O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze

OWRP

sobota, 02 sierpnia 2008
     Z bieżących spraw nie mam prawie nic do napisania poza tym, że noga się prawie wygoiła, a pogoda zrobiła się uciążliwa (mam wrażenie, że powietrze się do mnie lepi). Jest to więc dobry moment, żeby kontynuować moje wspomnienia z OWRP sprzed dwóch lat. A oto dalszy ciąg opowieści:
 
     Wcześniej napisałem, że w nocy nie było żadnych baletów, ale to nie do końca prawda. Nie balowało nasze, rajdowe towarzystwo, ale żeby nadrobić ten brak bal urządziła sobie okoliczna fauna. A konkretnie jakieś nocne ptaszyska. Zdaje się, że były to puszczyki, choć głowy za to sobie nie dam obciąć, bo nie wyznaję się na ptactwie poza tym, że potrafię kurę odróżnić od indyka na talerzu. W każdym razie jakieś ptaszyska pół nocy wydawały dość denerwujące odgłosy paszczą praktycznie tuż nad naszymi namiotami. Dotąd myślałem, że nie ma w naturze bardziej uciążliwych stworzeń niż marcujące się koty (i moi sąsiedzi bzykający się głośno za ścianą), ale teraz muszę do tego grona dołączyć te ptaki.
     Nie tylko mnie one obudziły, bo również B. je słyszała, ale ona dla odmiany była tym zachwycona. W związku z tym naszła mnie taka refleksja, że człowiek często pełen jest zachwytu nad przyrodą podczas gdy często w tym, czym się zachwycamy, nie ma ni krzty uroku. Gdybyśmy rozumieli mowę ptaków, wtedy wątpię, czy ktoś byłby zachwycony, gdyby musiał słuchać pół nocy takiego na przykład dialogu (tłumaczenie z ptasiego na polski dość swobodne):
- Chodź tu stara, mam na Ciebie chętkę!
- Odwal się stary, głowa mnie boli.
- Chodź tu, to Cię bzyknę!
- Nigdzie nie idę, dobrze mi tu.
- Nie marudź stara, chodź póki mi stoi!
- Jak trochę postoi, to mu nie zaszkodzi.
I tak w kółko aż do zbliżenia. A potem jeszcze sapanie i krzyki. Przecież w gruncie rzeczy do tego sprowadzały się te nocne, ptasie hałasy.
     Ale wróćmy z drzew na ziemię. Rano pogoda była ładna. Wyszliśmy z miejsca noclegu w piątkę. Dwie dodatkowe osoby to nasze znajome bodajże z Biłgoraja. Zaraz po wyjściu jedna z nich zrobiła nam fotkę na tle tablicy z nazwą miasta. Ale nikt z nas nigdy tej fotki nie zobaczy. A to z powodu przykrego zdarzenia, jakie spotkało jedną z naszych znajomych.
     Otóż idąc w stronę miasta z jego peryferii, gdzie nocowaliśmy, w pewnym momencie przysiedliśmy na ławce, żeby się przepakować. Jedną z naszych znajomych podczas tego przepakowywania położyła aparat na ławce i... zapomniała o nim. Zorientowała się, że go nie ma, dopiero dobre 10 minut później. Natychmiast ruszyliśmy z R. z powrotem rozglądając się po drodze. Dokonawszy dokładnych oględzin wspomnianej ławki stwierdziliśmy, że po aparacie nie ma żadnego śladu. Wokół ławki znaleźliśmy tylko jakieś śmieci, a nawet butelkę po jakimś mocnym trunku (niestety, pustą).
     Takim nieprzyjemnym incydentem rozpoczęło się zwiedzanie przez nas Paczkowa. Wspomniałem już, że Paczków nazywany jest, a może raczej sam siebie nazwał, polskim Carcassonne" (później dowiedziałem się, że nie jest to jedyne polskie miasto tak się nazywające). Może gdybym nie był we francuskim Carcassonne, dałbym się nabrać na ten chwyt marketingowy, a tak mogę napisać jedynie, że polskie Carcassonne ma tyle wspólnego z francuskim, co wino marki "Uśmiech sołtysa" z winem znad Sekwany.
     Po tym jak już przeboleliśmy stratę aparatu, ruszyliśmy zwiedzać miasto. Obejrzeliśmy sobie przede wszystkim mury obronne, w przebiegu których zachowało się 19 baszt i trzy wieże. Na jedną z tych wież w końcu weszliśmy, bo znudził nam się monotonny widok murów. I tu mała dygresja. Bilety do tejże wieży kupiliśmy w... kiosku z gazetami, co było dla mnie trochę zaskakujące. Ale jeszcze bardziej zdziwiłem się, kiedy od wychodzących z wieży turystów dostałem klucz z prośbą o zamknięcie wieży po sobie. Klucz, nie muszę chyba dodawać, dostali oni z tegoż samego kiosku. Wkrótce po nas do wieży weszła kolejna grupka turystów, której przedstawicielowi przekazałem klucz przechodni i to, co mnie przy tej okazji przekazano.
     Po zwiedzeniu wieży zajrzeliśmy jeszcze do ratusza (też ma wieżę, ale już się na nią nie wspiąłem spodziewając się, że nie zobaczę nic nowego). A chyba jeszcze przed ratuszem (choć może kolejność była inna) obejrzeliśmy kościół pw. św. Jana Ewangelisty, który jest o tyle specyficzny, że ma płaski dach. A to ze względów obronnych. Na tymże dachu stawiano bowiem armaty, kiedy przychodziło bronić miasta przed najeźdźcami.
     W Paczkowie mieści się również Muzeum Gazownictwa, na którego zwiedzanie mieliśmy chętkę, ale niestety było w tym czasie w remoncie. Pozostaje pogratulować decydentom, którzy w szczycie sezonu turystycznego zamykają do remontu jedną z ważniejszych atrakcji miasta. Trudno. Może jeszcze kiedyś będzie okazja zwiedzić to muzeum.
     Po zwiedzaniu zgromadziliśmy się w piątkę na naradę, co dalej. B. optowała za przejazdem do Otmuchowa, a R., jak na rasowego turystę i piechura przystało, chciał iść piechotą. Ja się wahałem. Umówiliśmy się więc na czas wolny indywidualny oraz ustaliliśmy, że zainteresowani jazdą spotkają się przed ratuszem o określonej godzinie. Po czym rozeszliśmy się. Ja zostałem z R. i zaczęliśmy razem szukać bankomatu. Zanim udało się go znaleźć, zauważyłem publiczną strefę zrzutu i czując nieodpartą potrzebę odciążenia kiszek zgłosiłem R., że odmaszerowuję na stronę.
     Cisnęło mnie dość mocno, więc otworzyłem bez namysłu pierwsze drzwi i znalazłem się w kabinie... większej niż moja kuchnia. W pierwszej chwili pomyślałem, że pomyliłem pomieszczenia, ale pod ścianą nieco z boku stał tron. Na dodatek z dodatkowym wyposażeniem w postaci poręczy. Olśniło mnie w tej chwili, że trafiłem do kabiny dla niepełnosprawnych. Po chwili wahania postanowiłem już nie szukać innej i zasiadłem. Wyrzuty sumienia uspokoiłem stwierdzeniem, że przecież zawsze mogę się tłumaczyć, że jestem niepełnosprawny umysłowo, czego na pierwszy rzut oka nie musi być widać. ;) To uspokoiło mnie jednak tylko na chwilę, bo zaraz poczułem się jak kierowca parkujący na miejscu dla inwalidy. Wyobraziłem sobie, że może ktoś tam siedzi na wózku i czeka, a ja tu sobie siedzę wygodnie jak basza na tronie. "Zabrałeś mój tron, zabierz i kalectwo" zabrzmiało mi w głowie. Szybko więc zakończyłem posiedzenie i czmychnąłem tak szybko, jak się dało, ale nie zaniedbując żadnej z koniecznych w takiej sytuacji czynności.
     Potem chwilę jeszcze musiałem zaczekać na R., który w międzyczasie też postanowił skorzystać z tego przybytku, po czym zaraz ruszyliśmy razem w stronę Otmuchowa. Zdecydowałem się jednak przejść ten odcinek. Dziś zastanawiam się, czy podświadomie nie potraktowałem tego jako pokuty za "grzech" z szaletu. ;)
Tagi: roman j
19:48, roman_j , OWRP
Link Komentarze (7) »
czwartek, 24 lipca 2008
     Zanim przejdę do opisu tegorocznego OWRP wypadałoby zakończyć opis rajdu sprzed dwóch lat, który to opis rozpocząłem i jakiś czas temu zawiesiłem. Jest teraz dobra okazja, żeby do tematu wrócić, więc wracam. Oto ciąg dalszy opowieści.
 
     W Paczkowie, który nazywany jest "polskim Carcassone", a który ja przechrzciłem swojsko na "Piczków", mieliśmy do wyboru dwie opcje noclegu. A nawet, jak dobrze policzyć, to trzy. Pierwsza opcja, bliższa, to był nocleg na polu namiotowym, czyli OWRP-owski standard. Ponadstandardowe było to, że można sobie było na miejscu wynająć domek kempingowy, z czego niektórzy skwapliwie skorzystali. Mnie przez chwilę też taka myśl przeszła przez głowę, ale odrzuciłem ją z gorliwością neofity jako niegodną prawdziwego wysokokwalifikowanego turysty pieszego.
     Drugą opcją była możliwość spędzenia nocy w szkole, ale wiązały się z tym pewne utrudnienia. Po pierwsze trzeba się było do tej szkoły dostać, a po drugie nie bardzo było wiadomo, co dalej z bagażami, bo wszystkie zostały przywiezione na pole i raczej nie zanosiło się, żeby można było liczyć na ich transport do wspomnianej szkoły. Trochę kusił mnie ten nocleg pod dachem, ale w końcu zdecydowałem się zostać na polu podobnie jak reszta naszej paczki.
     Ulokowaliśmy się nieco na boku. Po drugiej stronie ścieżki niż większość i do tego jeszcze w najniższym miejscu. Na szczęście natura była łaskawa i deszcze już tego dnia nie padały. Co więcej, zrobiła się nawet ładna pogoda. Kiedy się rozstawialiśmy, a ja zastanawiałem się, w jakich okolicznościach przyrody skonsumować obiad, czyli puszkę "Gulaszu angielskiego", przyjechała do nas aprowizacja.
     Do dziś nie wiem, komu zawdzięczamy to dożywianie, ale faktem jest, że konserwę cisnąłem w kąt namiotu (mój namiot wbrew pozorom ma kąty), a na obiad zjadłem pyszną gorącą grochówkę ze słusznym kawałkiem kiełbasy i bułką. Słowem, były powody do mruczenia... ;-))
     Mimo tak dobrego obiadu dopadła mnie jednak jakaś obniżka formy. Korzystając z ładnej pogody wyciągnąłem karimatę z namiotu, rozłożyłem na trawie i ległem na niej jak długi. Zamknąłem oczy i leżałem tak, aż się ściemniło. W międzyczasie trwała koło mnie zwykła krzątanina reszty naszej trójki, której jedynym niezwykłym akcentem było "kuszenie R.".
     A było to tak, że na terenie naszego pola znajdował się odkryty basen. Na mnie ta informacja nie zrobiła większego wrażenia, bo pływać zarówno umiem jak i lubię średnio, a na basenach odkrytych jeszcze mniej. Ostatni raz w takim basenie kąpałem się chyba na koloniach w NRD gdzieś w późnych latach 80-tych. Natomiast do tego basenu bardzo zapaliła się B. A jeszcze dodatkowo nakręciły ją powieści tych, którzy z tego przybytku skorzystali. Sęk, a właściwie nawet dwa sęki, były w tym, że trochę długo się na ten basen decydowała i jak już się zdecydowała, to było trochę późno, więc nie chciała się tam udać sama. Szukała więc dobrego towarzystwa. Te warunki spełnialiśmy tylko my dwaj, tzn. R. i ja. ;) Z tej dwójki ja odpadłem w przedbiegach ze względu na bardzo wyraźnie manifestowany niezbyt przyjazny stosunek do otoczenia, więc nasza Ewa wzięła się za kuszenie R. Nie będę opisywał, jak próbowała go namawiać. Niech to zostanie w sferze domysłów. Napiszę tylko, że kuszenie okazało się bezskuteczne. R. nie dał się skusić, choć momentami wydawało mi się, że już, już się złamie.
     Padła jeszcze propozycja, żeby wstać rano o 6.00 i popluskać się przed wyjściem, ale obudzić R. o takiej porze na OWRP to byłby sadyzm, barbarzyństwo i grzech ciężki bez szansy na rozgrzeszenie. Tak więc z kąpieli wyszły nici. Na szczęście później zdarzyła okazja aby to nadrobić z nawiązką, ale o tym będzie w jednej z dalszych części opowieści.
     Tej nocy nie było chyba żadnych baletów, a przynajmniej ja żadnych nie pamiętam. Jakoś w tym czasie opuściło nas kilkoro nastolatków i jeden pies. Pies ten, a właściwie suka, był akurat z całej trójki zwierząt na naszej trasie najmniej uciążliwy, a i te dzieciaki nie były dokuczliwe (bardziej rozrywkowe było towarzystwo w wieku lekko pół średnim, które zostało). Ale dowiedziałem się z drugiej ręki, że doszło do jakiejś wymiany poglądów, której konkluzja brzmiała, że jesteśmy sztywni. I choć to nie miał być komplement, to myślę, że niektórzy mogli się poczuć nawet dumni, że w swoim wieku wciąż jeszcze są sztywni. Tak, czy inaczej doszło do małego rozłamu i straciliśmy część uczestników na rzecz trasy nr 2.
     Był to o tyle nierozsądny wybór ze strony secesjonistów, że tamta trasa liczyła sobie dwie setki ludzi, czyli ponad dwa razy więcej niż u nas. A to oznaczało dużo trudniejszy dostęp do toalet, umywalek i pryszniców. U nas natomiast automatycznie robiło się luźniej, więc nawet specjalnie nie żałowałem tej straty.
     Tak oto minął wieczór i poranek dzień trzeci.
Tagi: roman j
16:22, roman_j , OWRP
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 31 marca 2008
    Dzień trzeci powitał nas pogodą niejasną. Dość często wychodziło zza chmur słońce, ale zanosiło się na to, że może popadać. Pogoda przypominała tę, jaką rok wcześniej mieliśmy w Gostyninie. Z tą różnicą, że wtedy padało w nocy i popadało nad ranem jeszcze przed złożeniem namiotów. Tym razem do chwili wyjścia z miejsca noclegu deszcz nie spadł. O suchej stopie poszliśmy też z powrotem do Javorníka.
   Na przedmieściach zatrzymałem się przez chwilę przy małym obelisku. Według słów św. Marcina miał to być pomnik ofiar rasizmu. Tak zeznał nam poprzedniego dnia na odprawie. Trochę się wtedy zdziwiłem, bo czemu to Czesi mieliby stawiać pomnik ofiarom akurat rasizmu. Okazało się, że to był pomnik ofiar faszyzmu, co nie wydawało się już takie niezwykłe w tej części Europy. Ciekawostką był fakt, że był to
pomnik z odzysku. Wcześniej był obeliskiem ku czci bratniej Armii Czerwonej zresztą gwiazda wciąż na nim była). Gospodarni Czesi zamiast pomnik usuwać po rostu przerobili go na pomnik ofiar faszyzmu. Z daleka napis był na tyle niewyraźny, że można było rzeczywiście pomylić "faszyzm" z "rasizmem". Zwłaszcza, że po czesku te dwa słowa różnią się tylko jedną literą i ptaszkiem ("fašismus" i "rasismus"). Ptaszka mógł nasz przewodnik nie dojrzeć, a z daleka duże "R" i duże "F" są dość podobne. 
    Po krótkich oględzinach poszliśmy dalej, a celem naszym był zamek biskupów wrocławskich, czyli Jánský Vrch. Do obejrzenia tutaj. Zamek ten jest specyficzny z dwóch powodów. Po pierwsze znajduje się tutaj największa w Czechach kolekcja fajek. Po drugie za dodatkową opłatą można sobie obejrzeć w zamku nie tylko pomieszczenia reprezentacyjne, ale też całe zaplecze kuchenno-administracyjne z pralnią, łazienką, kuchnią, itp. Zwykle takich pomieszczeń nie udostępnia się zwiedzającym. My oczywiście zwiedziliśmy także te pomieszczenia.
    Obiecano nam tez koncert muzyki dawnej, ale okazało się, że coś nie zostało dograne (dosłownie i w przenośni). Najpierw dowiedzieliśmy się, że ten koncert jest w cenie biletu, a na miejscu okazało się, że trzeba dopłacić za tę przyjemność po 5 koron. I co najlepsze, kasjerka niektórym osobom sprzedała bilety z koncertem, a niektórym bez. A że grupa szła razem, więc trzeba było z koncertu zrezygnować. Oczywiście kasa zwracała pieniądze, ale kilka starszych pań uparło się, że chcą wysłuchać koncertu i koniec. Przez chwilę poczułem się jakbym był na wycieczce z przedszkolakami, których opiekun nie chce wziąć na obiecane wcześniej lody. Rozumiem, gdyby chodziło o coś naprawdę atrakcyjnego, ale pięć minut rzępolenia na starych pudłach można sobie było odpuścić. I tak też się stało.
    Zamek zwiedzaliśmy godzinę. Nasza przewodniczka, bardzo ładna dziewuszka, niestety nie mówiła po polsku, więc wręczyła jednemu z uczestników tekst w naszej ojczystej mowie, a sama robiła za semafor pokazując to, o czym akurat czytał nasz pół-przewodnik.
    Kiedy wyszliśmy z zamku, okazało się, że zaczęło delikatnie padać. Zeszliśmy więc szybkim krokiem z Vrchu do miasta i po chwili zastanowienia zalogowalismy się do hostinca. W samą porę, bo jak tylko weszlismy, deszcz lunął. Wypiliśmy tam po dwa kufle miejscowego piwa za 15 Kč sztuka czekając na przejaśnienie. Dopiwszy drugie piwo i nie doczekawszy się poprawy pogody zdecydowalismy się, że niezależnie od deszczu trzeba iść. Gdy przyszło do płacenia, czekała mnie miła niespodzianka. Kobieta zza baru, która liczbę wypitych piw zapisywała sobie robiąc kreski na podkładce, podsumowała nas na... 60 Kč, czyli o 1/3 za mało.
    Ale że liczyła sumiennie i kilkakrotnie, uznałem, że pewnie dała nam jakiś rabat i nie protestowałem. Zapłaciłem, ile sobie zażyczyła i wyszliśmy. Na dworze lało. Postaliśmy jeszcze trochę pod dachem przed wejściem, a jak deszcz trochę zelżał weszlismy jeszcze do sklepu, gdzie zrobiliśmy zaopatrzenie w alkohol. To znaczy moi niezastąpieni towarzysze zaopatrzyli mnie w alkohol w rewanżu za to, że dzień wcześniej postawiłem nam wszystkim obiad, a rano jeszcze zafundowałem zwiedzanie zamku jako jedyny posiadacz koron w tym towarzystwie. Sam wybrałem taką formę rozliczenia, a była ona możliwa, bo sprzedawczyni w sklepie przyjmowała złotówki.
    Po zakupach ruszyliśmy dalej. Kiedy wychodziliśmy z Javornika znowu się rozpadało i na jakiś czas zamelinowaliśmy się nawet pod jakimś orzechem, ale w końcu deszcze zelżał, a nawet wyszło słońce. Dalej w ciągu naszej drogi chwilami jeszcze trochę kropiło, ale największe opady mieliśmy za soba. Późnym popołudniem dotarliśmy na przejście graniczne Paczków - Bílý Potok. Niedługo potem dotarliśmy do granic Paczkowa, gdzie mieliśmy tego dnia nocować. A co jeszcze robiliśmy tego dnia, zanim poszliśmy spać, o tym w następnym wpisie.
Tagi: roman j
20:09, roman_j , OWRP
Link Komentarze (4) »
piątek, 21 marca 2008
    Dla tych, którzy stracili już nadzieję na to, że przeczytają ciąg dalszy opisu mojego wyjazdu na OWRP 2006 mam niespodziankę. Dziś wspomnień ciąg dalszy.
    Tak jak pisałem, kolejny nocleg mieliśmy zaplanowany w niewielkiej miejscowości kilka kilometrów od Javornika. Oczywiście droga prowadziła ulubionym przez nas asfaltem, ale będąc w dobrych humorach po obiedzie i transfuzji nie robiliśmy z tego problemu. Obozowisko tym razem mieściło się na terenie szkoły, a sam teren nasunął mi dość niemiłe skojarzenia. Przypomniał mi się nocleg na OWRP 2005 przy szkole w Szczawinie Kościelnym, gdzie pobiłem chyba rekord czasu rozkładania namiotu (to znaczy rozkładałem go niemiłosiernie długo), bo po każdej próbie wbicia szpilki w podłoże musiałem ją wyciągać i prostować. Na szczęście tym razem miałem miłą niespodziankę. Szpilki chodziły w ziemię, jak zapałki w g... Namioty ustawiliśmy w trójkąt wejściami do środka, gdzie pozostawiliśmy mały placyk.
    Warunki sanitarne były niezłe. Oddzielnie kibelki, oddzielnie prysznice. Oddzielnie dla pań i dla panów. Podobno nawet była ciepła woda. Dla nas jak zwykle zabrakło i musieliśmy znowu z R. hartować się w zimnej. Ale po palnym dniu spędzonym na słońcu i przy wysokiej temperaturze powietrza nie było to znowu takie poświęcenie.
    Po rozłożeniu namiotów i doprowadzeniu się do stanu używalności wpadliśmy na pomysł, żeby zrobić jakieś zakupy. Najbardziej doskwierał nam brak wody. Wyruszyliśmy więc na poszukiwanie sklepu. Bezowocnie, bo choć sklep znaleźliśmy, to był zamknięty od prawie 3 godzin! W oczy zajrzało nam widmo deficytu wody, co byłoby sytuacją o tyle przykrą, że ja chodzę głównie na wodę i bez niej wymiękam. W czasie wysiłku mogę nic nie jeść (trawienie w końcu też pochłania energię), ale muszę regularnie uzupełniać płyny.
    A tymczasem już zaczynałem odczuwać ich deficyt. Byłem zdesperowany do tego stopnia, że po powrocie do obozowiska przystawiłem się do kranu. I nie powstrzymała mnie nawet perspektywa możliwego rozwolnienia. Miałem ze sobą zapas Stoperanu. Tego nigdy nie zapominam ze sobą zabrać.
    Po zaspokojeniu pierwszego pragnienia przyszło mi na myśl, że może warto zapewnić sobie zapasy wody na noc, kiedy to dostęp do kranu będzie niemożliwy. Podzieliłem się tym pomysłem z R. Po chwili namysłu zebraliśmy wszystkie wolne naczynia, wzięliśmy moją elektryczną grzałkę i zabraliśmy się za uzdatnianie wody poprzez jej gotowanie. Było to o tyle niewygodne, że musieliśmy to robić niedaleko gniazdka, a to znajdowało się w umywalni. Tak więc chcąc, nie chcąc towarzyszyliśmy wszystkim oczekującym w kolejce pod prysznic robiąc sztuczny tłok.
    W międzyczasie zjawił się nawet św. Marcin. Było nie było, przedstawiciel kierownictwa, czyli władza. Ale władza traci wiele ze swej powagi i dystansu, kiedy występuje w samych majtkach. Tym razem powaga była po naszej stronie. Nas dwóch ubranych, a on jeden w negliżu. Okoliczności sprzyjały fraternizowaniu się, więc on zagadał do nas i tak żeśmy się zapoznali. Przyznał, że na OWRP jest pierwszy raz (to jest chyba jakaś norma, bo rok temu kierownictwo naszej trasy też było dziewicze), ale zadeklarował, że za rok też pójdzie. I mogę dziś napisać, że słowa dotrzymał. Po krótkiej wymianie uprzejmości on poszedł się hartować pod prysznic, a my wróciliśmy do uzdatniania wody. Nagrzalismy tej wody na tyle dużo, że do rana wystarczyło. A przydała się bardzo przynajmniej mnie. Do rana niewiele mi jej zostało, ale rano starczyło jeszcze na kawę.
    Wieczorem było ognisko i znów śpiewy mniej lub bardziej cenzuralne. Ale tym razem chyba komuś to przeszkadzało, i chyba ktoś do kogoś o coś miał rano pretensje, o czym dowiedziałem się przypadkiem z drugiej ręki. Może napiszę o tym w dalszej części relacji.
Tagi: roman j
20:18, roman_j , OWRP
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 marca 2008
    Poprzednią notkę zakończyłem na prostej drodze do Javorníka, na której, nie pamiętam już dlaczego, nasza grupa znowu się rozczłonkowała. B. została w tyle, a my wysforowaliśmy się do przodu. Wkrótce byliśmy na przedmieściach i wtedy przydybał nas jakiś Czech (a może Słowak - i tak bym nie odróżnił) w Skodzie i zaczął nas chyba pytać o drogę. Ja stałem nieco z boku, a na szpicy był R., więc to jego zagadał. R. trochę się zakręcił i w końcu odpowiedział, że "My nie jesteśmy ... z Polski". Kierowca chyba zrozumiał tylko słowo "Polska", bo pokiwał głową ze zrozumieniem i rezygnacją, po czym pojechał dalej.
    Jak widać, nie nadajemy się na ambasadorów naszego kraju, nie dość, że nie grzeszymy uczynnością, bo nie pomogliśmy człowiekowi w potrzebie, to jeszcze próbowaliśmy ukryć, że jesteśmy z tego pięknego kraju, "gdzie kruszynę chleba podnoszą z ziemi przez uszanowanie dla darów nieba". Odpowiedź R. tak nam się jednak spodobała, że jednogłośnie wybraliśmy ją na hasło OWRP 2006.
    Tymczasem doszliśmy do miasta i zaczęliśmy sprawdzać naszą znajomość czeskiego czytając różne szyldy i zgadując, co one mogą oznaczać. Zabawiając się w ten sposób w końcu doszliśmy do centrum, gdzie zalogowaliśmy się na jakimś placu czekając na B., która dość szybko nadciągnęła.
    Zdecydowaliśmy, że trzeba wrzucić coś na ruszt. Znaleźliśmy knajpę o nazwie Taverna (tutaj można ją sobie obejrzeć: Taverna) i usiedliśmy do stolika. Miłą niespodzianką było to, że menu było też po polsku.     Nie sililiśmy się na kaleczenie czeskiego i złożyliśmy zamówienia po polsku.
    Oprócz obiadu, ja z B. zamówiliśmy sobie po Radlerze, a R. nie chcąc eksperymentować z jakimiś podróbkami piwa zamówił sobie Urquela. Ale ostatecznie i tak udało nam się go sprowadzić na złą drogę, bo w drugiej kolejce zamówiliśmy już trzy Radlery.
    Tu mała dygresja nt. Radlera, dla tych, którzy nie znają tego wynalazku. Otóż Radler to mieszanka piwa i lemoniady. Nie wiem, w jakich dokładnie proporcjach się to miesza, bo spotkałem co najmniej dwa różne stosunki piwa do lemoniady (1:1 i 2:1). Ten miks jest bardzo popularny w Niemczech. Piją to chętnie m. in. rowerzyści, dla których pół litra piwa, to byłaby za duża jednorazowa dawka alkoholu. A po Radlerze mogą zaraz po konsumpcji wsiadać na rower i jechać dalej.
    Po obiedzie i drugiej kolejce napojów nie całkiem wyskokowych poprosiłem o rachunek, bo jako jedyny w naszym towarzystwie dysponowałem koronami. I tutaj znów miła niespodzianka, bo kelner zapytał czy ma być "na złote", czy "na korony". Powiedziałem, że "na korony". Zapłaciłem i ruszyliśmy dalej, bo nasz nocleg tego dnia wyznaczony był kilka kilometrów za Javorníkiem w miejscowości Uhelná.
    Niestety, nie przyszło nam do głowy, żeby zaopatrzyć się w wodę, czego już niedługo potem żałowałem. Ale o tym napiszę w kolejnej notce, która będzie poświęcona noclegowi. :)
Tagi: roman j
17:09, roman_j , OWRP
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape