O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze

Wpisy z tagiem: filozofia

piątek, 07 stycznia 2011

W ostatnich dniach, a może już nawet tygodniach, mam fazę na turystykę (równolegle z fazą na starożytną filozofię głównie stoicką i epikurejską). Objawia się to m.in. w ten sposób, że w wolnym czasie zająłem się za nadrabianie różnych zaległości turystycznych. A także choćby w tym, że zrobiłem sobie, po raz pierwszy, podsumowanie, ile kilometrów przeszedłem turystycznie od chwili wstąpienia do PTTK. Z podziałem na poszczególne lata. Wyszło mi, że w sumie zrobiłem już 2.296 km (a przynajmniej tyle mam udokumentowane). Z czego 345 km w 2010 roku. To nie był słaby rok, ale nie był też rekordowy. Taki był 2008, kiedy zrobiłem 575 km.

A jeśli mowa o zaległościach to na przykład wziąłem się, i pewnie skończę jeszcze w tym tygodniu, za opis krajoznawczy drugiej z wymaganych dwóch wycieczek na dużą srebrną OTP. Wertuję przewodniki, grzebię w Sieci, a także w głowie i piszę. Została mi do opisania połowa przedostatniego dnia (a dokładniej opis tego, co warto zobaczyć w Rynie) i ostatni dzień, ale to już będzie krótki tekst. Jak to skończę, wydrukuję i wyślę, to prawdopodobnie będę miał tę dużą srebrną OTP.

Na ostatnią odznakę, dużą złotą, przyjdzie trochę dłużej poczekać, bo muszę wybrać się na dwie wycieczki po minimum 200 km każda, z których żadna nie może przebiegać przez województwa: świętokrzyskie i warmińsko-mazurskie (bo te już "wykorzystałem" na dużą srebrną). Nie wiem jeszcze, gdzie się wybiorę na te wycieczki i kiedy. Chociaż jakieś przymiarki już robiłem.

Między innymi myślałem o przespacerowaniu się wzdłuż wybrzeża Bałtyku szlakiem prowadzącym od Żarnowca do Świnoujścia. Z podziałem na dwa etapy. Ten szlak ma nieco mniej niż 400 km, więc brakujące kilometry dorobiłbym na przykład idąc ze Świnoujścia w kierunku Szczecina. Ten pomysł ma taką zaletę, że na pewno nie miałbym problemu ze znalezieniem noclegów. Natomiast ma taką wadę, że zarówno te noclegi, jak i wyżywienie byłyby drogie. No i miałbym daleko do domu, co jest wadą niekoniecznie ze względu na mnie.

Mam jeszcze inne koncepcje, ale nie chcę na razie robić żadnych konkretnych planów, bo nie wiem, czy w tym roku uda mi się je zrealizować. Ostatni raz na taką samodzielną wycieczkę wybrałem się w 2008 roku na Kielecczyznę (co zresztą opisuję właśnie w blogu turystycznym). Rok później miałem ochotę pojechać na Jurę, ale nie wyszło, a w zeszłym roku okoliczności nie sprzyjały taki zamierzeniom. Może w 2011 roku się uda?

Zobaczymy. Biorąc pod uwagę, że to zależy tylko ode mnie, na pewno łatwiej się będzie wybrać na taki wypad. Kiedyś miałem nadzieję, że może uda się jeszcze kogoś zwerbować. Ale jeden naturalny kandydat odpadł w międzyczasie, a drugi naturalny kandydat pewnie by się ze mną i wybrał, bo ma taki sam cel (duża złota OTP), ale on chciałby robić dziennie ze 40 km, a ja nie wiem, czy moje nogi wytrzymałyby taki dystans dzień w dzień.

Ja wole robić nieco krótsze trasy (20-30 km), ale za to dobrze się wszystkiemu dookoła przyjrzeć, coś zwiedzić, gdzieś posiedzieć i podumać. I tak pewnie ostatecznie wybiorę się sam. I nawet mi to nie przeszkadza zgodnie ze stoicką zasadą, że mędrcowi (mimo, że ja nim nie jestem) wystarcza on sam, choć nie oznacza to, że ma stronić od towarzystwa innych ludzi. Nawet przeciwnie, ma go szukać, ale nie po to, by go ono uszczęśliwiało.

Kiedyś miałem myśl, o której zresztą już tu dawniej pisałem, żeby reaktywować koło PTTK na wydziale. Wtedy miałbym naturalne źródło ewentualnego towarzystwa na takie wakacyjne wypady. Pomysł nie jest odkrywczy, bo kiedy ja studiowałem, takie koło działało. Chociaż wtedy ja się turystyką jeszcze akurat nie pasjonowałem (może więc nie powinienem się dziwić teraz studentom), a z tego co wiem, to i działalność tego koła z turystyką taką, jak ja ją rozumiem, też już nie miała wiele wspólnego.

Tak czy inaczej wkrótce to się i tak skończyło i koło do dziś się nie reaktywowało. Widać nie ma zapotrzebowania. Nie żeby w ogóle nie było turystów studentów, bo przecież w większych ośrodkach funkcjonują koła i kluby akademickie, ale widać w moim grajdołku nie ma zapotrzebowania. W rajdach bierze udział sporo młodych ludzi, ale ze szkół średnich i niższych szczebli. I frekwencja jest zwykle imponująca. Ale po maturze albo znika motywacja albo ci zarażeni turystycznym bakcylem wyjeżdżają na studia gdzie indziej.

Niezależnie od przyczyn ja moje dawniejsze zamiary odłożyłem ad calendas graecas. Nic na siłę. Zwłaszcza, że żeby stworzyć koło PTTK potrzeba 10 członków, czyli brakuje mi jeszcze 9... Paradoksalnie łatwiej byłoby stworzyć koło z pracowników, bo mógłbym zwerbować co najmniej trzy osoby, które widywałem na rajdach, do tego może udałoby mi się namówić J. i już byłoby nas 5 osób. Tyle, że to nadal tylko 50% wymaganego składu.

Dlatego też tamte plany dziś uważam za mrzonki i skupiam się na własnym rozwoju zamiast na rozwoju organizacji. ;) A ten rozwój wcześniej nieco przyhamował, ale jest szansa, że znów przyspieszy. Może zeszłoroczne rozszerzenie uprawnień PTP będzie katalizatorem, bo zmobilizowało mnie, żeby wreszcie dokończyć wspomniane wyżej opisy krajoznawcze. A teraz, kiedy je kończę, myślę nad kolejnymi rozszerzeniami.

Myślę o nich, ale staram się nie snuć konkretnych planów. Plany zawierają bowiem ze swej natury jakieś terminy, czyli jakieś założenia dotyczące przyszłości. Założenia, do których człowiek się przywiązuje. A kiedy okazuje się, że okoliczności stają w poprzek planom, że założenia biorą w łeb i terminy nie będą dotrzymane, człowiek zwykle czuje się nieszczęśliwy. Cierpi i choć nie fizycznie, to cierpienie psychiczne jest gorsze niż fizyczne. Trudniej jest też je uśmierzyć, bo ten, który je powinien ukrócić, sam je sobie jednocześnie zadaje przekonany o słuszności tego, co robi.

Po co więc sobie samemu przygotowywać narzędzie duchowej tortury w postaci szczegółowego planu wraz z datą realizacji zamierzeń? Oczywiście można, a nawet warto mieć zamierzenia, oczywiście warto też podejmować działania w kierunku ich realizacji, ale nie warto przywiązywać się już zawczasu do wyniku swoich usiłowań. Nie warto też stawiać sobie gdzieś w przyszłości mety i mieć całą drogę wzrok utkwiony tylko w nią gubiąc to, co można zobaczyć po drodze.

Jeśli do celu uda się dojść, to można się będzie z tego cieszyć (choć stoik powinien do tego podejść z apatheją, czyli beznamiętnie). Ale jeśli z góry go sobie wytyczymy i sprecyzujemy to może się też okazać, że po osiągnięciu nas rozczaruje, bo będzie inny od oczekiwanego, mniej atrakcyjny lub po prostu nie wynagrodzi nam poniesionego trudu. Tymczasem nie mając wcześniej żadnych oczekiwań unikniemy takiego rozczarowania, a czerpiąc zadowolenie z drogi, a nie tylko z osiągniętych na niej celów mamy jego źródło niewyczerpane, bo przecież całe życie jest drogą. I niekoniecznie trzeba po tej drodze kursować jak autobus PKS ze sztywną trasą i rozkładem, ale można, jak wolny wędrowiec, na każdych rozstajach decydować, który weźmiemy zakręt.

Zacząłem filozofować, więc to wyraźny znak, że czas kończyć. Nie ma nic złego w filozofowaniu, ale powinno się to robić przede wszystkim na własny użytek, od czasu do czasu w wąskim gronie przyjaciół, a publicznie jak najrzadziej. Zwłaszcza, kiedy jest się tej sztuki nieopierzonym adeptem. :)

Blog Roku 2010

wtorek, 12 stycznia 2010

Powoli robi mi się z tego blogu dziennik filozoficzno-religijny. A przynajmniej taka tematyka zaczyna się pojawiać tutaj częściej niż wcześniej. Cóż jednak poradzić na to, że do pisania na te  tematy co rusz znajduję jakieś natchnienie czy to w życiu, czy to w lekturze. Ostatnio właśnie ta druga mnie zainspirowała.

Znalazłem w ostatniej "Polityce" (tj. w numerze 2/2010) artykuł pt.: "Krótka historia harmonii bytu". Artykuł w dziale Nauka, ale w środku wiele odniesień do religii. Przejrzałem go pobieżnie, ale w oko wpadł mi fragment pod sam koniec, który zacytuję. Będzie to cytat z cytatu, bo w artykule pojawił się już jako cytat:

"Zupełnie inaczej patrzy (...) Dalajlama, który wiele razy powtarzał: Jestem przekonany, że buddyzm wzbogaca się dzięki nauce... Dane empiryczne powinny być dla nas ważniejsze niż autorytet ksiąg objawionych, bez względu na to, jak wielkim szacunkiem te księgi darzymy. Jeśli nauka dowiedzie, że jakiś element buddyjskiej wiary jest błędny, buddyzm będzie musiał się zmienić. Sam Budda powiedział, że nie powinniśmy jego nauk przyjmować bezkrytycznie. Dalajlama nawiązuje tu do nauk Buddy (...): Tak jak mądrzy ludzie sprawdzają złoto przez ogrzewanie, nacinanie i pocieranie, tak i wy macie akceptować moje nauki nie od razu i nie dlatego, że mnie poważacie, lecz dopiero po ich przeanalizowaniu... Ale gdy po analizie i obserwacjach stwierdzicie, że są rozsądne, służą dobru i przynoszą korzyść jednostce i społeczeństwu, przyjmijcie je i żyjcie zgodnie z nimi".

Podziwu godna skromność, ale to wyjątek wśród religii. Niektórzy twierdzą nawet, że buddyzm nie jest religią, co można uznać za swoisty komplement w zestawieniu z tym, czego nieraz dopuszczają się ludzie religijni wobec bliźnich w imię tej czy innej religii i na jej konto. Takiej pokory wobec rzeczywistości i doświadczenia oraz takiego rozsądnego podejścia do zasad religijnych życzyłbym wszystkim strażnikom "prawd wiary" niezależnie od tego, jakiej religii praw strzegą. Teraz słuchając np. przeciwników metody zapłodnienia in-vitro często odnoszę wrażenie, że oni nie są z tego świata, ale z jakiejś odległej galaktyki, bo ich argumentacja jest... kosmiczna. Dobrze, że chociaż z Internetu wierzącym jeszcze korzystać wolno, bo przecież o tym też zdaje się w Piśmie Świętym nic nie było wspomniane. Zaś argumentów przeciwko zapewne dałoby się trochę sfomułować po właściwym dobraniu, zestawieniu i zinterpretowaniu odpowiednich wersów Biblii. W końcu to gruba księga i niejedno można z niej wyczytać. Czasami nawet rzeczy ze sobą sprzeczne. ;)

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Dzisiaj będzie wpis taki trochę filozoficzny. Filozoficzny, bo z takiego obszaru, gdzie nauka się jeszcze nie zapuściła na dobre i nie ona dyktuje tam warunki. Z obszaru, gdzie wciąż jeszcze nie naukowe teorie, ale spekulacje są być źródłem odpowiedzi na pytania. Odpowiedzi, których prawdziwości czy fałusz nie sposób rozstrzygnąć w ogóle albo tylko metodami filozofii (np. logiką).

Otóż zastanawiałem się ostatnio nad tym, czy możliwe jest podróżowanie w czasie w
przeszłość? Wiadomo bowiem, że w przyszłość można się jak najbardziej wybrać. Ale jak to jest z powrotem, czy też cofnięciem się wstecz od teraz?

Uwaga, dygresja: Jeśli komuś ciśnie się na usta w tym momencie stwierdzenie, że szczęśliwy to człowiek, który ma czas zastanawiać się nad takimi abstrakcjami, to wyjaśnię, że z racji tego, że po mieście poruszam się piechotą i to często po utartych ścieżkach, więc w czasie tych "spacerów", które zabierają sporo czasu, dobrze jest zająć czymś głowę. Iw tej głowie czasem pojawiają się właśnie takie pytania. Odpowiadając na nie nie rozwiążę na pewno żadnego problemu życiowego czy nawet prywatnego, ale pogimnastykuję przynajmniej mózg. A jemu też się przydaje gimnastyka.

Rozważając postawione pytanie nie z punktu widzenia praw fizyki, ale bardziej ogólnych i prostszych zależności przyczynowo-skutkowych doszedłem do wniosku, że gdyby podróże w czasie wstecz były możliwe, to powinniśmy być ich świadkami. Dlaczego? Otóż według mnie z tego prostego powodu, że gdyby była możliwość cofnięcia się w czasie, to dlaczego mielibyśmy zakładać, że nikt nie wybierze się akurat do naszych czasów?

Jest tu jednak pewien problem z teraźniejszością, przyszłością i przeszłością. Otóż dla nas przyszłość jest potencjalna. Nie "stała się" ona jeszcze i może przyjąć niemal dowolną zależnie od naszych wyborów życiowych. Z tego punktu widzenia pojawia się problem, bo przybysz z przyszłości nie może się pojawić wśród nas, skoro tej przyszłości jeszcze nie ma. Nie ma przyszłości, więc nie ma i jego. A kiedy ta przyszłość powstanie, czyli stanie się naszą teraźniejszością przybierając określony kształt, wtedy dzisiejsza teraźniejszość będzie przeszłością. Powrót do tej przeszłości musiałby oznaczać powrót do tego, co już się stało, ze wszystkimi tego dalszymi konsekwencjami. Wracając znów (w rozważaniach, nie w czasie) do teraźniejszości, te konsekwencje musiałyby się "mieć miejsce" już teraz, żeby ich dalsze skutki były widoczne w przyszłości, ale przyczyny tych konsekwencji jeszcze nie ma (bo nie ma przyszłości, do której ona należy), a jeśli nie ma przyczyny, to nie może być skutków. To na pierwszy rzut oka neguje możliwość cofania się w czasie. Ale wydaje mi się, że jest wyjście z tego paradoksu. Nalezy tylko przyjąć pewne założenia.

Pierwsze takie, że wszystkie możliwe przyszłości już istnieją. W formie potencjalnej. My zaś żyjąc w swojej teraźniejszości jesteśmy jak pociąg, który nie jedzie po jedynym możliwym torze, ale w każdym momencie wjeżdża na rozjazd, na którym trafia na jeden z wielu torów pozostających do wyboru. Ten pociąg nie ma stacji docelowej, a to, gdzie się akurat znajduje i dokąd w danej chwili zmierza, zależy od tego, gdzie był wcześniej i na który tor wjechał na ostatnim ze zjazdów. Maszynista zaś (o ile w ogóle jest jakiś) nie wie z wyprzedzeniem, który z tych torów wybierze. To pozwala rozwiązać problem przybywania z przyszłości jako czegoś co nie istnieje, bo to oznacza, że przyszłość nie istnieje jedynie dla nas i teraz.

Drugie założenie, które pozwala ominąć paradoks dziadka (to znaczy sytuację, że wracam do przeszłości, uśmiercam swojego dziadka, wskutek czego ja się nie narodzę i nie wrócę do przeszłości, żeby uśmiercić mojego dziadka, czyli jednak się narodzę i tak w kółko). Otóż aby wyjść z tego zaklętego kręgu można na przykład założyć, że każdy powrót do przeszłości oznacza kreację nowego równoległego ciągu zdarzeń. To znaczy, że nasze "mieszanie" w przeszłości nie ma skutków w tym ciągu zdarzeń, w którym żyjemy i z którego wybraliśmy się w przeszłość. W miejscu naszego pojawienia się pojawia się jakby rozgałęzienie i tworzy się nowa przeszłość niejako "obok" tej, która jest naszym udziałem.

Przyjąwszy te dwa założenia możemy wrócić do zasadniczego pytania: czy możliwe są podróże w czasie wstecz? Dowodem na ich możliwość powinny wizyty gości z przyszłości. Czy mają one miejsce? Tego chyba nie sposób rozstrzygnąć. Wcześniej miałem napisać, że nie mają miejsca, ale potem przyszło mi na myśl, że może te wszystkie doniesienia o UFO czy też niewyjaśnione zdarzenia z rejonu Trójkąta Bermudzkiego są właśnie efektami takich wizyt? Nie rozstrzygam tego, bo nie mam do tego żadnych przesłanek. Ot, mogę sobie jedynie spekulować, co też niniejszym uczyniłem. :-))

Na koniec dodam, że mój racjonalny światopogląd nie zmienił się w ostatnim czasie, jeśli komuś przyszło by na myśl, że jest inaczej, po lekturze tej notki. Racjonalizm według mnie da się pogodzić z całkowicie abstrakcyjnymi rozważaniami. Zresztą w czasach "przednaukowych" większość działalności ludzkiej polegającej na badaniu praw rządzących przyrodą składała się z takich mniej lub bardziej abstrakcyjnych rozważań. Nazywało się to filozofią przyrody.

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape