O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze

Wpisy z tagiem: triki handlowe

wtorek, 23 lutego 2010

Dziś opiszę dwa przypadki marketingowych chwytów, z jakimi zetknąłem się ostatnio robiąc zakupy. Na jeden chwyt dałem się złapać, dlatego go odkryłem, a w przypadku drugiego coś mnie tknęło, żeby sprawdzić, czy to nie lipa. A poza tym dostawałem już cholery, piegów i sraczki na sam dźwięk reklamy, która nie dość, że jest irytując, to jeszcze tłukli w TV non-stop.

Pierwszy trick handlowy ma na imię Ayran. Co to jest ayran, to sobie można sprawdzić np. w Wikipedii i gdybym to zrobił wcześniej, to bym się nie nabrał. A nabrałem się robiąc zakupy w pewnym hipermarkecie, kiedy zobaczyłem toto na półce. Stało między jogurtami, a na opakowaniu napisane było, że to według oryginalnej tureckiej receptury. Ponieważ lubię nowości, a narody takie jak Grecy, Turcy, Bułgarzy, itp. to są jogurciarze i zakładam, że niejedną mleczną ciekawostkę mają w zanadrzu, więc kupiłem trzy opakowania (dopiszę, że po 200 g, żeby ktoś nie pomyślał, że zakupiłem hurtem). Dodatkową zachętą była tajemnicza nazwa.

Smakowało mi to, więc podczas kolejnej wizyty w hipermarkecie zakupiłem jeszcze 4 kubki. Ale wtedy coś mnie tknęło, żeby zajrzeć do Sieci i poczytać, co to jest ten ayran. Znalazłem dość szybko informację w Wikipedii i okazało się, że rzekoma oryginalność receptury tego czegoś sprowadza się do tego, że miesza się jogurt z wodą i dodaje trochę soli. Czasami dodaje się jeszcze do tego siekanej mięty.

Po tej konstatacji stwierdziłem, że nie kupię tego więcej. Zamiast tego wolę sobie kupić opakowanie jogurtu naturalnego, wymieszać zawartość z wodą w odpowiedniej proporcji, posolić i będę miał własnej roboty ayran według jak najbardziej oryginalnej tureckiej receptury. Nie sprawdzałem, ile dokładnie koszuje to cudo w hipermarkecie, ale mogę się założyć, że to, co sobie sam przygotuje, wyjdzie taniej. Ale nie napiszę, że jestem na tym zakupie stratny. Czegoś się dowiedziałem o sobie, o marketingu i o tureckich wyrobach na bazie mleka. :)

Drugi przykład to ten z reklamy. Można go wrzucić do kategorii chwytów "jak sprzedać ludziom coś gorszego, żeby klient był przekonany, że kupuje coś lepszego". Mam na myśli Cappy "Cała pomarańcza". Nie napisałem słowa "sok", bo to nie jest sok. Słowa tego nie doszukacie się na opakowaniu, bo nie ma prawa tam zostać umieszczone. Dlaczego? Ano dlatego, że w stosunku do soku produkt ten zawiera dodatek 10% wody. Nie wiem, czy woda ta była potrzebna do tego, żeby to się dało wytrząsnąć z kartonu, bo oprócz soku i miąższu produkt ten zawiera jeszcze, jak wynika zresztą z reklamy, posiekaną białą skórkę i rdzeń (w reklamie tak romantycznie nazywany "sercem owocu").

Tknęło mnie coś, żeby obejrzeć sobie bliżej karton, kiedy w jednym ze sklepów rzuciłem nań okiem i zauważyłem, że nazwa jest bardzo rozbudowana. Nie było tam napisane "sok pomarańczowy", tylko jakieś przydługie hasło, które kojarzyło się z reklamą, od której nadmiaru (zwłaszcza ścieżki dźwiękowej) dostawałem mdłości. Jak wiadomo, określenia "sok" można użyć tylko w przypadku produktu, który otrzymano (pewnie tu nieco upraszczam) dodając do koncentratu tylko tyle wody, ile jej wcześniej z niego usunięto. To dlatego tak trudno i coraz trudniej spotkać na półkach soki, a coraz częściej są tam jakieś produkty sokopodobne (tak zręcznie reklamowane, żeby nieobecność słowa "sok" nie została zauważona).

W tym konkretnym przypadku klient jest jeszcze przekonywany, że kupuje coś lepszego, niż mu oferowano dotąd. I nawet są na poparcie tej tezy dość dobrze dobrane argumenty (ale nieprzedstawione wprost w reklamie; znalazłem je w Sieci w artykule wyglądającym na sponsorowany). Cały karton tego wyrobu jest pokryty napisami i rysunkami mającymi to przekonanie utrwalić. Może tylko ja tak mam, ale mnie to nie przekonuje, a wręcz przeciwnie.

Według mnie dodawanie wody do soków to psucie produktów podobne do dodawania tłuszczów roślinnych do masła (jedni robią to nielegalnie i używają nadal słowa "masło", a inni legalnie i sprzedają różne smarowidła z wielką pompą) czy też produkowania czekolady bez tłuszczu kakaowego, co mieliśmy w Polsce trenowane już za PRL-u, choć z zupełnie innych przyczyn. To, że oprócz wody dodano do tego soku te części pomarańczy, które zwykle przy produkcji są odpadem, chociaż mają rzekomo korzystny na zdrowie wpływ, nie przekonuje mnie. Wolę sobie zjeść całą pomarańczę lub to, co z niej lubię, zamiast kupować taki przekombinowany produkt, o którym producent całą prawdę pisze małymi literkami, które trudno znaleźć na kartonie. A pisze tylko dlatego, że musi.

poniedziałek, 04 stycznia 2010

Inspiracja do tej notki przyszła w sklepie, gdzie chciałem zakupić coś na ząb, żeby uprzejmnić sobie późne i długie siedzenie w pracy. W takich sytuacjach rozglądam się zwykle za czymś, co ma mnie "zatka" na dłużej, a jednocześniej nie będzie miało za dużo kalorii w przeliczeniu na 100 gram.

Jako cezurę przyjmuję sobie zwykle, że jeśli danie ma więcej niż 400 kcal/100 g to odpada z rywalizacji. Z tego prostego powodu, że 400 kcal/100 g ma czysty cukier, więc jeśli mam zjeść coś, co jest bardziej kaloryczne niż czysty cukier, to chyba lepiej byłoby już skonsumować sam ten cukier.

Wiem, że to dość uproszczone kryterium, ale mnie ono wystarcza. I pozwala dokonać pewnych mało cieszących mnie odkryć. Ostatnio skierowałem swoje kroki w poszukiwaniu nowych wrażeń na stoisko z batonami fitness. Pomyślałem sobie, że taki baton to będzie dobra przekąska, bo na pewno nie ma za wielu kalorii i ma same dobre rzeczy w składzie (albo przynajmniej większość takich).

Rzut oka na kilka zdrowych przekąsek doprowadził mnie do smutnej konstatacji, że te przekąski są "fitness" chyba tylko dlatego, że są małe i że tylko z racji swych niewielkich rozmiarów mają mało kalorii. Natomiast kalorycznośc w przeliczeniu na 100 g kształtowała się w zakresie od 330 do 560 kcal (sic!). I co mi z tego, że to ma mało kalorii w sztuce, skoro żeby się tym na dłużej zapchać, potrzebowałbym tego więcej sztuk!

Ostatecznie wziąłem coś, na co chwilę wcześniej nie chciałem nawet rzucić okiem, czyli jakiś "gorący kubek" tyle, że z płatkami owsianymi. To miało (po rozrobieniu) niecałe 200 kcal/100 g. I tym mnie ujęło.

Ale najciekawszego odkrycia dokonałem podczas oględzin zakupionych do domu koreczków śledziowych w oleju (podkreślam w oleju). Otóż rzuciłem okiem na tabelę składu oraz wartości kalorycznej i ze zdziwieniem skonstatowałem, że to ociekające tłuszczem danie ma 223 kcal/100 g. A przecież i tak w trakcie jedzenia zostawiłbym większość oleju z zalewy...

 

wtorek, 29 grudnia 2009

Dziś znowu będzie notka eklektyczna. O wszystkim i o niczym, czyli o tym, co mi akurat na myśl przyjdzie. Niech nikt nie spodziewa się głębi ani wielkiego sensu, choć będę się starał pisać do rzeczy.

Na początek paradoks, który właściwie nie jest paradoksem, choć na taki wygląda. Otóż chciałem sobie dziś przy okazji wizyty w Auchan kupić długopis. Z czerwonym wkładem, bo tego koloru sporo używam i zakupiony niedawno pisak jest już prawie na wyczerpaniu. Ze względu na szybkie tempo zużycia chciałem zaopatrzyć się w jakiś niedrogi długopis lub, jeśli to możliwe, w nieco droższy, ale z możliwością wymiany wkładu (tu przypomniał mi się dość absurdalny dowcip z dzieciństwa: czym różni się trumna od długopisu? wkładem...).

Szukając w odpowiednim miejscu znalazłem kilka długopisów, w opisie których wyraźnie podkreślono, że ich zaletą jest to, że są na wkłady typu... nie pamiętam oznaczenia. Ucieszyłem się i zanim wziąłem jeden z tego typu pisaków do koszyka, najpierw skrupulatnie obejrzałem cały długaśny regał obwieszony przyborami pisarskimi i nie tylko. W poszukiwaniu rzeczonych wkładów oczywiście. Coś mi podpowiadało, że to próżny trud, ale jak ten niewierny Tomasz chciałem sam się przekonać. I przekonałem się. Ani śladu choćby złamanego wkładu nie znalazłem. Zastanawiam się teraz, czy nie ma ich tylko w ofercie hipermarketu, gdzie można kupić mydło i powidło, czy może nie ma go też w ofercie producenta, co byłoby wyjątkowo perfidnym, ale też godnym odnotowania zabiegiem zrobienia klienta w konia. Ostatecznie długopisu nie kupiłem. Może przeproszę się z wiecznym piórem, bo czerwony atrament mam. :)

A teraz mała poświąteczna refleksja. Właściwie powigilijna (po wigilii w Zakładzie). Otóż w czasie wigilii zakładowej zgadało się z naszym Szefem, że ludzie niczego nie uczą się z historii. To przekonanie dość rozpowszechnione, wszak już Pietrzak w Kabarecie pod Egidą prawie 30 lat temu mówił "Człowiek uczy się na błędach i na historii. A historia uczy tylko jednego, że nigdy, nikogo, niczego nie nauczyła". Wyraziłem wtedy na tej wigilii przypuszczenie, że ci wszyscy błądzący wychodzą po prostu z założenia, że oni wiedzą, jakie błędy popełnili ich poprzednicy podejmując określone działania, ale wychodzą z założenia, że oni sami zrobią to samo, ale lepiej, tak że właśnie im się to uda. Dziś dodałbym po namyśle do tej wypowiedzi jeszcze kilka zdań.

Po pierwsze myślę, że są takie błędy, których nikt nie powtarza, bo nikogo to nie kusi i takie, które ludzie powtarzać będą z lubością nawet dysponując odpowiednią wiedzą. Używając porównań nikogo nie kusi siadanie gołą dupą na rozgrzanym piecu, a wrzucanie monet do maszyny i pociąganie za wajchę jest udziałem wielu. To oczywiście są bardzo przyziemne i proste przykłady, ale nawet wśród tych o doniosłym charakterze dałoby się przeprowadzić taki podział.

Po drugie zaś myślę, że życie ludzkie byłoby nudne, gdyby nie popełniane przez nas błędy. Choć niekoniecznie te, o których mówi historia. Zresztą gdybyśmy unikali ich robienia, to w wielu przypadkach nie mielibyśmy wyboru, jaką drogą podążać w życiu i szli byśmy zawsze tylko tą jedną, słuszną. A czy nie ma czegoś heroicznego w tym, że kiedy czasem z tej drogi zboczymy, to później często świadomi popełnionego błędu dokładamy wysiłku, aby jego skutki naprawić czy zniwelować? Często mamy wtedy w życiu pod górkę i pół biedy, gdy tylko my, ale czy to nie nadaje naszemu życiu jakiegoś sensu (przynajmniej w ten sposób, że nadaje mu cel)? Poza tym uważam, że każdy błąd jest inny, bo inne są okoliczności jego popełnienia, a tym samym inne mogą być jego skutki. I wierzę, że popełnianie błędów ma też sens poznawczy, bo wiele odkryć naukowych zostało dokonanych przypadkiem wskutek popełnienia błędu. To tyle o błądzeniu, a teraz gładko przejdę do nauki.

Chodzą mi po głowie pomysły na kolejne co najmniej trzy tematy badawcze. Ale nie wiem, czy poza "chodzeniem o głowie" coś więcej z tego będzie. Po pierwsze, nie mam żadnego przekonania, czy mają one sens (poza sensem poznawczym). Po drugie, nie do końca mam przekonanie, czy bronią się z punktu widzenia ekonomii (to znaczy jeden na pewno nie, jeden chyba tak, a jeden - trudno wyczuć). Po trzecie obawiam się, że nie będę mógł ich przetestować, bo albo moje szefostwo uzna, że są niezbyt sensowne (co ja akurat zrozumiem, choć nie uważam, że należy robić w nauce tylko rzeczy, które na pierwszy rzut oka mają sens), albo okaże się, że nie dysponujemy wyposażeniem niezbędnym do przeprowadzenia badań (choć wstępne działania w co najmniej dwóch przypadkach mogę zrobić nawet w domu), albo wreszcie zabraknie mi czasu, pary tudzież natchnienia. W ostateczności może się też okazać, że ktoś już to przede mną robił, a ja o tym nie słyszałem. Mimo to pozostaję w nadziei, że dane mi będzie te trzy pomysły przetestować. Między innymi dlatego chciałem zajmować się nauką. Szkoda, że pod tym względem nie jest u nas jak w USA, gdzie pieniądze znaleźć można nawet na mocno absurdalne, z mojego puntu widzenia, dociekania. Ale do USA nie wyjadę uprawiać naukę, bo chciałbym to robić tutaj. :)

I tym optymistycznym akcentem kończę życząć szczęśliwego Nowego Roku, jako że do końca tego roku chyba już tu pisać nie będę.

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape