O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze

Wpisy z tagiem: rozważania codzienne

piątek, 23 kwietnia 2010

Dawałem już kiedyś na blogu znak życia, więc żeby się za często nie powtarzać, tym razem będzie "znak pokoju". Zupełnie nie na temat napiszę, że zawsze cholernie chciało mi się śmiać (to formułka dla wtajemniczonych), kiedy słyszałem kwestię "przekażcie sobie znak pokoju", ale to temat na zupełnie inne rozważania.

Piszę, żeby dać znać, że jeszcze mnie cholera nie wzięła. Czuję się nieźle, choć bywało już zarówno lepiej jak i gorzej. Miałem napisać notkę na bardziej konkretny temat, ale kiepsko zarządzam ostatnio swoim czasem i nie udaje mi się go wygospodarować na to, żeby bardziej przyłożyć się do pisania blogu. I w ten sposób różne myśli uciekają mi bezpowrotnie. Ale może to dobrze, bo jeśli zapisywanie ich miałoby mi iść tak opornie, jak pisanie dziś tej notki, to szkoda czasu i trudu. No, na dziś wystarczy.

środa, 31 marca 2010

Dziś kończy się jeden z bardziej pracowitych miesięcy w ostatnim okresie. W ogromną ulgą powitam jutrzejszy prima aprilis. Nie jest to co prawda jakaś graniczna data, ale zbliżające się dni wolne pozwolą mi trochę nadrobić zaległości. Poza tym zbliża się ta lepsza pora roku. Za niecałe dwa miesiące M. ściągnie do Polski. Na razie prowadzimy w tej sprawie korespondencje i zapowiada, że musimy się w tym roku częściej spotykać niż w ubiegłym. Nie mam nic przeciwko, ale plany sobie, a życie sobie, co zresztą wiem z doświadczenia. Dlatego odpisałem mu filozoficznie le temps le montrera (staje się to powoli leitmotivem mojego bloga).

Sprowokowałem tą odpowiedzią wymianę zdań po francusku, co było ciekawym doświadczeniem biorąc pod uwagę, że moja znajomość francuskiego jest obecnie na poziomie bardzo podstawowym. Ale jakoś sobie poradziłem z odpowiedziami na to, co pisał M. W końcu napisał, oczywiście po francusku, żebym mu obiecał, że jak będzie w tym roku w Polsce, to ja się pilniej przyłożę do nauki tego języka. Odpisałem je promets, a co będzie, to... już pisałem, więc się nie będę powtarzał. :)

Oprócz dobrych informacji są też takie mniej radujące. R. napisał mi ostatnio, że jeszcze nie wie, czy dostanie urlop na tegoroczny OWRP. Szkoda byłoby, gdyby nie dostał, choć jak nie dostanie, to nie będę miał o to do niego żalu. Sam przecież trzy lata temu zrejterowałem z OWRP z przyczyn osobistych i to na tydzień przed rozpoczęciem imprezy. Wiem więc, że różnie w życiu bywa i nie zawsze można być tam, gdzie by się chciało być i w takim towarzystwie, w jakim by się chciało. I chociaż OWRP jest dla mnie imprezą wyjątkowo sympatyczną przede wszystkim ze względu na ludzi, z którymi ją odbywam, to jeśli R. nie będzie mógł się w tym roku wybrać, to ja raczej nie zrezygnuję, choć nie mogę do końca takiej możliwości wykluczyć, ale z innych powodów.

Na koniec jeszcze wspomnę, że dziś wypromowałem dwoje inżynierów. Moja lista dyplomantów wydłużyła się do 13 pozycji (a że jeden dyplomant był podwójny, to prac pod moją opieką napisano 14). Zawsze to jest pewna ulga w obciążeniach, kiedy kolejni dyplomanci zdobywają zawodowe szlify, ale nie jest ona zbyt długotrwała, bo na ich miejsce przychodzą kolejni lub budzą się z letargu tacy, o których całkiem już zapomniałem. Mam nadzieję, że w czerwcu wypromuję co najmniej jeszcze jedną osobę. Co do reszty, nie wiem. Są pewne szanse w jeszcze co najmniej 2-3 przypadkach, ale jednemu dyplomantowi już się chyba urodził potomek, drugi odwiedza mnie nieregularnie i po okresach intensywniejszej pracy znika na dłużej. Jeszcze jeden całkiem nieźle sobie radzi i jeśli utrzyma tempo oraz jakość pracy, to na czerwiec powinien się wyrobić.

A tymczasem kończę i poczytam sobie zaległe komentarze. :) Miałem coś jeszcze skrobnąć w blogu turystycznym, ale dziś już nie mam siły. Dwa ostatnie dni były jak finisz maratonu. A tymczasem zatrzymać się nie można i trzeba dalej choćby truchtać.

wtorek, 29 grudnia 2009

Dziś znowu będzie notka eklektyczna. O wszystkim i o niczym, czyli o tym, co mi akurat na myśl przyjdzie. Niech nikt nie spodziewa się głębi ani wielkiego sensu, choć będę się starał pisać do rzeczy.

Na początek paradoks, który właściwie nie jest paradoksem, choć na taki wygląda. Otóż chciałem sobie dziś przy okazji wizyty w Auchan kupić długopis. Z czerwonym wkładem, bo tego koloru sporo używam i zakupiony niedawno pisak jest już prawie na wyczerpaniu. Ze względu na szybkie tempo zużycia chciałem zaopatrzyć się w jakiś niedrogi długopis lub, jeśli to możliwe, w nieco droższy, ale z możliwością wymiany wkładu (tu przypomniał mi się dość absurdalny dowcip z dzieciństwa: czym różni się trumna od długopisu? wkładem...).

Szukając w odpowiednim miejscu znalazłem kilka długopisów, w opisie których wyraźnie podkreślono, że ich zaletą jest to, że są na wkłady typu... nie pamiętam oznaczenia. Ucieszyłem się i zanim wziąłem jeden z tego typu pisaków do koszyka, najpierw skrupulatnie obejrzałem cały długaśny regał obwieszony przyborami pisarskimi i nie tylko. W poszukiwaniu rzeczonych wkładów oczywiście. Coś mi podpowiadało, że to próżny trud, ale jak ten niewierny Tomasz chciałem sam się przekonać. I przekonałem się. Ani śladu choćby złamanego wkładu nie znalazłem. Zastanawiam się teraz, czy nie ma ich tylko w ofercie hipermarketu, gdzie można kupić mydło i powidło, czy może nie ma go też w ofercie producenta, co byłoby wyjątkowo perfidnym, ale też godnym odnotowania zabiegiem zrobienia klienta w konia. Ostatecznie długopisu nie kupiłem. Może przeproszę się z wiecznym piórem, bo czerwony atrament mam. :)

A teraz mała poświąteczna refleksja. Właściwie powigilijna (po wigilii w Zakładzie). Otóż w czasie wigilii zakładowej zgadało się z naszym Szefem, że ludzie niczego nie uczą się z historii. To przekonanie dość rozpowszechnione, wszak już Pietrzak w Kabarecie pod Egidą prawie 30 lat temu mówił "Człowiek uczy się na błędach i na historii. A historia uczy tylko jednego, że nigdy, nikogo, niczego nie nauczyła". Wyraziłem wtedy na tej wigilii przypuszczenie, że ci wszyscy błądzący wychodzą po prostu z założenia, że oni wiedzą, jakie błędy popełnili ich poprzednicy podejmując określone działania, ale wychodzą z założenia, że oni sami zrobią to samo, ale lepiej, tak że właśnie im się to uda. Dziś dodałbym po namyśle do tej wypowiedzi jeszcze kilka zdań.

Po pierwsze myślę, że są takie błędy, których nikt nie powtarza, bo nikogo to nie kusi i takie, które ludzie powtarzać będą z lubością nawet dysponując odpowiednią wiedzą. Używając porównań nikogo nie kusi siadanie gołą dupą na rozgrzanym piecu, a wrzucanie monet do maszyny i pociąganie za wajchę jest udziałem wielu. To oczywiście są bardzo przyziemne i proste przykłady, ale nawet wśród tych o doniosłym charakterze dałoby się przeprowadzić taki podział.

Po drugie zaś myślę, że życie ludzkie byłoby nudne, gdyby nie popełniane przez nas błędy. Choć niekoniecznie te, o których mówi historia. Zresztą gdybyśmy unikali ich robienia, to w wielu przypadkach nie mielibyśmy wyboru, jaką drogą podążać w życiu i szli byśmy zawsze tylko tą jedną, słuszną. A czy nie ma czegoś heroicznego w tym, że kiedy czasem z tej drogi zboczymy, to później często świadomi popełnionego błędu dokładamy wysiłku, aby jego skutki naprawić czy zniwelować? Często mamy wtedy w życiu pod górkę i pół biedy, gdy tylko my, ale czy to nie nadaje naszemu życiu jakiegoś sensu (przynajmniej w ten sposób, że nadaje mu cel)? Poza tym uważam, że każdy błąd jest inny, bo inne są okoliczności jego popełnienia, a tym samym inne mogą być jego skutki. I wierzę, że popełnianie błędów ma też sens poznawczy, bo wiele odkryć naukowych zostało dokonanych przypadkiem wskutek popełnienia błędu. To tyle o błądzeniu, a teraz gładko przejdę do nauki.

Chodzą mi po głowie pomysły na kolejne co najmniej trzy tematy badawcze. Ale nie wiem, czy poza "chodzeniem o głowie" coś więcej z tego będzie. Po pierwsze, nie mam żadnego przekonania, czy mają one sens (poza sensem poznawczym). Po drugie, nie do końca mam przekonanie, czy bronią się z punktu widzenia ekonomii (to znaczy jeden na pewno nie, jeden chyba tak, a jeden - trudno wyczuć). Po trzecie obawiam się, że nie będę mógł ich przetestować, bo albo moje szefostwo uzna, że są niezbyt sensowne (co ja akurat zrozumiem, choć nie uważam, że należy robić w nauce tylko rzeczy, które na pierwszy rzut oka mają sens), albo okaże się, że nie dysponujemy wyposażeniem niezbędnym do przeprowadzenia badań (choć wstępne działania w co najmniej dwóch przypadkach mogę zrobić nawet w domu), albo wreszcie zabraknie mi czasu, pary tudzież natchnienia. W ostateczności może się też okazać, że ktoś już to przede mną robił, a ja o tym nie słyszałem. Mimo to pozostaję w nadziei, że dane mi będzie te trzy pomysły przetestować. Między innymi dlatego chciałem zajmować się nauką. Szkoda, że pod tym względem nie jest u nas jak w USA, gdzie pieniądze znaleźć można nawet na mocno absurdalne, z mojego puntu widzenia, dociekania. Ale do USA nie wyjadę uprawiać naukę, bo chciałbym to robić tutaj. :)

I tym optymistycznym akcentem kończę życząć szczęśliwego Nowego Roku, jako że do końca tego roku chyba już tu pisać nie będę.

środa, 21 października 2009

Życie się jakoś toczy do przodu. Dni mijają, czasem mam wrażenie, że za szybko, kiedy kładę się wieczorem spać i robię rachunek sumienia spraw, których nie załatwiłem. Są to zwykle takie sprawy, które można odłożyć na później bez przykrych konsekwencji, bo dotyczą zaspokajania potrzeb własnych lub wywiązywania się ze zobowiązań podjętych wobec siebie.

Nawiązując do dylematu z jednej z poprzednich notek doszedłem do wniosku, że nie będę kontrowersyjny. Przynajmniej nie tym razem. No może trochę, bo napiszę, że chciałem się podzielić swoimi wątpliwościami związanymi z niejakim cudem w Sokółce. Dla tych, którzy nic o tym jeszcze nie słyszeli (wydaje mi się, że media są w tej akurat sprawie wyjątkowo wstrzemięźliwe), napiszę tylko, że cud polega na tym, że wyrób piekarniczy w niewyjaśniony zamienił się w wyrób garmażeryjny. Podobno na skutek tej zamiany natychmiast nawrócił się jeden lekarz badający ten cud. No cóż, widocznie był człowiekiem małej niewiary.

A skoro mowa o lekarzach i wierze, to w dzisiejszym odcinku "Dra House'a" były nawiązania do tego tematu. Dziwne, ale coraz mniej rozumiem, o co chodzi w tym serialu. Początkowo bardzo mi się podobał, ale teraz gubię się w gąszczu wzajemnych relacji bohaterów i zaczyna mnie męczyć ich odszyfrowywanie. Może nie powinni kręcić kolejnych odcinków, bo chyba zaczyna im brakować pomysłów na utrzymanie klimatu?

Odebrałem dziś książeczkę GOT z oddziału PTTK. Mam małą brązową odznakę. Niewiele, ale kolejny kroczek zrobiłem. A wczoraj dostałem pocztą pudło z gadżetami ze zjazdu przodowników TP w Jaworze, na który nie dojechałem. Zapłaciłem, więc mi się należały. Nie wiem tylko teraz, co z tym robić? Przysłali mi m.in. kolejną smycz i kolejny kubek. Czy tym, którzy to przygotowują, wydaje się, że to jest naprawdę taka atrakcja? Jeszcze trochę i z kubków będę mógł zrobić wystawę, a ze smyczy utkam jakiś kilim na ścianę. W miarę rozsądnymi upominkami-pamiątkami wydają mi się notatniki i długopisy, bo te się przynajmniej zużywają. Ale na co mi te kolejne kubki, jeśli na co dzień piję kawę z jednego i tego samego od wielu lat? Wyrzucić to wszystko mi szkoda, bo są to rzeczy nowe i użyteczne. No i z drugiej strony zawsze to jednak jakaś pamiątka. Może za 30 lat wzruszę się na widok takiego kubka i przypomnę sobie imprezę sprzed 30 lat (na której zresztą nie byłem)? Tylko że za 30 lat mogę się do tego kubka nie dogrzebać wśród sterty innych, którymi mnie w międzyczasie zasypią organizatorzy takich imprez.

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape