O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS

Turystyczne

poniedziałek, 06 września 2010

Jeśli uważacie, że Puszcza Białowieska jest warta ochrony w większym niż dotychczas zakresie, to zbierajcie podpisy za ustawą, która pozwoli ją objąć ochroną. Poniższy widżet w tym Wam pomoże, a ten apel będzie witał Was jakiś czas na moim blogu niezależnie od pojawiania się nowych wpisów. :)

Uwaga: w celu obejrzenia moich najnowszych wpisów kliknij w kategorię "WSZYSTKIE" na górze strony. :)

 

 

czwartek, 27 sierpnia 2009

Póki jeszcze mam to na świeżo, zdam relację z dalszego ciągu mojego pobytu na biebrzańskich mokradłach.

Poprzednią część zakończyłem stwierdzeniem, że ruszyliśmy w teren. No i ruszyliśmy. Ponieważ BPN zaczyna się w okolicy Goniądza zaraz za mostem na Biebrzy, więc na jego teren weszliśmy bardzo szybko. Zaplanowaliśmy sobie, że przejdziemy żółtym szlakiem do miejscowości Osowiec (ale to nie ten Osowiec, gdzie jest twierdza), a potem wrócimy niebieskim szlakiem rowerowym po szosie na wypadek, gdyby przyszło nam wracać po ciemku.

Mapę mieliśmy pożyczoną od właścicielki naszej kwatery, ale była ona (mapa) już leciwa, a na dodatek kiepsko zredagowana. Żółty szlak, którym szliśmy, był na niej bardzo słabo zaznaczony, a rowerowy wcale. Dlatego dopiero w drodze przekonaliśmy się, że spory kawałek drogi w te i z powrotem pokonamy tą samą trasą. No trudno. Dobrze, że przynajmniej szlak żółty, którym szliśmy w tamtą stronę, meandrował trochę po lesie.

Do Osowca doszliśmy po około dwóch godzinach. Po drodze za wielu atrakcji nie było. Zwierzyna nam się pod nogi nie pchała. Roślinność może i była jakaś specyficzna, ale żaden z nas dwóch nie jest na tyle mocny z botaniki, żeby móc to ocenić. Za to w drodze powrotnej, która wiodła szosą z Osowca do Goniądza, mieliśmy ciekawe towarzystwo. Kiedy już wychodziliśmy ze wsi, z jednego z podwórek wybiegły dwa nieduże psy. Nazwę je dla uproszczenia Czarny i Biały. Myśleliśmy, że chcą nas obszczekać i pogryźć, tak szybko ku nam biegły, ale po chwili jakby się rozmyśliły. Skręciły mijając nas i zaczęły się gonić. To znaczy Biały, z wyglądu starszy i bardziej opasiony, ganiał Czarnego, który gnał przed siebie jak głupi, potem przystawał i znów gnał. Co jakiś czas podbiegał do nas, a potem znowu gnał przed siebie.

Z początku nie zwracaliśmy na te psy jakiejś szczególnej uwagi, ale kiedy po około dwóch kilometrach nadal z nami biegły (głównie przed nami), zaczęło nas to trochę dziwić. Jakiś czas później probowaliśmy je nawet skłonić do zawrócenia do domu, ale Czarny najwyraźniej nie rozumiał, o co nam chodzi, a Biały biegł za nim. Ten Biały, to nawet kilka razy próbował zawrócić, ale ponieważ Czarny do niego nie dołączał, więc wracał do nas. Mimo naszych prób zniechęcania psy doprowadziły nas do samego Goniądza. Biały wyglądał na sforsowanego drogą, ale nie odpuszczał Czarnemu, a ten wyglądał, jakby traktował to wszystko jak świetną zabawę.

W końcu Biały został gdzieś na ulicach Goniądza, a Czarny doszedł z nami pod bramę i chciał wejść na działkę. Nie wpuściliśmy go i poszliśmy do siebie do pokoju. Wydawało mi się nawet, że później słyszałem jakieś skomlenie, ale nasze okno nie wychodziło na tę część działki, gdzie była furtka, więc nie mogłem zobaczyć, czy to ten Czarny. W każdym razie na drugi dzień rano nie zauważyliśmy żadnego z psów ani w okolicy, ani nawet na kawałku wczorajszej trasy, który pokrywał się z trasą, jaką zaplanowaliśmy na ten dzień.

A tym razem postanowiliśmy, po debacie i długim wahaniu, wybrać się czerwonym szlakiem na północ do miejscowości Kapice wzdłuż Kanału Kapickiego, a potem przez miejscowości Sojczyn Grądowy i Sojczyn Borowy dojść do przystanku kolejowego Podlasek. Później plany nasze uległy zmianie o tyle, że ponieważ dobrze się nam maszerowało, zmieniliśmy metę naszego marszu na miejscowość Ruda.

Niestety, znowu szliśmy bez porządnej mapy. Sądziliśmy, że może w niedzielę będzie otwarty sklep "U Magdy", gdzie podobno można kupić oprócz pamiątek znad Biebrzy także mapy. Sklep jednak czynny nie był. Trudno. Najładniejszy kawałek trasy biegł wzdłuż Kanału Kapickiego. Według informacji, jakie znaleźliśmy na tablicach wzdłuż ścieżki dydaktycznej biegnącej razem ze szlakiem, mogliśmy się spodziewać, że zobaczymy bobry. Zobaczyliśmy jednak tylko dość liczne żeremia. Bobry pewnie się przed nami schowały. Spotkaliśmy też po drodze dwóch amatorów przyrodniczej fotografii.

W pewnym momencie idąc wzdłuż kanału i tracąc już nadzieję na spotkanie bobrzej rodziny lub chociaż pojedynczego osobnika, usłyszeliśmy głośny plusk. Sądząc po odgłosie, do wody wpadło coś sporego z dość dużym impetem. Ponieważ od kanału oddzielały nas gęste zarośla, więc nie sposób było rozstrzygnąć, co to było. Uznaliśmy, że możliwości są dwie: dorodny bóbr lub nieostrożny amator przyrodniczej fotografii. :)

Dalsza droga do Kapic i później do Rudy nie obfitowała w żadne ciekawostki warte opisania. Było miło, bo ruch na drodze był prawie żaden, a mimo słońca chłodził nas dość silnie wiejący wiatr. Nie wiem, czy to wiatr, czy słońce czy oba te czynniki na raz, ale strasznie mnie suszyło (alkoholu wcześniej nie piłem). Moje zapasy wody miały się ku końcowi, a do końca trasy był jeszcze kawałek. Niestety, w żadnej wsi po drodze nie znaleźliśmy otwartego sklepu, a ten w Rudzie zamknęli kilkanaście minut przed naszym przyjściem. Dobrze, że R. był lepiej zaopatrzony i podzielił się ze mną swoim zapasem.

Z Rudy mieliśmy wrócić pociągiem, ale okazało się, że autobus przyjedzie wcześniej. Na dodatek autobus dowiózł nas do centrum miasta, a od pociągu musielibyśmy drałować jeszcze 3-4 kilometry. Obiad zjedliśmy znów tam, gdzie wczoraj, choć wcześniej szukaliśmy innego lokalu, którego reklamę widział wcześniej R. Rzeczonego lokalu nie znaleźliśmy.

Tego dnia już się nigdzie nie wypuszczaliśmy. Na następny dzień mieliśmy zaplanowany przemarsz z pełnym ekwipunkiem do twierdzy w Osowcu, zwiedzanie jej i powrót do domów. Ale o tym, jak ten dzień przebiegał napiszę w jakiejś kolejnej notce, bo ta się tymczasem zrobiła już dość długa.

środa, 19 sierpnia 2009

W poniedziałek późnym wieczorem wróciłem z weekendowego wypadu do Biebrzańskiego Parku Narodowego. Ponieważ kolejka imprez turystycznych do opisania w moim turystycznym blogu się wydłuża, więc postanowiłem o tej imprezie napisać tutaj. To drugie podejście, bo pierwsze wp... serwer Blox.pl za co mu niniejszym bardzo dziękuję.

Wyjechałem w piątek po południu autobusem do Warszawy. Jak zwykle autobus przyjechał z opóźnieniem. Zawsze, kiedy nim jadę, jest spóźniony o minimum 30 minut. Zastanawiam się, czy to mój pech, czy norma? Jeśli to drugie, to rodzi się pytanie, dlaczego komuś w PKS Bydgoszcz nie przyjdzie do głowy, żeby skorygować rozkład jazdy? W lecie jeszcze można sobie postać te pół godziny na przystanku, ale w zimie niekoniecznie.

Ostatecznie wyjechałem z 45-minutowym poślizgiem w stosunku do rozkładu, ale specjalnie się tym nie przejmowałem, bo miałem duży zapas czasu. Planowałem początkowo dojechać na Dworzec Zachodni, tam spokojnie kupić bilet i znaleźć bez problemu miejsce w pociągu. Jednak okazało się to trudne do wykonania. Kłopoty pojawiły się na przystanku przy Centralnym. Najpierw okazało się, że wysiada tutaj jakaś liczna wycieczka z bagażami i trzeba było każdemu ten bagaż indywidualnie wydać. Kierowca był bardzo skrupulatny, więc to trwało. Potem okazało się, że jakaś babka zgubiła swój kwit i kierowca jej wydać bagażu nie chciał. Babka się zdenerwowała i zaczęła awanturować, kierowca zaczął na nią warczeć, a do tego wnuczek tej babki rozwrzeszczał się wniebogłosy (a na oko wyglądało, że z wieku płaczliwego już wyrósł, ale może ja się nie znam na dzieciach). Summa summarum zabrałem klamoty i wysiadłem na Centralnym. Wysłałem przy okazji SMS-a do R., który dojeżdżał na Zachodni, żeby mi zajął miejsce w pociągu.

Kupiłem bilet i zacząłem się snuć po dworcu, bo miałem dodatkowy czas zaoszczędzony na tym, że nie pokonywałem dwukrotnie odcinka Centralny-Zachodni. R. przysłał mi w międzyczasie SMS-em informację, gdzie mam go szukać w pociągu i przed przyjazdem pociągu ustawiłem się w odpowiednim miejscu na peronie. Całe szczęście, że poprosiłem go o zajęcie miejsca, bo do pociągu wpakował się dziki tłum. Nie wiedziałem, że ta relacja jest tak popularna. My jednak dojechaliśmy do Białegostoku komfortowo.

Po drodze okazało się, że bardzo słabo jesteśmy zaopatrzeni w mapy Doliny Biebrzy, a wręcz nie jesteśmy zaopatrzeni. R. na dodatek nie wziął planu Białegostoku, a ja włożyłem do GPS-a nie tę kartę pamięci i nie miałem map UMP-pcPL tej okolicy, które sobie wcześniej nagrałem. Plan miasta udało się kupić w Białymstoku za niecałe 7 złotych, ale z resztą było krucho. Księgarnie turystyczne, które odwiedziliśmy dwie, były zamknięte na trzy spusty. Akurat wtedy, gdy mogłyby trochę na nas zrobić. No trudno.

Pierwszy nocleg wypadł nam w Schronisku PTSM "Podlasie" na ulicy Piłsudskiego 7b. Warunki były bardzo dobre, a cena przystępna, choć jak na PTSM należała raczej do górnej półki (28 zł za nocleg w pokoju wieloosobowym). Honorowali zniżki, więc ja mając kartę PTSM zapłaciłem nieco mniej. Wcześniej, jeszcze na mieście, zaopatrzyliśmy się w prowiant na sobotnie święto.

Rano w sobotę R. poszedł na modły do kościoła pw. św. Rocha, a ja podjąłem wizytą kota, który wskoczył na parapet okna tuż przy moim łóżku. Myślałem początkowo, że jak otworzę okno, to się spłoszy, ale gdzie tam. Chciał wejść nawet do środka, co mu wyperswadowałem, a na osłodę pogłaskałem go trochę i podrapałem po grzbiecie. To był jeden z trzech kotów kręcących się w zasięgu wzroku, ale jedyny oswojony.

Co do kościoła, który odwiedził R., to już w piątek wzbudził on nasze zainteresowanie ze względu na rozmiary i charakterystyczną architekturę. Jak go zobaczyłem, to strzeliłem, że to pewnie jest jakieś wotum, bo takie jebutne kościoły, kilka razy większe niż potrzeba, buduje się w naszym kraju głównie jako wota. No i trafiłem. Dowiedziałem się z literatury, którą pożyczyliśmy w schronisku, że to jest właśnie kościół-wotum za odzyskanie niepodległości. Ubawiła mnie informacja, że powstał na miejscu kaplicy cmentarnej, bo sądząc po rozmiarach, musiał zająć cały przylegający do tej kaplicy cmentarz.

Po porannych modłach i śniadaniu wzięliśmy bagaże i poszliśmy zwiedzić miasto. Obejrzeliśmy z zewnątrz ratusz, a potem na placu Kościuszki wystawę ze zdjęciami. Tytułu wystawy nigdzie nie widziałem, ale prezentowane na niej zdjęcia są na tej stronie. W czasie oglądania zdjęć podeszła do nas jakaś starsza pani i zaczęła wypytywać, czy nam się podoba? R. jej odpowiedział, że dopiero zaczęliśmy, a kiedy po zadaniu kolejnego pytania nie otrzymała odpowiedzi, oddaliła się. Zastanawiałem się, czy to jakaś ankieterka organizatorów, czy może "świadkowa" Jehowy albo jakaś działaczka proekologiczna (to wydało mi się najmniej prawdopodobne)?

Wystawy nie obejrzeliśmy do końca, bo mieliśmy za mało czasu, a chcieliśmy jeszcze rzucić okiem na Pałac Branickich, co też zrobiliśmy. Potem poszliśmy na dworzec PKS, skąd pojechaliśmy do Goniądza. Tam mieliśmy zarezerwowane dwa kolejne noclegi tuż przy granicy BPN.

Na miejscu najpierw postanowiliśmy coś zjeść. Znaleźliśmy kompleks o nazwie Bartlowizna, w którym znajduje się m.in. Karczma Bartla. Trafiliśmy o tyle źle, że akurat tego dnia miało być wesele i w związku z tym część sali była wyłączona z obsługi, a na dodatek karczma była czynna tylko do 15.30. Do tego, że ruch był duży i nie mogliśmy znaleźć wolnego stołu, więc wyglądało na to, że będzie trudno zjeść tu obiad. W końcu jednak jeden stół się zwolnił i choć czekaliśmy na obsługę bardzo długo, to jednak obiad zjadłem. Sam, bo R. się nie zdecydował na nic z menu. Ceny były raczej wysokie, ale ja na wyjazdach mniej się liczę z pieniędzmi, więc prawie 30 złotych za gulasz z dzika z kaszą gryczaną i ogórkami kiszonymi specjalnie mnie nie zniechęciło. Ale przyznaję, że tanio to nie było. Dobrze, że smakowało i porcja była na tyle duża, że się najadłem. R. wziął sobie tylko piwo.

Po obiedzie poszliśmy się zakwaterować. Była z tym z początku mała komplikacja związana z adresem, którego nie znaliśmy, ale udało się ten problem rozwiązać jeszcze w czasie obiadu. Miejsce noclegu znaleźliśmy po obiedzie bez problemu. Ponieważ to R. rezerwował miejsca i nie dzielił się szczegółami na temat uczestników, więc kobieta, która nas gościła, spodziewała się małżeństwa. I, jak sama stwierdziła, przygotowała pokój z jednym łóżkiem - małżeńskim. Ale szybko się zreorientowała i dostaliśmy pokój z dwoma łóżkami nawet nie oglądając tego pierwszego. Warunki przyjemne. Wygodne łóżka i jedna wielka skrzypiąca szafa, ale w dobrym stanie. Pewnym brakiem było to, że krzesło było tylko jedno. I tylko jeden ręcznik na łóżku R. (i tak mieliśmy swoje). Zażartowaliśmy, że to w ramach oszczędności. Jeden ma krzesło, a drugi ma ręcznik. Łazienka była jedna na cztery pokoje i była to pewna uciążliwość. Co prawda właścicielka powiedziała, że w razie pilnej potrzeby można skorzystać z łazienki na parterze, ale nie korzystaliśmy.

Jeszcze tego samego dnia ruszyliśmy na popołudniowo-późnowieczorne terenowe badania miejscowej przyrody. Ale ponieważ ta notka wyszła już dość długa, więc o tym napiszę już w kolejnej. :)

niedziela, 20 lipca 2008
     Na pewno dało się zauważyć, że nie było mnie tutaj przez około dwa tygodnie. Nie chciałem o swoich planach pisać wcześniej, bo nie byłem pewien, czy dojdą do skutku, ale teraz postaram się to nadrobić i opisać w szczegółach to, co robiłem, kiedy mnie tu nie było. Napiszę o tym w moim turystycznym blogu. Tutaj napiszę tylko kilka słów dla zaspokojenia pierwszej ciekawości.
     Malbork, o którym pisałem w poprzedniej notce, był tylko pierwszym etapem mojego wakacyjnego wyjazdu, który odbywał się w ramach 49. Ogólnopolskiego Wysokokwalifikowanego Rajdu Pieszego. Trasa, na której byłem, zaczynała się w Malborku, biegła przez Żuławy, przedmieścia Gdańska potem po Mierzei Wiślanej aż do granicy z Rosją. Potem przepłynęliśmy do Fromborka i doszliśmy do mety w Elblągu.
     Dostałem papier, z którego wynika, że przeszedłem 197 km, ale według moich własnych szacunków wspomaganych GPS-em było to ok. 20 km mniej. Różnica wynika głównie z faktu, że nie zawsze trzymaliśmy się proponowanych przez organizatorów tras.
     Była nas na tym wyjeździe trójka, ale wszystkich osób na trasie było ponad 130, a na całym rajdzie (były w sumie 4 trasy) około 300. Ten OWRP był moim trzecim, ale pierwszym, który przeszedłem do końca. Poprzednio raz urwałem się, bo chciałem się wcześniej zobaczyć z A. (dziś bym tego błędu nie popełnił), a raz musiałem zjechać wcześniej, żeby świadkować na ślubie. Tym razem doczekałem do końca i nie żałuję. W pełni zasłużyłem na swój rajdowy znaczek, który jakby na potwierdzenie tego dał się odkręcić dopiero za pomocą kombinerek (a przykręcałem go ręką bez większego wysiłku).
     Sprzęt, który zabrałem, sprawdził się dobrze. Chociaż namiot po powrocie wymaga niewielkiego serwisowania, a śpiwór pewnie nie zaszkodzi wyprać. Zdrowie też mi raczej dopisywało, poza jedną przewlekłą chorobą, z którą wyjechałem i z której się podczas tej wyprawy nie wyleczyłem (choć mi się też nie pogorszyło, a była taka obawa). Tylko pogoda się nie sprawiła. Często padało, choć zwykle przyroda zachowywała się na tyle uprzejmie, że wstrzymywała się z opadami, dopóki nie rozstawiliśmy namiotów. Tylko ostatniego dnia rano mocno nam przylała, przez co mój bagaż (a konkretnie namiot) był cięższy o pewien zapas elbląskiej wody, którą zawiozłem do domu.
     Miałem nadzieję, że po powrocie będę miał czas, żeby wszystkie swoje wrażenia spisać i umieścić w blogu, ale dowiedziałem się w kilka godzin po powrocie, że mam do zrobienia pilną robotę w rekordowo krótkim czasie. Wygląda więc na to, że jedynie jutro będę miał nieco więcej czasu dla siebie, ale czas ten będzie mi potrzebny na pranie i przegląd rzeczy po powrocie. Może się więc zdarzyć, że znów na jakieś dwa tygodnie zamilknę, choć z drugiej strony nie samą pracą żyje człowiek i może znajdę czas, żeby coś od czasu do czasu napisać, choć w takiej sytuacji raczej będę reaktywował mój turystyczny blog.
czwartek, 27 grudnia 2007
    Nastawiłem się na zdanie relacji z mojej wycieczki w dniu jutrzejszym po opracowaniu załączników graficznych w postaci map z Google Maps wzbogaconych o przebieg mojej trasy zarejestrowanych dzięki modułowi GPS. Niestety, kiedy doszedłem do celu i zadowolony z siebie wybrałem polecenie zapisania danych w telefonie (tutaj mam aplikację, która rejestruję trasę), telefon się najpierw powiesił, po czym odwiesił się, ale przy okazji zakończył aplikację bez zapisania danych. I tak dane z trasy szlag trafił.
    Zastanawiam sie teraz, czy to był jednorazowy wybryk, czy tak już będzie za każdym razem, bo jeśli to drugie, to poważnie pomyślę o znalezieniu innego oprogramowania. Żałuję, że to wszystko poszło w diabły, bo ładnie mi się cała trasa w telefonie na bieżąco zapisywała. Nawet wysokości były dość sensowne, choć może nie tak do końca prawdziwe (ale przynajmniej nie było tak, jak ostatnio na mieście, kiedy według wskazań GPS-u zszedłem głęboko do podziemia, bo aż 136 m poniżej poziomu morza).
    Ale pal sześć. Nie miałem siły się nawet wkurzyć, bo do przejścia 28 kilometrów w około 6 godzin dość sporo ich zużyłem. Szkoda mi tych danych, bo miałem unikalną okazję zarchwizować na dokładnych mapach bardzo szczegółowy przebieg sporych fragmentów dwóch szlaków. Pewnie nie będę miał okazji zrobić tego ponownie w najbliższym czasie, bo chyba się ponownie na tę trasę nieprędko wybiorę (jest tyle dróg do przejścia, że chodzenie po własnych śladach wydaje się marnotrawieniem czasu). A nawet gdybym się wybrał na te szlaki ponownie, to pewnie nie w takim wymiarze odległości.
    Z samego szlaku wrażeń wartych opisania mam niewiele, bo ze względu na mgłę za dużo okolicy sobie nie obejrzałem. Ale z takich ogólnych refleksji mam na przykład taką, że są to tereny bardzo urokliwe i spokojne. Zwłaszcza zimą, bo latem spodziewam się tam sporego ruchu turystycznego. Na dodatek tereny te są dla mnie zupełnie dziewicze, bo w te okolice pieszo chyba się dotąd nigdy nie wybrałem. Tytułowe sarny widziałem tylko na pierwszym kilometrze drogi. Dwie przebiegły mi ścieżkę, ale na tyle szybko i na tyle daleko, że mignęły mi tylko ich zgrabne zwieńczenia tylnych kończyn z charakterystycznymi "lusterkami". Za to pod koniec miałem trochę pietra, gdy idąc wąską i mało uczęszczaną ścieżką co rusz mijałem ślady żerowania dzików. Zrobiłem się wtedy bardzo czujny i płoszył mnie każdy nietypowy odgłos. Na szczęście dzików nie spotkałem.
    Do dobrych stron tej wyprawy zaliczyć mogę m.in. fakt, że termos, który wziąłem ze sobą, sprawdził się. Jeszcze na 24 km trasy miałem ciepłą kawę, co jak nic innego dodawało mi animuszu i chęci do dalszej wędrówki. Oczywiście nie mogę nie wspomnieć, że do dobrych stron zaliczyć trzeba to, co mnie czekało na mecie mojej wędrówki. Złożyłem wizytę rodzicom A. i M. Nie mogłem się od tego wykręcić, zresztą nawet mi to do głowy nie przyszło, bo popełniłbym niewybaczalne faux pas. Zostałem jak zwykle przyjęty bardzo gościnnie, skutkiem czego zamiast wrócić pociągiem (chciałem się naocznie przekonać, czy rzeczywiście jeżdżą) wróciłem autobusem prawie dwie godziny później niż planowałem. Ale nie żałuję. Zresztą ostatni raz składałem taką wizytę jakieś 2,5 roku temu, więc nie wypadało mi się teraz ulotnić po godzinie.
    Powinienem też wspomnieć, że podczas tej wizyty spotkałem też M. i damę jego serca, Di, z którą swego czasu prowadziłem ożywione dialogi w komentarzach do notek. Teraz miała ona okazję skonfrontować swoją wizję mojej osoby z rzeczywistością. Mam nadzieję, że się nie rozczarowała. ;)
    Na pożegnanie usłyszałem, że mam zdecydowanie częściej przychodzić w odwiedziny (poprzednim razem też przyszedłem pieszo - w ramach OWRP 2005). No i chyba muszę poważnie potraktować te słowa, bo i A. coś napomykał wczoraj, że pochodziłby sobie po tych okolicach i dziś jego mama też wspomniała coś o tym (choć w tym przypadku w grę wchodzą zdecydowanie krótsze dystanse niż dzisiejsze 28 km). Pomyślę nad tym. Jak pisałem wcześniej, tereny na zachód od Gostynina są przeze mnie mało turystycznie poznane, więc może w przyszłym roku znowu zapuszczę się w te okolice. Może wtedy nie zawiedzie mnie GPS i będę mógł też pokazać trasę.
    A tak w ogóle, to coraz poważniej rozważam możliwość zaopatrzenia się w kijki do uprawiania nordic walking. Raz, że dzięki nim szybciej się chodzi i mniej się męczą nogi, a dwa, że można się nimi opędzać od natrętnych psów. Dziś jeden taki był problematyczny, że dłuższy czas mnie obszczekiwal i podbiegał naprawdę blisko. Właściwie to nie on, ale ona, bo to była suka i to chyba nawet ze swoimi szczeniakami, bo biegały jeszcze wokół mnie jakieś dwa małe psiaki (jeden nawet wskakiwał mi na nogę, ale że nie próbował gryźć, więc się nim nie zajmowałem). Jeden z tych psiaków był podobny do tej suki.
    Zwykle staram się w takich sytuacjach jakoś opędzić, ale dziś zagrałem va banque i... zatrzymałem się, po czym wyciągnąłem ręke do tej suki. A ona poszczekała jeszcze trochę, ale w końcu podeszła do ręki i obwąchała ją ostrożnie kilka razy. To ją chyba uspokoiło, bo się więcej nie naprzykrzała, ale co gorsza, zaczęła mi towarzyszyć. Szła ze mną może nawet i kilometr to zostając w tyle, to wybiegając naprzód. Na szczęście po drodze spotkała jakiegoś innego niczyjego psa i się wzajemnie sobą zainteresowali. Może będą z tgo kolejne szczeniaki?
    Podsumowując, do strat własnych musze doliczyć dwa małe odciski. Po jednym na każdej stopie. Ale jeśli po przejściu 28 km jedyną kontuzją jest odcisk wielkości 0,5 cm, to jak na mnie to jest najmniejszy możliwy wymiar strat zdrowotnych. Spodziewałem się dużo poważniejszych kontuzji.
    I tak już na sam koniec napiszę, że podliczyłem wczoraj wieczorem swoje punkty za przejścia piesze w tym roku i okazało się, że zapomniałem we wsześniejszych rachubach, że 17 km zrobiłem na zlocie przodowników turystyki pieszej na Jurze. Czyli wystarczyłoby mi dziś zrobić tylko 7 km. Ale jak rasowy przodownik ;) wyrobiłem 400% normy. Tylko zamiast orderu, premii albo zdjęcia na tablicy mam na pamiątkę jedynie dwa małe odciski. ;)
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape