O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
sobota, 27 października 2012

Będzie nie o diable, bo to figura abstrakcyjna, nieistniejąca w rzeczywistości. Uosobienie ciemnej strony człowieka, którą każdy ma, a do której prawie nikt nie chce się przyznać przed innymi, a zwykle także i przed sobą. Będzie o szczegółach. Zwykła, banalna, jak to zazwyczaj u mnie w blogu, historyjka z życia wzięta.

Postanowiłem dziś wybrać się do biblioteki oddać książki i wziąć kolejne. Na liście książek polecanych mi przez Biblionetkę (podobno zgodnych z moim gustem, ale chyba gust mam wyjątkowo eklektyczny, bo niektóre książki już z tytułów mnie odstręczają) znalazło się między innymi "Miasteczko Middlemarch" George'a Elliota. Postanowiłem zaryzykować i przeczytać.

Wszedłem więc, jak zazwyczaj, na stronę z katalogiem internetowym, wypisałem sygnaturę i poszedłem do biblioteki. Oddałem książkę i, jak zwykle, udałem się między regały znaleźć potrzebną pozycję i... bezskutecznie. W końcu zapytałem panią bibliotekarkę, czy ja tę książkę znajdę na półce, czy może nie (może być w magazynie)? Pani obejrzała tytuł, sygnaturę i zapytała, jakby dla potwierdzenia, czy książka ma być w oryginale? Odruchowo odpowiedziałem, że tak. Pani jeszcze raz zapytała, a ja potwierdziłem i... mam do przeczytania 785 stron angielszczyzny.

Nie napiszę, że nie wiedziałem, co to oznacza książka w oryginale. Nie jest to też dla mnie dużym problemem, bo angielski znam biernie na tyle dobrze, że przeczytam tę książkę bez wielkiej męki, choć pewnie zajmie mi to więcej czasu niż gdybym miał ją po polsku. I właściwie mógłbym nie brać jej wersji oryginalnej. Ale wziąłem. Dlaczego? Nie mam pewności. Może dlatego, że mi się spieszyło? Może dlatego, że głupio mi było, że nie wiedziałem, że taka sygnatura (o czym poniżej) oznacza książkę obcojęzyczną? Może dlatego, że nie chciałem robić kłopotu i marudzić? A może coś jeszcze albo wszystko razem?

Kiedy po wyjściu z biblioteki myślałem o tej sytuacji, doszedłem do wniosku, że zlekceważyłem na etapie szukania książki dwa szczegóły. Dwa drobiazgi, które powinny mi wcześniej dać do myślenia. Pierwszy szczegół to sygnatura. Zaczynała się od "Wo". Myślałem, że to dlatego, że znajduje się wśród książek literatury obyczajowej. Tymczasem gdyby tak było, to sygnatura zaczynałaby się od "W A/Z(O)", ale to ustaliłem już później. Wiem, jak są tworzone sygnatury książek w tej bibliotece i taka sygnatura, jaką miała ta książka, powinna mnie zastanowić. Ale zlekceważyłem to i założyłem sobie, że to pewnie jakiś wyjątek.

Drugi szczegół to tytuł. Szukałem książki pod tytułem "Miasteczko Middlemarch", ale z lenistwa wpisałem do wyszukiwarki tylko "Middlemarch". Zakładałem, że nie ma innej książki z tym słowem w tytule. W ten sposób znalazłem pozycję, która miała dokładnie taki tytuł, czyli samo "Middlemarch". W pierwszej chwili mnie to zdziwiło, ale znów uznałem, że może były różne tłumaczenia i raz tytuł nadano taki, a raz dłuższy. I znów tę nieścisłość zlekceważyłem. I tak dopiero w bibliotece okazało się, że sygnatura dotyczyła książki obcojęzycznej (stąd "o") w sygnaturze, a tytuł jest po prostu tytułem angielskiego oryginału.

W kontekście przypomina mi się historia pewnego młodego naukowca, o którym czytałem kilka lat temu. Nie pamiętam szczegółów tej historii, ale utkwiło mi w pamięci, że ten młody człowiek dokonał jakiegoś naprawdę istotnego odkrycia tylko dlatego, że zauważył drobny zygzaczek na wykresie gładkiej krzywej będącej odwzorowaniem jakiegoś pomiaru. Zainteresowało go to zakłócenie, choć przecież mógł założyć, że to jakiś nieistotny efekt chwilowego rozregulowania instrumentu pomiarowego. On jednak uznał, że warto temu drobiazgowi poświęcić uwagę. W efekcie dokonał odkrycia, którego doniosłości na pewno się nie spodziewał.

Jaki z tego wniosek? Warto zwracać uwagę na szczegóły. Zwłaszcza te, które nie pasują do całości. ;)

Tagi: roman j
00:18, roman_j
Link Komentarze (6) »
czwartek, 18 października 2012

Tytuł poważny, ale treść będzie taka jak zwykle. Trochę mądrzenia się, ale bez naukowego zadęcia. Trochę kontrowersyjnych poglądów lub stwierdzeń, ale w normie i bez chęci narzucania swojego spojrzenia innym.

Jak to mi się często zdarza, rozmyślam ostatnio nad sobą, nad tym, jak żyję, jak funkcjonuję w społeczeństwie i dlaczego nie tak do końca dobrze, jak bym chciał. Błędów szukam przede wszystkim w sobie, choć oczywiście nie zakładam, że inni są doskonali i bezbłędni, a wraz z nimi cały świat, ale na innych wpływu nie mam (choć czasem łudzę się, że jest inaczej), a na siebie mogę mieć. Jak się bardziej postaram.

Ale nie o mnie będzie ta notka, bo ten wstęp to był tylko pretekst do napisania o czym innym. Wybór tematyki jest bardzo subiektywny i może zaskakujący. Zwłaszcza, że ja sam nie mogę sobie przypomnieć, co mnie skłoniło do podjęcia przynajmniej pierwszego z dwóch tematów, o których coś napiszę.

Zacznę od człowieka, o którym było jeszcze niedawno dość głośno w mediach. A to z racji tego, że za za niecałe dwa lata wróci na łono społeczeństwa, które go na swoje łono nie bardzo ma chęć przyjąć. Mowa o Mariuszu Trynkiewiczu. Myślę, że nie muszę pisać, kto to jest, bo przez polskie media przetoczyła się fala artykułów, utrzymanych w większości w panicznym tonie, po której chyba mało kto nie kojarzy tego nazwiska.

Ja nie przyłączam się do tych panicznych głosów, choć początkowo udało się mediom wzbudzić we mnie pewien niepokój. Jednak biorąc pod uwagę to, że z racji wieku nie jestem w kręgu potencjalnych ofiar tego człowieka, a sam dzieci nie mam i mieć nie planuję, uznałem po pierwsze, że sprawa mnie nie dotyczy. Drugim powodem mojego désintéressement jest, paradoksalnie, rozmowa z panią psycholog, która zajmowała się przypadkiem Trynkiewicza od chwili jego osadzenia w więzieniu. Widziałem tę rozmowę w telewizji i po jej obejrzeniu doszedłem do wniosku, że jeśli z tym człowiekiem mają być jakieś kłopoty, to ta pani mnie o tym nie potrafi przekonać.

Dlaczego? Zobaczyłem w telewizji znerwicowaną kobietę niepotrafiącą w sensowny sposób sformułować dłuższej wypowiedzi, najwyraźniej niewiedzącą, co i w jaki sposób chce przekazać, skupiającą się bardziej na swoich własnych przykrych doświadczeniach ze skazanym niż na jakichś obiektywnych przesłankach, niesłuchającą pytań dziennikarki (ta zresztą też fatalnie prowadziła tę rozmowę) i nieodpowiadającą na pytania. Ta kobieta po prostu nie była dla mnie wiarygodna. Odniosłem wrażenie, że pani psycholog bardzo pilnie potrzebna jest tzw. superwizja i to dłuższa. Zastanawiałem się, jak to możliwe, że kobieta w takim stanie pracuje na tak odpowiedzialnym stanowisku, za jakie ja uważam stanowisko psychologa pracującego z przęstępcami, a zwłaszcza z tymi, którzy mają poważne zaburzenia osobowości? To tak, jakby do stołu operacyjnego dopuścić neurochirurga w stanie delirium.

Ale nie tylko ta rozmowa zdecydowała, że uznałem problem za rozdmuchany przez media. Kontrastem wobec niej była rozmowa z dr. Pawłem Moczydłowskim, który w swojej karierze był m.in. szefem polskiego więziennictwa. Ten człowiek zrobił na mnie zupełnie odmienne wrażenie. Spokojny, zrównoważony i ze zdroworozsądkowym podejściem do sprawy. Nie negował tego, że Trynkiewicz jest człowiekiem niebezpiecznym, ale zwracał uwagę na to, że to raczej on niż społeczeństwo powinien się obawiać. To on, poprzez to co zrobił, nosi "piętno Kaina" (to moje słowa, nie dr. Moczydłowskiego). Gdzie się pojawi, będą go śledziły setki czujnych oczu. Być może nawet strach przed nim popchnie kogoś do próby linczu.

Tymczasem słyszę, że w ministerstwie sprawiedliwości trwają jakieś prace nad taką zmianą prawa, żeby casus Trynkiewicza nie spędzał nikomu snu z powiek. Ja jestem przeciwny tworzeniu prawa pod konkretne osoby. W Norwegii nie powstało żadne lex Breivik, chociaż wydawałoby się, że taki wielokrotny morderca powinien ponieść surowszą karę niż przewidziane w takich przypadkach przez norweski kodeks karny 21 lat. To byłoby tak naprawdę zwycięstwo Breivika zza krat, bo jeden człowiek zasiałby strach w całym społeczeństwie.

Moim zdaniem Trynkiewiczowi też nie powinno się tej satysfakcji dawać. Niech wystarczy mu satysfakcja z tego, że owinął sobie wokół palca i wystraszył nie na żarty panią psycholog. Jestem przekonany, że Trynkiewicz uczynił ją jedną ze swoich ofiar trafnie wyczuwając, że ma do czynienia z osobą słabą. Zamiast to ona na niego, to on na nią wywarł wielki wpływ. Zaszczepił w niej strach niemal paniczny, którym ona teraz próbuje zarazić społeczeństwo. Zobaczymy, z jakim skutkiem.

A teraz dość radykalna zmiana klimatu i ważkości tematu. :) Tym razem będzie o mnie i moim niemal surrealistycznym doświadczeniu z ostatnich czasów.

Tak się złożyło, że niedawno byłem na oddziale psychiatrycznym. Mniejsza o to, w jakim celu. W każdym razie spędziłem tam wtedy tylko kilka godzin. W trakcie tej wizyty, i rozmowy z jednym z rezydentów, podeszła do mnie kobieta, stanęła przede mną (siedziałem bokiem do mojego rozmówcy) i patrząc mi prosto w oczy zapytała tonem, który początkowo wydał mi się zaczepny: Poznajesz mnie?

Pomyślałem w pierwszej chwili, że pewnie się znamy, ale mnie pamięć szwankuje i nie przypominam sobie tej kobiety. Zgodnie więc z prawdą, z pewnym zakłopotaniem odpowiedziałem, że nie. Na to moja niespodziewana rozmówczyni zareagowała wygłaszając beznamiętnym tonem, niczym automat, następującą kwestię: To niedobrze, że mnie nie poznajesz. Uważaj, bo dostaniesz amnezji wstecznej i wtedy nie będę ci już mogła pomóc.

Kiedy skończyła, poczułem się jakby ktoś wyrwał mnie nagle z mojego, znanego mi świata i wepchnął w jakąś inną realność, w której nie obowiązują znane mi prawa. Trochę się przy tym nawet wystraszyłem, ale nie jej ostrzeżenia, tylko poczucia, że właściwie nie wiem, co mam teraz zrobić, co powiedzieć. Chciałem zakończyć tę rozmowę, ale nie wiedziałem jak. Miałem do czynienia z osobą nieprzewidywalną. Kto wie, jak zareaguje na prośbę o to, żeby sobie poszła? Może zacznie krzyczeć, może mnie rąbnie przez łeb, może zacznie wygłaszać jakieś dalsze, jeszcze bardziej surrealistyczne kwestie?

W końcu na odczepnego trochę drwiąco odpowiedziałem: Nooo, już się boję i zanim skończyłem, już tego żałowałem, bo pomyślałem, że to bardzo głupie. Tymczasem moja niespodziewana rozmówczyni takim samym wypranym z emocji głosem automatu patrząc mi nadal prosto w oczy powiedziała: To dobrze, że się boisz, po czym odwróciła się na pięcie i odeszła. Odetchnąłem z ulgą, ale poczucie surrealizmu tej sytuacji nie opuszcza mnie do dziś za każdym razem, kiedy sobie o niej przypomnę.

Ja wiem, że każdy człowiek żyje właściwie w swoim świecie, ma gdzieniegdzie trochę inaczej połączone komórki w mózgu, ale większość chyba postrzega rzeczywistość podobnie i reaguje w różny, ale jednak zrozumiały dla innych sposób. Jednak kiedy komuś się te "kabelki" w mózgu poplączą i te mózgowe obwody przez to zaczynają funkcjonować wyraźnie odmiennie od naszych, to chyba większość z nas w takiej sytuacji staje się bezradna. A może to tylko ja nie jestem wystarczająco otwarty na takie doświadczenia? :)

Tagi: roman j
12:13, roman_j
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 15 października 2012

Wydaje mi się, że motyw uciekającego czasu, za którym chwilami nie udaje mi się nadążyć dość często gości na łamach mojego blogu. Co prawda określenie "dość często" nie jest ścisłe, ale umówmy się, że tak subiektywnie to odczuwam.

Tym razem ten uciekający czas lub raczej problem, że 24 godziny na dobę, jakimi dysponujemy, okazuje się okresem zbyt krótkim, aby zmieścić w nim wszystko, co chcemy, odczuwam m. in. przez blog. Objawia się to w ten sposób, że najpierw dzieje się coś, co chciałbym skomentować tutaj. Układam sobie w związku z tym nawet w głowie notkę, bo to mogę robić w każdej chwili, kiedy idę. Idąc bowiem głowę mogę mieć zaprzątniętą czymś innym, gdyż moja podświadomość kontroluje trasę i otoczenie niezależnie od świadomości. Dzięki temu jak dotąd szczęśliwie dochodzę tam, gdzie planuję (czasem najwyżej czegoś po drodze nie załatwiwszy).

Układam sobie notkę i robię to trochę na podobieństwo Jerzego Stuhra, o czym dowiedziałem się niedawno. Skąd to porównanie? Otóż przeczytałem w jednym z wywiadów, o tym, w jaki sposób Jerzy Stuhr pisał książkę, w której opisał swoje zmagania z rakiem (a przynajmniej opisał ten okres życia, kiedy z rakiem się wziął za bary). Według jego słów najpierw "pisał" ją w głowie układając zdania, dobierając do nich odpowiednie słowa czy sformułowania, cyzelując je i dopieszczając. To, co sobie w głowie ułożył, zapamiętywał wiernie niemal jak rolę teatralną i dopiero za jakiś czas, kiedy taki fragment mu się w głowie ułożył, przelewał go na papier.

Ja mam niemal tak samo, bo u mnie notki powstają najpierw w głowie. I bywa tak, że wiele z nich nigdy już z tej głowy nie wychodzi, bo rozważenie jakiegoś zagadnienia w głowie od początku do końca dostarcza mi, o dziwo, często tyle samo satysfakcji, co zapisanie tego w blogu. Czasem jednak przelewam myśli na strony blogu, jeśli rozważań prowadzonych w myślach nie przeprowadzę do ostatniej kropki. Takie notki mają największe szanse. Takie naszkicowane, ale nieukończone. Czasem wykorzystuję w nich to, co mi się wcześniej w głowie zrodziło. Czasem są to całe zdania wiernie odtworzone, czasem jakaś myśl, jakieś ciekawe porównanie, jakaś refleksja. A czasem piszę na ten sam temat, ale całkiem inaczej.

Oddaliłem się jednak od tematu, co zresztą zdarza mi się nagminnie. Wracając do niego napiszę, że symptomem tego uciekającego czasu, którego nie mogę rozdzielić na wszystko, na co bym chciał w odpowiedniej ilości, jest taki ciąg zdarzeń: dzieje się coś, co chciałbym opisać w blogu lub co mnie inspiruje do jakiejś refleksji, którą chciałbym się podzielić; powstaje (a czasem już nawet nie) w mojej głowie szkic notki, tak że wiem, co chciałbym napisać, co podkreślić, jakich użyć słów, zwrotów, etc., słowem, jak ująć temat; potem następuje okres oczekiwania na możliwość wygospodarowania pewnej ilości czasu, na zapisanie tej naszkicowanej notki w blogu; czas mija, temat się rozmywa, chęć pisania spada, bo temat czasem traci na aktualności lub świeżości i albo dochodzę do wniosku, że już nie będzie warto do tego wracać, albo pojawia się nowy pomysł. Wiedząc zaś, że trudno mi będzie wygospodarować czas na zapisanie dwóch notek, z tej starszej zwykle rezygnuję. Wychodzę z założenia, że świat nie zbiednieje, jeśli pozbawię go kilkudziesięciu linijek moich subiektywnych przemyśleń. I tak kolejne potencjalne notki nigdy nie oglądają światła dziennego.

Tę notkę też napisałem kosztem co najmniej jednej innej notki, która siedzi we mnie od pewnego czasu. Właściwie to siedzą dwie i uwierają. Obie już zapomniałem (w sensie konkretnych słów sformułowań, jakich miałem użyć). Pamiętam jedynie ogólny kierunek, w jakim chciałem podążyć. Mam co prawda jeszcze szczerą wolę przelać je na strony blogu. Ale czy mi się to uda i kiedy, tego nie wiem. Zwłaszcza, że mam zasadę, żeby nie pisać więcej niż jednej notki w jednym blogu naraz. Gdyby nie to, to może w jednym zrywie udawałoby mi się nadrabiać takie zaległości. Ale myślę, że i tak za mocno obciążam słowem czytelników mojego blogu w tym świecie, w którym coraz większą wartością jest zwięzłość, krótkość i "przydupność" przekazu. Z zasady swej więc nie zrezygnuję i wolę mieć tę świadomość, że mogłem napisać więcej. W końcu może dla kogoś i to jest za dużo. A dla mnie chyba jednak tyle jest w sam raz. Tak myślę, bo inaczej chyba jednak coś bym zmienił. Taka właśnie przewrotna refleksja mnie naszła na koniec... ;)

Tagi: roman j
19:58, roman_j
Link Komentarze (2) »
niedziela, 07 października 2012

Wracam do korzeni mojej blogowej twórczości, bo zakładałem ten blog z myślą, że będę się w nim dzielił swoimi przemyśleniami na proste, przyziemne tematy, jakie podsuwa na każdym kroku życie. I w takim właśnie celu wszedłem dziś na blog, żeby sformułować tę notkę. A zainspirowały mnie zakupy.

W sobotę poszedłem do Tesco kupić kilka drobnych rzeczy, których zapomniałem kupić dzień wcześniej. Tu od razu zaznaczę, że to nie jest reklama Tesco, bo jest to tylko jeden z wielu różnych sklepów, w których robię zakupy i to nie ten najczęściej odwiedzany. Poza tym wymowa tej notki nie jest raczej pochlebna.

Wracając do sklepu, to już poprzedniego dnia zauważyłem, że w jednej z kas nie działa terminal do obsługi kart i trzeba było w tej kasie płacić gotówką. Zauważyłem, bo informacja była umieszczona w widocznym miejscu i właściwie sama "właziła w oczy". Akurat miałem przy sobie dość gotówki, więc nie było to dla mnie żadnym utrudnieniem. Ale gdybym jej nie miał, to informację o awarii umieszczono w takim miejscu, że zapoznałem się z nią zanim jeszcze wypakowałem zakupy na taśmę, więc w takiej sytuacji podszedłbym do innej kasy. Piszę o tym, bo to ważna okoliczność w ocenie sytuacji, którą dalej opiszę. I właściwe jedyna na korzyść sklepu.

Kiedy robiłem zakupy w sobotę, terminal nie był jeszcze naprawiony i akurat kiedy byłem przy sąsiedniej kasie, jedna z klientek chciała zapłacić kartą. Oczywiście okazało się to niemożliwe. Kasjerka zaproponowała więc, żeby ta kobieta przeszła do sąsiedniej kasy, tej przy której akurat ja stałem. To akurat było rozsądne wyjście z sytuacji. Jednak oprócz tego kasjerka poprosiła, żeby jej koleżanka obsłużyła tę klientkę poza kolejnością.

Żeby nie było wątpliwości, ja w tym momencie już byłem obsłużony i pakowałem zakupy, więc dla mnie ta sytuacja była neutralna. Natomiast pomyślałem sobie, że te osoby, przed które w kolejce do kasy ta pechowa (nierozgarnięta?) klientka została skierowana, mogą się słusznie wkurzyć. Uważam, że kasjerka postąpiła niewłaściwie. I to z co najmniej dwóch powodów.

Po pierwsze, informacja o awarii terminala była umieszczona w widocznym miejscu, czytelna i trudno było jej nie zauważyć. Klientka z własnej winy znalazła się w sytuacji, w której nie mogła zapłacić tak, jak planowała, czyli kartą. Ani kasjerka, ani sklep nic w tej sprawie nie zawinili, więc ta kobieta powinna zapłacić "gapowe" i odstać jeszcze raz swoje w kolejce do innej kasy.

Po drugie, tak naprawdę to nie sklep wyświadczył uprzejmość pechowej klientce, ale klienci, którzy zupełnie nie byli tej sytuacji winni. Nikt ich na dodatek nie zapytał, czy chcą w takiej roli wystąpić. Sklep poprzez swoją pracownicę niejako wymusił na nich, żeby tę uprzejmość wyświadczyli, choć jeśli ktokolwiek w ogóle powinien się poczuwać do jakiegoś zadośćuczynienia, to sklep, a nie jego przypadkowi klienci.

To, że ta kobieta zapłaciła za zakupy bez kolejki w innej czynnej kasie nie było dla sklepu w żadnym stopniu uciążliwością. Było nią za to dla klientów, być może spieszących się do swoich spraw, których postawiono przed faktem dokonanym. Nikt z nich nawet nie zaprotestował, co mnie nawet nie dziwi i może być mylące. Wszystko odbyło się szybko. Niektórzy z klientów może nawet nie zorientowali się, że ktoś naprawia cudzy błąd ich kosztem. To znaczy, że jedna osoba popełniła błąd, druga osoba poczuła za ten błąd niesłusznie odpowiedzialna, zaś oni zostali wykorzystani do tego, żeby ta pierwsza nie poniosła konsekwencji swojego gapiostwa, a ta druga pozbyła się nieuzasadnionego poczucia winy. To niewątpliwie było bardzo wygodne posunięcie dla tych dwóch osób, ale zupełnie nie fair wobec pozostałych...

Tagi: roman j
22:01, roman_j
Link Komentarze (9) »
środa, 03 października 2012

Wiele osób (nie chcę ryzykować przesadnego optymizmu pisząc, że większość) zna na pewno przypisywane Albertowi Einsteinowi stwierdzenie, że "bóg nie gra w kości". To była ponoć jego reakcja na wnioski wynikające ze stworzonej przez niego teorii względności.

Z tego cytatu można by wysnuć wniosek, że wielki fizyk był człowiekiem wierzącym. W zasadzie nie znam jego biografii, więc nie mogę kategorycznie stwierdzić, że na jakimś etapie życia nim nie był. Ale właśnie trafiłem na bardzo ciekawy cytat z listu Alberta Einsteina do filozofa Erika Gutkinda (nie będę udawał, że wiem, kto zacz, ale to nieistotne), z którego wynika, że stosunek wybitnego noblisty do idei boga był, delikatnie to ujmując, sceptyczny.

Artykuł na ten temat można znaleźć pod tym linkiem. Ale mnie to nie wystarczyło i wygrzebałem z Sieci dłuższy fragment tego listu. Następnie posiłkując się tu i ówdzie słownikiem, bo mój niemiecki trochę zaśniedział, dokonałem przekładu tego fragmentu na język polski. Może nie jest to przekład wysokiej jakości, ale doskonale oddaje przesłanie zacytowanego fragmentu listu. Poniżej wklejam najpierw niemiecki tekst znaleziony w Sieci tutaj, a następnie moje tłumaczenie (jeśli ktoś uważa, że można to zrobić lepiej, to zapraszam do komentarzy).

Das Wort Gott ist für mich nichts als Ausdruck und Produkt menschlicher Schwächen, die Bibel eine Sammlung ehrwürdiger, aber doch reichlich primitiver Legenden. Keine noch so feinsinnige Auslegung kann (für mich) etwas daran ändern. Diese verfeinerten Auslegungen sind naturgemäß höchst mannigfaltig und haben so gut wie nichts mit dem Urtext zu schaffen. Für mich ist die unverfälschte jüdische Religion, wie alle anderen Religionen, eine Inkarnation des primitiven Aberglaubens.

Słowo Bóg nie jest dla mnie niczym więcej niż wyrazem i wytworem ludzkiej słabości, Biblia zbiorem dostojnych, ale jednak dość prymitywnych legend. Żadna, nawet najbardziej [ich] wyrafinowana interpretacja nie może (dla mnie) nic w tej kwestii zmienić. Te wysublimowane interpretacje są oczywiście wysoce zróżnicowane i nie mają prawie nic wspólnego z oryginalnym tekstem. Dla mnie ta oryginalna żydowska religia jest, jak wszystkie inne religie, wcieleniem prymitywnego zabobonu.

Te kilka zdań trafia w samo sedno. Między innymi określa religie (wszystkie) mianem zabobonu, z czym się bezdyskusyjnie zgadzam. Miałem nawet notkę o zaskakującym związku wiary w przynoszącego pecha czarnego kota, zwiastującą nieszczęście liczbą trzynaście, obawą przed przechodzeniem pod drabiną czy innych zabobonów z religijnością. Zauważyłem bowiem, że często sprawy te idą ze sobą w parze. Głęboka religijność z głęboką wiarą w bzdurne zabobony.

Nie ma w tym nic dziwnego, że ta sama osoba, która uważa, że np. kot o czarnym umaszczeniu czy liczba trzynaście może sprawić, że spotka go nieszczęście, wierzy, że odklepywana regularnie formułka adresowana do jakiejś nieistniejącej, wymyślonej acz wszechwładnej rzekomo istoty, sprawi, że istota ta tak wpłynie na bieg procesów składających się na nasze codzienne życie, żeby tej właśnie osobie w życiu się powodziło. I nikogo nie zastanawia, że jednoczesne dogodzenie kilkuset milionom klepiących modlitwy może być po prostu niemożliwe. Nie dziwne jest też, że kościół energicznie zwalcza wszelkie zabobony. Konkurencję należy tępić. :)

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape