O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
piątek, 04 września 2015

Dwa dni temu zdarzył mi się dość nieprzyjemny incydent zdrowotny. Wstałem w środę rano z lekko ćmiącym bólem głowy. Z takim bólem, który, gdyby mógł mówić, powiedziałby "daj mi chwilę, a zaraz sobie pójdę". Nie przejąłem się tym z początku i poszedłem jak zwykle do pracy. W pracy poczułem się trochę gorzej. Zrobiłem więc sobie dwa działające w zasadzie przeciwnie do siebie napoje: kawę, bo kofeina pomaga w walce z bólem i melisę, bo pomyślałem, że może ból głowy, który zrobił się silniejszy, jest wynikiem jakiegoś napięcia.

Może pomysł mieszania jednego z drugim w żołądku nie był najlepszy, ale widać nie było ze mną za dobrze. Za to po wypiciu obu napojów zrobiło mi się nieco lepiej. Potem jeszcze dostałem paracetamol od D. i wyglądało na to, że kłopot miałem z głowy. Dosłownie i w przenośni. Wydawało się tak może dwie, może trzy godziny, po czym zrobiło się dużo gorzej.

Najpierw dostałem dreszczy i to takich, które trzęsły mną jak w febrze. Było mi zimno i poważnie zastanawiałem się, czy nie znajdę w pracy jakiegoś koca, żeby się przykryć. Ewentualnie chciałem zejść do laboratorium, gdzie zawsze znajdzie się jakieś źródło ciepła, przy którym można by się ogrzać (nie, nie palnik Bunsena, czy coś podobnego). Oprócz dreszczy dostałem jeszcze mdłości i niestety, część późnego śniadania zjedzonego w pracy się zmarnowała. A że były to akurat m.in. borówki, to zrobiło się z wyglądu dość krwawo w łazience. Dobrze, że obyło się bez świadków, bo może trzeba by było kogoś ocucić.

Zdecydowałem się wyjść wcześniej do domu, bo sytuacja wyglądała na poważną. D. sugerowała, że może to być nawet angina, choć nie miałem powiększonych migdałków (dopiero w nocy zacząłem odczuwać przy przełykaniu, że coś mi w tym przeszkadza). Na miejscu położyłem się na kanapie. Nie miałem siły rozłożyć łóżka, więc przespałem noc pod kocem.

Noc miałem wyjątkowo ciężką. Nie miałem sobie czym zmierzyć temperatury, ale chwilami czułem, że jest mi wyjątkowo gorąco. Dodatkowo moje serce pracowało w takim tempie, że wydawało mi się, że bije ze dwa razy na sekundę. Później przypadkiem przeczytałem w Internecie, że serce przyspiesza przy wysokiej gorączce. Dodatkowo czułem kłujący ból w mięśniach nogi (o dziwo, tej zdrowej). W pewnym momencie, o czym napisałem wcześniej, zacząłem mieć pewne problemy przy przełykaniu.

Rano wstałem osłabiony, ale już bez bólów i mdłości. Zdecydowałem, że zaryzykuję i pójdę do pracy. Okazało się, że to była dobra decyzja. Z każdą godziną czułem się lepiej i już koło południa moje samopoczucie prawie wróciło do normy.

No dobra, ale co to ma wspólnego z tytułem? Otóż to, że mimo złego samopoczucia, w wyniku którego nic nie jadłem, a jedynie przyjmowałem płyny, faszerowałem się końskimi dawkami witaminy C. Średnio po 2 gramy na jeden raz i ponad 20 gramów na dobę średnio co dwie godziny. I co z tego? Otóż to, że jeśli to była angina, to nie mogła mi przejść po dobie. Jeśli to była tzw. trzydniówka, to też sama nie powinna mi tak szybko odpuścić. Jakaś "jednodniówka"? Może, ale przy takim ostrym przebiegu (wysoka gorączka, powiększone migdały, suchość w gardle, na pewnym etapie w nocy także kaszel) to też nie powinno samoistnie tak sobie przejść.

Może się mylę, ale stawiam na to, że to właśnie końskie dawki witaminy C pozwoliły mi się z tej infekcji szybko wykaraskać, czymkolwiek była. Na tę intencję zamówiłem sobie przez Internet 1,5-gramowe tabletki witaminy C. Duży zapas. W końcu zima coraz bliżej. ;) Nie napiszę, gdzie, żeby nie robić reklamy. Choć przypuszczam, że już napisałem trochę za dużo, bo nie wiem, czy jest więcej preparatów z taką dawką w sprzedaży poza tym jednym. Ja wziąłem taki z czystej wygody. Przy dawkach, jakie biorę, w innym przypadku musiałbym się nałykać za dużo piguł.

Najlepiej (i najtaniej) byłoby po prostu brać kwas askorbinowy w postaci jego soli rozpuszczonych w wodzie, ale nie mam cierpliwości do odmierzania dawek i przygotowywania sobie takiej "lemoniady". Choć przyznaję, że próbowałem i byłem zadowolony z takiej formy. No ale czas, jaki na to poświęcałem, i to, że potrzebna do tego jest dokładna waga, zdecydowały, że na razie sobie odpuściłem. Ale może kiedyś do tego wrócę. Czystego kwasu askorbinowego mam jeszcze dobrze ponad pół kilograma.

Trzymam go w pracy i żeby było zabawniej, podmieniłem na nim etykietę na łudząco podobną do oryginału. Zamiast "kwas askorbinowy" jest na niej teraz napisane "1-fenylopropano-2-amina" no i oczywiście inny jest wzór. Podróbka jest tak doskonała, że jeden z moich współpracowników nie wierzył, że etykieta nie jest oryginalna. :)

Niestety, wszystko na próżno. Nikt tu się chyba na tyle nie zna na chemii, żeby od ręki rozszyfrować tę nazwę, kiedy paraduję z pojemnikiem w drodze do laboratorium i z powrotem. :)

wtorek, 01 września 2015

Za oknem temperatura sporo przewyższa 30 stopni (taki mamy klimat), a ja siedzę sobie w pracy w przyjemnym chłodzie.

Klimatyzacja to dobra rzecz i cieszę się, że budynek, w którym aktualnie pracuję, ma ją od nowości. W takiej atmosferze aż chce się pracować, więc pewnie znów posiedzę w pracy do 19.00. O tej godzinie na zewnątrz nadal będzie nieprzyjemnie ciepło, ale nie można przesadzać z pracowitością. W końcu płacą mi tylko za pracę do 16.00. Później to już jest mój dobrowolny wolontariat. ;)

16:19, roman_j
Link Komentarze (1) »
piątek, 28 sierpnia 2015

Nie mam ostatnio czasu ani natchnienia na pisanie. I chociaż kilka razy miałem pomysły na notki (ostatni wczoraj), to jakoś nic z tego nie wychodzi. Z pracy pisać nie chcę, w domu mam internet tylko wtedy, kiedy jestem w weekend w moim grajdołku, a wtedy jakoś mi się nie chce.

Ale dziś te kilka słów piszę, bo mam satysfakcję. Przeczytałem ten artykuł (a może raczej reportaż?) i cieszę się, że Kukiz pokazuje figę swoim poplecznikom. Miała być rewolucja w polityce, a jest polityczny wehikuł, który ma dać mandaty członkom partii. Tyle, że partii kanapowych i marginalnych, które same nie miałyby szans na mandaty. Zamiast młodych, nieskażonych polityką, są starzy wyjadacze od lat odbijający się od progu wyborczego (z jednym wyjątkiem działaczy LPR-u, których oglądaliśmy w Sejmie w kadencji 2007-2009).

Ktoś mnie tutaj wcześniej w komentarzach mocno krytykował, że jechałem po Kukizie. I wyszło na moje. Gdzie jest ta polityczna odnowa, którą Kukiza wejście do polityki miało zwiastować. Jakie to pozytywne zmiany zajdą? Gdzie Ci młodzi, nieskalni polityką, ideowi kandydaci na posłów i senatorów?

Obawiam się, że niestety znajdzie się sporo głupców, którzy na kandydatów Kukiza jednak zagłosują. Większość pewnie dlatego, że za dużo w niego zainwestowali emocjonalnie, żeby się teraz przyznać do błędu. Ale liczę na to, że większość otrzeźwieje z zaczadzenia Kukizem, co powinno być o tyle łatwiejsze teraz, kiedy okazało się, że król jest jednak nagi. Trochę mi szkoda tych, którzy oddali na niego głos w wyborach prezydenckich, bo to pewnie w dużej części naiwni młodzi idealiści, którzy po prostu chcieli zmian. Takich najłatwiej nabrać.

wtorek, 21 lipca 2015

Urlop się skończył i przyszedł czas wrócić do pracy. Myślałem, że będzie trudniej, bo jeszcze wczoraj czułem się fizycznie niemal wyczerpany. W ciągu 12 dni zrobiłem 209 km pieszo. Moja prawa, nie całkiem zdrowa, noga przez ten czas praktycznie nie dawała o sobie znać. A jeśli już, to razem z lewą i było to naturalnym skutkiem zmęczenia.

Fizycznie się zmordowałem, bo jednak kondycję w tym roku miałem zdecydowanie słabszą niż w latach ubiegłych o tej porze roku. Ale o dziwo jeszcze na mecie nie czułem tego wyczerpania. To przyszło później o jakieś dwa dni. Może to dlatego, że minęła ekscytacja albo że organizm przestawił się na regenerację, bo przez dwa kolejne dni nie musiał się fizycznie wysilać?

Na szczęście psychicznie wypocząłem, choć ze względu na zmęczenie fizyczne psychicznie wczoraj czułem się jeszcze nie najlepiej. Do tego doszło niewyspanie. Dwie poprzednie noce mało spałem i dopiero dziś mam szanse te straty nadrobić. A na razie muszę się na nowo wdrożyć do pracy. Daję sobie na to jeden dzień.

A już w czwartek mam ciekawe spotkanie z ciekawą osobą w związku z kursem MBSR, na który się zapisałem. Ale nie będę na razie tego tematu rozwijał. Zwłaszcza, że nie mam teraz na to zbyt wiele czasu. :)

Tagi: roman j
10:17, roman_j
Link Komentarze (2) »
czwartek, 02 lipca 2015

Moja aktywność na blogu ostatnio trochę spadła z racji większego zaangażowania w pracę, ale też gorszego samopoczucia, które mnie w ostatni weekend wyłączyło z możliwości robienia czegokolwiek, dlatego na blog nie starczyło już czasu. Żeby było ciekawiej, zaszkodziła mi witamina. Konkretnie witamina B3, której wziąłem sobie jeden gram na noc. Skutki przyszły na drugi dzień koło południa. Coś, co wyglądało na zespół serotoninowy. Zgadzało się sporo objawów (na szczęście bez halucynacji) i pasuje to, że z jednej strony biorę jeszcze lek z grupy SSRI, a z drugiej witamina B3 w jakiś pośredni sposób podnosi poziom serotoniny. I chyba miałem jej chwilowo za dużo. A to wbrew pozorom ma bardzo nieprzyjemne skutki...

Ale miało być o pracy, więc przed wyjazdem na urlop, który zaczynam od jutra, opublikuję tutaj link do ciekawego wywiadu, który bardzo wiele mówi o stosunkach, jakie panują w polskich firmach i nie tylko firmach. Nie wiem, czy jest on dostępny bez opłat, ale może jak ktoś rzadko wchodzi na portal Gazeta.pl, to przeczyta go w ramach bezpłatnego limitu. Ja mam prenumeratę, więc się nad sposobem dostępu nie muszę zastanawiać. Ale naprawdę lekturę tego wywiadu polecam. Szczególnie szefom. Sam znam takich, niestety także z autopsji, o których mowa we wstępie. Ale szczegółami się nie będę dzielił, bo kto wie, czy nie będę jeszcze miał okazji z nimi współpracować, a przekonałem się kilka razy, że wszelkiej maści donosiciele też czytają ten blog i nie marnują okazji, żeby tak swojsko, po chrześcijańsku bliźniemu swemu zaszkodzić. ;)

Pracownikom w tym wywiadzie też się dostaje i przyznam samokrytycznie, że pewne wady dostrzegam też u siebie. Ale dla odmiany dodam, że to jest reakcja obronna. Jeśli ktoś jest gotów zapewnić mi te podstawowe warunki, o których mowa w artykule, to jest przewidywalność i poczucie bezpieczeństwa, to może liczyć na moją samodzielność i kreatywność. Coś za coś. Myślę, że to uczciwe postawienie sprawy i transakcja, na której obie strony zawsze zyskują. :) Swoją drogą zastanawiam się, jakim ja byłbym szefem? Ale na razie nie zanosi się na to, żebym miał okazję to sprawdzić.

U jeszcze jedna ciekawostka na koniec. Zgłosiłem się, choć jeszcze nie zapłaciłem, na kurs MBSR (Mindfulness-Based Stress Reduction). Może nie dlatego, że mam ostatnio dużo stresów, bo stres na szczęście ma u mnie poziom umiarkowany i znośny. Ale zawsze może być gorzej, a poza tym jest szansa, że się wezmę poważnie za medytację, do czego zawsze dotąd brakowało mi dobrej motywacji. :)

Tagi: praca roman j
10:03, roman_j
Link Komentarze (6) »

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape