O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
sobota, 29 października 2011

Na przekór "blogowemu paradoksowi" opisanemu około godziny wcześniej, napiszę dziś jeszcze jedną notkę. Tak naprawdę bowiem w moim blogu nie kieruję się jakimiś kalkulacjami, ale zasadą, że piszę, kiedy mam temat i chęć. No i temat pojawił się, kiedy wyłączywszy komputer położyłem się na chwilę na kanapie, żeby poczytać sobie książkę Tokarczuk, o której wspomniałem dwie notki wcześniej.

Z tym, co znajduję na stronach książek, zgadzam się czasem. Mniej lub bardziej. Czasem jednak trafiam na słowa, które sam mógłbym napisać. I na takie właśnie trafiłem, więc pozwolę sobie te kilka zdań zacytować poniżej. :)

"Kiedy słuchałam opowieści Dobrej Nowiny [jedna z postaci z książki - przyp. RJ] o jej życiu, zaczęłam w głowie formować te wszystkie pytania, które zaczynają się od »dlaczego nie...«, po czym następuje opis tego, co - jak nam się wydaje - powinno się zrobić w takiej sytuacji. Już moje wargi zaczęły się układać w tak bezczelne »dlaczego«, kiedy ugryzłam się w język.

To właśnie robią kolorowe magazyny, i ja chciałam być przez moment jak one: mówić nam, czego nie zrobiliśmy, gdzie zawaliliśmy, co zaniedbaliśmy, i w końcu naszczuć nas na samych siebie, żebyśmy sobą gardzili.

Nic nie powiedziałam. Historie życia nie są tematem do dyskusji. Powinno się ich wysłuchać i zrewanżować się tym samym."

Amen. Ja też miewam czasem takie pokusy. I staram się im nie ulegać. :)

Tagi: roman j
20:37, roman_j
Link Komentarze (2) »

Im rzadziej piszę, tym mam więcej wejść na blog. A ja głupi kiedyś produkowałem się nawet po dwie notki dziennie, żeby przyciągnąć trochę więcej czytelników i od czasu do czasu sprzedać im coś więcej niż garść osobistych zwierzeń. Skoro jest tak, że im mniej, tym więcej, to może już skończę, bo każde kolejne zdanie może mnie kosztować jakąś liczbę wejść. ;)

Tagi: roman j
19:30, roman_j
Link Komentarze (6) »
sobota, 22 października 2011

Upłynęło trochę czasu od ostatniej mojej notki w blogu. Ta przerwa nie była planowana. Jak prawie żadna zresztą. Tak po prostu wyszło. Wiem, że się powtarzam i że pewnie można już stworzyć szablon mojej typowej notki w oparciu o to, co się w niej zwykle znajdzie, ale napisze ponownie, że w czasie tej przerwy kilka razy byłem bliski tego, żeby zasiąść za klawiaturą i coś dopisać do tego zbioru osobistych felietonów. Jak widać jednak, ta bliskość nie miała następstw. I to też jest pewna reguła obowiązująca w przyrodzie, że nie każda bliskość jest brzemienna w skutki (na szczęście).

Trochę się sobie nawet dziwie, że wziąłem się za pisanie dziś, bo jestem od rana nieco otumaniony. Nie wiem, czy to wina pogody, ale nie uważam się za meteopatę. Może za długo spałem (to ma u mnie podobny skutek jak zbyt krótki sen), ale chyba ponad siedem godzin w łóżku i możliwość wstania, kiedy się chce (mam wolne soboty) raczej wyklucza tę przyczynę. Dość prawdopodobne jest zmęczenie, bo wczoraj po powrocie z pracy o 20.00 poszedłem jeszcze sobie godzinę pobiegać i zrobiłem 8 km w całkiem przyzwoitym, jak na mnie, tempie.

To otumanienie, jakie odczuwam, ma pewne przykre skutki. Na przykład zamierzałem się dziś wybrać na rower z J. po tym, jak wczoraj spotkałem go na uczelni (byłem akurat na jego terenie). Co prawda zamieniliśmy tylko kilka niezobowiązujących zdań, ale padło stwierdzenie o sobocie. Miałem się jeszcze z nim skontaktować i dopytać, czy chodzi o tę sobotę, ale wczoraj jakoś nie miałem już kiedy, a dziś chęć do ruszania się z domu miałem znikomą. Chociaż z drugiej strony właśnie w takich przypadkach powinienem się mobilizować, zamiast schlebiać swemu lenistwu. No ale jednak nic z tego nie wyszło i to już drugi raz nie udało mi się wybrać na przejażdżkę z J. i jego ferajną. Ale co się odwlecze, to nie uciecze, na co mam nawet dość świeży dowód (a gdyby przeanalizować cały ten rok, to nawet mały zbiorek dowodów).

A to dlatego, że wreszcie się zmobilizowałem i oddałem krew. Myślałem o tym już od dobrych kilku lat. I nawet chyba znudzony moim kunktatorstwem Los postanowił dać mi okazję do tego rok temu, kiedy to syn J. i jego kolega zostali ranni w wypadku motocyklowym i J. poprosił także mnie, żeby oddać krew. Byłem pełen szczerych chęci i... nic z tego nie wyszło, bo nie potrafiłem wygospodarować na to czasu. Źle się z tym czułem i myślę, że po minionym czwartku przynajmniej częściowo odpokutowałem winę, do jakieś się w związku z tym poczuwałem. Co prawda za wiele się nie przysłużyłem, bo udało się ze mnie utoczyć trochę za mało krwi, żeby można ją było komuś przetoczyć (zabrakło 30 ml), ale mam zamiar nie odpuszczać po tym jednym razie.

Tym razem byłem razem z W. Wcześniej planowaliśmy oddać krew może nawet w czwórkę, ale K. teraz studiuje w Warszawie i nie mógł być w czwartek rano w Płocku, a M. był przeziębiony. Summa summarum z naszej dwójki zostałem sam, bo W. też chyba też podłapał jakieś przeziębienie, bo po badaniu krwi dostał odroczenie na dwa tygodnie. A ponieważ kolejny raz można oddać krew dopiero po 8 tygodniach, więc ja będę mógł to zrobić już pod koniec grudnia, a on dopiero na początku stycznia (jeśli odda ją za te dwa tygodnie). Na wszelki więc wypadek, gdybym nie miał z kim się następnym razem wybrać, wstępnie poprosiłem M., żeby poszedł ze mną dla towarzystwa. I on się wstępnie zgodził. :)

Nie będę się rozwodził nad szczegółami tego, jak wyglądało moje pierwsze w życiu oddawanie krwi. Nie dlatego, że są drastyczne lub bardzo intymne. Raczej dlatego, żeby zostawić coś dla przyjaciół. Tak, dla przyjaciół. Ostatnio doszedłem bowiem do wniosku, że jednym z ważnym elementów relacji z przyjaciółmi jest dzielenie się z nimi jakimiś unikalnymi przeżyciami. Unikalnymi nie w sensie ogólnym, ale personalnym. I to mnie naprowadziło do wniosku, że nie mogę się za mocno obnażać emocjonalnie na blogu, bo nie zostanie mi nic, czym mógłbym się podzielić z kimś, kogo chciałbym w taki sposób wyróżnić.

I dlatego między innymi nie napiszę za wiele o moim niedawnym, bo wtorkowym, osiągnięciu. Zanotuję tylko ku pamięci, że przebiegłem najdłuższy, jak na razie, dystans w moim życiu. Żeby nie zapomnieć o tym, zapiszę sobie też tutaj, że było to 13,6 km. Niedużo, ale w tej chwili to mój życiowy rekord. Czas też przyzwoity 1:33:43. Natomiast okolicznościami, w jakich to osiągnąłem, podzieliłem się tylko z jedną osobą i zakładam, że tak zostanie. A jeśli ta osoba zechce o tym opowiedzieć innym, to wolno jej to zrobić bez ograniczeń. :)

Zmieniając temat napiszę, że do mojego nastroju dobrze dopasowuje się nalewka farmaceutów, którą już prawie dobę odsączam z nastawu. Kapie sobie powolutku pozostawiając na filtrze do kawy wysoko alkoholowy twarożek. I będzie kapać pewnie jeszcze do niedzieli wieczorem, jeśli nie dłużej. Sporo jej tym razem nastawiłem, bo z litra mleka i litra spirytusu. Będzie na spory kawałek zimy. Na tę okoliczność zresztą nastawiłem też "Krokodyle łzy" z imbiru i limonki. Może wkrótce nastawie kolejne, bo po ostatnich obronach dyplomów znów mam flaszki, z którymi nie wiadomo, co robić. Wylać szkoda. Wypić nie chcę, bo nie lubię ani czyściochy, ani whisky. Z tej pierwszej to jeszcze przynajmniej nalewkę można zrobić, ale co z tą drugą? Chyba podarować komuś trzeba. Albo poszukać w Sieci, może i z tego wymoczu z dębowych klepek da się coś strawnego nastawić.

A skoro mowa o dyplomach, to chociaż jeszcze nie napisałem żadnych tematów prac dla tegorocznych dyplomantów, to już sześć osób mnie o to pytało, czy można u mnie pisać dyplom. Z tego dwie są już zdeklarowane, że na pewno chcą. To tak sobie myślę, że jeszcze ze trzy osoby z dziennych przygarnę i ze trzy z zaocznych. Więcej nie chcę, bo rok temu jak miałem za miękkie serce, to mi się z czterech planowanych dyplomów osiem w końcu zrobiło. A ja też nie jestem robotem i jeśli mam za dużo dyplomów pod opieką, to niestety mniej czasu na to, żeby każdego dobrze przypilnować.

Kurczę, właśnie mi się przypomniało, że mam jeszcze co najmniej jednego chętnego. Z zeszłego roku. On spadł semestr niżej i wiedział, że spadnie, ale zarezerwował sobie temat na ten rok i ja się na to zgodziłem, choć niechętnie. Jest jeszcze jeden spadkowicz, ale mam nadzieję, że się jednak rozmyśli i pójdzie do kogoś innego, bo moim prywatnym zdaniem fakt, że on w ogóle doszedł do semestru dyplomowego, jest jakimś błędem w Matriksie.

Takie przypadki są na szczęście nieliczne, ale raz na jakiś czas pojawia się osobnik, który ewidentnie studia wyższe podjął przez pomyłkę i jakimś niezrozumiałym zbiegiem okoliczności udaje mu się przez nie przejść. I w sumie jestem gotów przejść nad tym do porządku dziennego, bo świat nie jest doskonały i nie wszystkie w nim przebiega tak, jak według nas powinno, ale jeśli taki człowiek chce potem akurat u mnie pisać dyplom, to mam ochotę skląć wszystkich tych moich kolegów i koleżanki, którzy dla świętego spokoju puszczali go dalej z semestru na semestr, bo nie wierzę, że na każdym z przedmiotów spełnił minimum wymagań do jego zaliczenia. Ja takich świństw nikomu nie robię. ;)

Dziwi mnie też, że oni wybierają właśnie mnie na opiekuna swojej pracy. Jeśli mieli ze mną zajęcia, to prawie na pewno ich nie zaliczyli i musieli powtarzać je zwykle pewnie już nie u mnie. I po takim traumatycznym doświadczeniu powinni poszukać sobie kogoś z kimś nie wiążą się tak przykre wspomnienia jak "dwa" w indeksie. A tu proszę, przychodzą do mnie. Czy to jakaś akademicka odmiana syndromu sztokholmskiego? A może wyrafinowana zemsta (jak mi nie zaliczyłeś, to się teraz ze mną męcz przy dyplomie)? Nie wiem, a chciałbym wiedzieć. Może dałoby się takim wyborom zapobiec. Zwłaszcza, że pewnie nie każdy opiekun przywiązuje wagę do tego, jaki mu się trafia materiał na dyplomanta i może dla niektórych to nie byłby dopust. A tak na marginesie, to czy dopust może nie być boży? Zastanawiam się, bo jako ateista staram się eliminować ze swojego języka słowa i wyrażenia nacechowane religijnie. ;)

A poza oglądaniem, jak sobie kapie nalewka, wziąłem się wreszcie za czytanie powieści Olgi Tokarczuk. Miałem czytać "Biegunów", ale tę książkę obiecała mi sprezentować A., więc i tak będę miał ją pod ręką, jak mnie najdzie ochota (choć zwykle książki moje własne dość długo czekają na przeczytanie). Wziąłem się więc za "Prowadź swój pług przez kości umarłych". I na razie jestem zadowolony z wyboru tej książki. Może od jej tekstu nie bije blask wybitnego talentu, ale czyta się go sprawnie i miło. W moim prywatnym podziale na książki, które odrzucają, wciągają i są obojętne ta plasuje się w gronie tych drugich. Z tym, że podział ten jest jeszcze wielokrotnie stopniowalny i opiera się na niedookreślonych kryteriach, dlatego dodam tylko tytułem uzupełnienia, że ta książka należy do "średnio jednak raczej bardziej wciągających nnie". I być może pozostanie w tej kategorii jako jedyna. Albo nawet ją zmieni w miarę postępu lektury. ;)

W każdym razie z myślą o niej kończę tymczasem swoje wynurzenia i wraca do lektury.

Tagi: roman j
15:10, roman_j
Link Komentarze (4) »
niedziela, 09 października 2011

Jeśli prognozy wyborcze się sprawdzą, to mam jeden powód do ulgi (PiS nie wygrał) i kilka do zadowolenia. Grzesiu Napieralski dostał po nosie, Palikot pokazał pazur, a PSL dostał mniej niż się spodziewał i mniej niż 4 lata temu.

Na koniec komentarz do słów Jarosława Kaczyńskiego, który powiedział "Przyjdzie taki dzień, że nam się uda". Myślę, że prezes Kaczyński bliższy byłby prawdy, gdyby powiedział "Przyjdzie taki dzień, kiedy wam się uda. Ale dopiero, po tym, jak ja przestanę być prezesem PiS". :)

Tagi: roman j
23:36, roman_j
Link Komentarze (4) »

Jeśli po przeczytaniu tytułu komuś przyszło do głowy, że będzie o wyborach i obawie przed ich wynikami, to się pomylił. O tym nie będzie ani słowa poza tym słowem, które jest już powyżej. Będzie o tym, że to moja ostatnia wolna niedziela przed maratonem czterech kolejnych pracujących weekendów.

Bywało już tak w latach poprzednich, że miałem trzy weekendy pod rząd spędzane w pracy. Nawet dwa takie zestawy. I przyznam, że w trzeci weekend ledwo wyrabiałem. Tak więc cztery weekendy pod rząd w pracy to będzie poważne wyzwanie. Nie boję się tego, ale łatwo nie będzie.

Choć będzie trochę lżej, bo oddałem część zajęć. Podobno miałem za dużo godzin. To fakt, że miałem ich sporo. Ale to skutek kolejnego spiętrzenia zajęć ze względu na to, że obowiązują aktualnie co najmniej dwa plany studiów, w których pewne przedmioty są przesunięte względem siebie. Ale mniejsza o szczegóły. Myślę, że za rok wezmę znów na siebie te oddane zajęcia, bo to spiętrzenie się rozładuje i nie będę miał już tak dużo godzin.

A ja tę ostatnią niedzielę spędzam na relaksowaniu się po imprezie. Impreza była chóralna. Początkowo miałem w niej nie brać udziału, bo czekał na mnie w domu chleb do wyrobienia i upieczenia, ale E. poprosił mnie, żebym przynajmniej otworzył pomieszczenia chóru, bo tylko mnie, jako pracownikowi politechniki, dadzą klucze. No to otworzyłem i mimo tego, że dodatkowo jeszcze bolała mnie głowa, zostałem na imprezie. Impreza była zaś pokłosiem występu. Śpiewaliśmy na ślubie, a ponieważ się spodobało, więc zostaliśmy obdarowani napitkiem i przekąską, które później częściowo skonsumowaliśmy.

Nasz występ chyba się podobał i żałuję, że nie mamy częściej okazji do takich występów, bo byłby to dobry sposób na zarobienie paru groszy na potrzeby chóru (ten występ był po znajomości, dlatego był poczęstunek zamiast gotówki). Niestety, mamy chyba słaby marketing, bo nikt nie zgłasza, żeby nas angażować. E. mówi, że rozmawiał z organistami w tej sprawie, ale ja podejrzewam, że oni nie kwapią się do tego, żeby nas polecać. Trzeba by znaleźć inne kanały promocji. Tylko, że nie ma się tym kto zająć. I sprawa leży.

Na występie było nas piętnaście osób, co stanowi trochę ponad połowę składu, jaki mieliśmy w chórze w zeszłym roku. Nie oznacza to bynajmniej, że tylko tyle nas zostało, bo kilka osób nie mogło dotrzeć na występ z różnych względów. Na przykład M., którego w domu zatrzymały obowiązki. Był za to K., który chociaż edukuje się już teraz w Warszawie na studiach dziennych, przez co na próby nie będzie chodził (choć może raz na jakiś czas uda mu się dotrzeć), to nie zapomina o nas. Wsparł nas wczoraj na występie swoim głosem, co było z jego strony bardzo miłym gestem.

Napisałem, że M. nie było, ale był obecny duchem. "Pogadaliśmy" sobie bowiem trochę w czasie występu smsami. W tej sytuacji to było nawet lepiej niż na żywo, bo odbywało się niemal bezgłośnie (dźwięku naciskania klawiszy i wibracji telefonu nawet ja nie słyszałem) i nikomu nie przeszkadzało. :) M. chyba z początku zakładał, że wymieniam z nim wiadomości już po ślubie, bo myślał, że on się zaczyna o 16.00. Tymczasem początek był o 17.00 i nasza wymiana smsów trwała w najlepsze w samym środku uroczystości. Z mojego punktu widzenia to nawet lepiej, bo zwykle takie egzekwie mi się dłużą, a tak przynajmniej miałem zajęcie w przerwie między śpiewami. :)

Ale ślub i chórowe "wesele", jak to można żartobliwie określić, to nie były jedyne dwie imprezy, w jakich brałem udział. Rano jeszcze poszedłem na rajd prowadząc jedną z tras. Pogoda rano była rześka. Całe pięć stopni na plusie. Trasa jednak była niezbyt uciążliwa, więc szło się dobrze i rajd naprawdę mi się udał. Na mecie spotkałem A., z którą nie mogliśmy się nagadać, bo albo ja musiałem stemplować setki książeczek, albo ona już musiała wracać (przyjechała z rowerzystami). Ale kilka zdań i refleksji wymieniliśmy. I obiecałem, że znajdę w jakiejś jeszcze bliżej nieokreślonej przyszłości czas tylko dla niej, żebyśmy sobie mogli spokojnie pogadać.

Przy okazji rajdu odzyskałem jeszcze trochę pieniędzy. I potrzebny jest mały wstęp, żeby wyjaśnić, jak do tego doszło. Postaram się w telegraficznym skrócie. :)

Otóż jestem, ale już niedługo, członkiem stowarzyszenia grupującego absolwentów mojego liceum. Stowarzyszenie powstało przed obchodami stulecia mojej szkoły i działa już pięć lat po tych obchodach. W ramach stowarzyszenia organizowana była wycieczka, która ostatecznie nie doszła do skutku i należał mi się zwrot pieniędzy. Niby prosta sprawa, ale muszę dopisać, że pieniądze wręczyła mi sama pani wiceprezes na mecie rajdu i miała przy tym minę obrażonej księżniczki. Dlaczego? Żeby to wyjaśnić, trzeba się cofnąć o ponad dekadę wstecz.

Właśnie w tamtym czasie M., który też skończył tę samą szkołę co ja, tylko jakieś trzydzieści lat wcześniej, zapragnął spotkać swoich kolegów i swoje koleżanki ze szkoły po latach. Rzucił więc pomysł takiego spotkania na forum internetowym lokalnego oddziału Gazety Wyborczej, a pomysł ten chwycił nie tylko wśród kolegów M., ale spodobał się także Gazecie i w końcu wyszło z tego spotkanie absolwentów z patronatem medialnym i sporo większym rozmachem. Ale, co jest bardzo ważne, było to spotkanie nieformalne (i taką nawet przyjęło nazwę). Nieformalne i niekomercyjne, na które wstęp był całkowicie wolny.

To spotkanie funkcjonowało w takiej formie przez kilka lat, a M. wciągnął do jego organizacji najpierw naszą koleżankę H., a potem także mnie. Za wiele organizowania nie było, ale zawsze trochę czasu i pieniędzy z własnych kieszeni trzeba było poświęcić. Niestety, i piszę to "niestety" z pełną odpowiedzialnością, w pewnym momencie do tych spotkań, niczym gówno do pantofla, przyczepiło się wspomniane wcześniej stowarzyszenie. Korzyści z tego nie było żadnych, bo pomoc stowarzyszenia ograniczała się do tego, że pani prezes wypisywała identyfikatory na początku imprezy i obściskiwała się głównie z różnej maści VIP-ami (a trochę wpływowych ludzi skończyło moją szkołę). Za to stowarzyszenie korzystało z okazji i wciskało (za odpłatnością) uczestnikom różne wydawnictwa czy gadżety, jakie zostały po obchodach stulecia.

Niestety, stowarzyszenie nie paliło się do ponoszenia choćby części kosztów tej imprezy, przy okazji której zarabiało. Było to dla mnie tym bardziej zaskakujące, że pani skarbnik żyłowała się np. na kilkaset złotych wynagrodzenia dla muzyków uprzyjemniających spotkanie, podczas gdy wcześniej lekką ręką stowarzyszenie wydało kilkanaście tysięcy złotych na meble do tzw. Klubu Absolwenta. Takich mebli nie powstydziłby się prezes niejednej dużej firmy, a klub używany jest raz na miesiąc przez kilka godzin na nasiadówkę wąskiego grona członków.

No ale to jeszcze jakoś znosiłem w cichości ducha. Dużo gorzej znosiłem zakusy pani skarbnik do spółki z panią prezes, żeby zacząć na tej nieformalnej imprezie zarabiać. Przez jakiś czas udawało się ten pomysł paniom wyperswadować, choć pani skarbnik już przebierała palcami na myśl, jaką to kasę można będzie z tej imprezy ściągnąć. Udawało się to tylko do tego roku, kiedy miało się odbyć jubileuszowe dziesiąte Nieformalne Spotkanie. Niestety, tym razem stowarzyszenie przejęło inicjatywę i, trzeba to napisać wprost, ukradło tę imprezę jej inicjatorowi i pomysłodawcy przerabiając ją na komercyjną bibę, co jest całkowitym zaprzeczeniem idei, jaka legła u podstaw Nieformalnych Spotkań.

W tej sytuacji M. odciął się od organizatorów, choć miało to wymiar głównie symboliczny. Ja także uznałem, że z ludźmi, którzy dopuszczają się kradzieży (co prawda nie gotówki, czy rzeczy materialnych, ale pomysłu, a może nawet praw autorskich, bo chyba można o nich tutaj mówić) nie chcę mieć więcej nic wspólnego. Imprezę obaj zbojkotowaliśmy, a ja dodatkowo napisałem do pani skarbnik, że składam rezygnację z członkostwa w stowarzyszeniu co oczywiście oznacza również, że przestaję szefować Komisji Rewizyjnej. To była naturalna konsekwencja sytuacji, w której miałbym swoim nazwiskiem firmować ten proceder. Zresztą doszły mnie słuchy, że nie wszystko odbyło się tak, jak powinno, bo podobno ochronie zapłacono do ręki zamiast zawrzeć umowy i odprowadzić podatek. Ja takie praktyki nazywam szwindlem, no może szwindelkiem ze względu niewielkie kwoty.

Najbardziej mnie w tym wszystkim zaskoczyła postawa naszej koleżanki H. Z jednej strony na GG pisała do mnie, że mam rację, że się ze mną całkowicie zgadza, itp. A z drugiej strony, jak to pokorne ciele, co dwie matki ssie, brała udział w organizacji spotkania, jakby nigdy nic. Ja to nazywam dwulicowością lub hipokryzją. I nie rozumiem tego tym bardziej, że pani prezes zdecydowała wyeliminować z obsługi imprezy człowieka, który przez dziesięć lat wiele nam przy niej pomógł (oczywiście także na tym zarabiając), a z którym to H. zawsze załatwiała sprawę organizacji kolejnego spotkania i wydawało mi się, że dla niej jest to jest naturalne, że on się tym zajmie.

Nawet mi się H. skarżyła na GG, że pani prezes postanowiła dać zarobić jakiemuś innemu człowiekowi, bo przypadł jej do gustu podczas organizacji wyżywienia na jakąś imprezę, którą pani prezes przygotowywała. Ja też nie rozumiałem, jak można po dziesięciu latach dać kopa komuś, kto okazywał nam dotąd wiele życzliwości i służył pomocą, a który po prostu nie przypadł do gustu pani prezes i kiedy wreszcie mogła sama o tym zdecydować, to się go pozbyła.

W każdym razie wszystkie opisane wyżej okoliczności doprowadziły do tego, że na mecie rajdu obrażona księżniczka bez słowa oddała mi pieniądze wpłacone na wycieczkę i tym samym coraz mniej wiążę mnie ze stowarzyszeniem. Zadeklarowałem, że członkiem pozostanę do Walnego Zebrania w 2012 roku (na które się zresztą nie wybieram), żeby nie robić zamieszania i nie zmuszać władz do zwoływania Nadzwyczajnego Walnego Zebrania jeszcze tego roku. Niech się państwo członkowie kiszą we własnym sosie, niech im ten przywłaszczony pomysł przyniesie fortunę, a stowarzyszeniu pomyślność. Ja mam w każdym razie jedną twarz i nie zamierzam nią firmować takich nieetycznych procederów.

Tagi: roman j
10:56, roman_j
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape