chwili nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Po krótkim namyśle odpowiedziałem, że tak, ale zaraz sam sobie zaprzeczyłem stwierdzając, że gotów jestem tę wolność ograniczyć na coś ją zamieniając, np. na poczucie bezpieczeństwa. Czyli nie jest ona jednak dla mnie najwyższą wartością. Po dłuższym namyśle doszedłem do stanowiska kompromisowego. Wolność jest dla mnie wartością "wyróżnioną" spośród innych wartości. Wartością uniwersalną, którą da się wymienić na inne wartości albo na rózne formy zniewolenia. I my się tej wolności zwykle dość szybko pozbywamy traktując jąjako brzemię (dobrze opisał to Erich Fromm w książce "Ucieczka od wolności"). Wolność w sferze wartości pełni taką rolę, jak pieniądz w obrocie gospodarczym. Pieniądz można wymienić na dowolne dobro materialne. Wtedy nie mamy pieniędzy, ale mamy w zamian to dobro. Tak samo jest z wolnością. Albo ją mamy i nic poza nią albo się jej po trochu pozbywamy w zamian za inne wartości. Oczywiście są tacy, którzy tę wolność chcą zachować, tak jak są tacy, którzy wolą mieć pieniądze, niż je wydawać. Ale najważniejsze jest to, żebyśmy to my sami mieli prawo decydować, na co zamienimy naszą wolność. Co zakupimy za nią na targowisku wartości. Ważne jest to, żeby żaden asortyment, czyli system wartości, nie był nam narzucony z góry, żeby żaden nie był wyróżniony. Używając analogii do pieniędzy,chodzi o to, żebyśmy zami decydowali, czy w danej chwili chcemy kupić wrotki, czy sanki, a nie żeby ktoś za nas dysponując naszymi pieniędzmi, kupił nam rower, bo tym akurat handluje. I to jest, w moim rozumieniu liberalizmu, jego kluczowa zasada. Przyznać ludziom prawo do dysponowania swoją wolnościa w możliwie największym zakresie i w możliwie wielu sferach życia. Oczywiście, nie może to być wolność bezgraniczna. Jednak jej granice należy zakreślić na tyle szeroko, na ile się da. Politycy powinni nam dać nam prawo do dysponowania naszą wolnością, a my już sami, bez ich pomocy zamienimy ją na taką niewolę, jaka będzie nam najmilsza albo będziemy się swoją wolnością upajać. Niech nie będzie tak, że to państwo bierze nasz aksjologiczny pieniądz, czyli wolność i robi za nas zakupy w jednej kadencji obdarowując nas popiersiami Lenina, a w drugiej krucyfiksami.
Jestem zatem liberałem! Co jednak nie wyklucza sytuacji, że podarowaną mi wolność zamienię zaraz na niewolę jakiegoś systemu wartości. Ale niech będzie to mój świadomy wybór, a nie decyzja podjęta za mnie przez polityków, których kaprys wyborców wyniósł do władzy, a z poglądami których być może w ogóle się nie utożsamiam. Jeśli zechcę być zdewociałym katolikiem, to będe nim szanując jednocześnie prawo innych ludzi do bycia zdewociałymi byddystami, muzułmanami, agnostykami czy ateistami, o ile nie będą mi wciskać swoich systemów wartości, jako i ja tego robić nie będę. Czy to jest recepta na świat, w którym będzie się żyło lżej? Nie wiem i pewnie za mojego życia tego się nie dowiem. :)

Tagi: roman j
13:42, roman_j
Link Komentarze (28) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape