O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze

Wpisy z tagiem: amatorska psychologia

niedziela, 23 września 2012

Miałem ostatnio dwa pomysły na notki w blogu, których nie chciałem zapomnieć, a których, z różnych względów, w gotowe notki nie miałem czasu lub chęci zamienić. Z tego powodu zacząłem każdą z nich pisać i w formie blogowego szkicu wrzuciłem do wirtualnej szuflady.

Dziś postanowiłem jednej z tych notek nadać ostateczną formę i zajrzałem do szuflady. I z pewnym zaskoczeniem stwierdziłem, że jest tam więcej notek, z czego kilka jest właściwie gotowych do publikacji.

Przejrzałem je wszystkie. Część się zdezaktualizowała, część istnieje tylko w szczątkowej postaci i nie pamiętam, jaki miałem na nie pomysł. Ale jest kilka, które rokują nadzieję. Jedną z nich postanowiłem odkurzyć i wrzucić do blogu. Ponieważ jednak napisałem ją ponad dwa lata temu, więc nie mogłem tego zrobić bez tego przydługiego wstępu, na końcu którego napiszę, że NIE MAM ZIELONEGO POJĘCIA, kim byłem tak zafascynowany w styczniu 2010 roku. Wydaje mi się jednak, że ta fascynacja minęła. I obyło się bez wkładania głowy w śnieżne zaspy w celu jej ostudzenia. Życząc miłej lektury oddaje głos sobie sprzed ponad dwóch i pół roku. Notkę zaś, którą planowałem dziś dokończyć i opublikować, pewnie dokończę i wrzucę do wirtualnej szuflady. Ale chyba na dużo krócej. :)

 

Od jakiegoś czasu przykuwa moją uwagę jedna osoba. Co prawda nie ona jedna, ale tylko w przypadku tej osoby nie potrafię znaleźć odpowiedzi, dlaczego tak się dzieje i może dlatego przykuwa ona moją uwagę bardziej niż ktokolwiek inny.

Próbując dociec, co jest takiego w tej osobie, że mnie tak przyciąga, przeprowadziłem niemal naukową analizę zjawiska. Zwykle to się sprawdzało, a teraz znowu jestem w punkcie wyjścia. W efekcie moich rozmyślań zidentyfikowałem trzy możliwe sposoby drogi rozwoju zainteresowania jednej osoby inną. Potem dorzuciłem jeszcze czwartą. Zacznę o nich pisać po kolei.

Pierwszy czynnik, który może zdecydować o zainteresowaniu tego rodzaju, jakiemu ja ulegam, jest fascynacja fizycznością. Co to dokładnie oznacza, chyba nie muszę pisać, bo wiadomo, że na jednych działają wielkie chabrowe oczy, a na innych wielkie, mięsiste pośladki tudzież inne części ciała. Niestety, w moim przypadku to nie zachodzi. Osoba, którą mam dość często na myśli, jest pod tym względem kwintesencją przeciętności. Może z niewielkim odchyleniem w kierunku, który uważam za interesujący, ale jest to odchylenie naprawdę niewielkie i nie tłumaczy zupełnie mojej fascynacji.

Drugi czynnik to osobowość. Jeśli ktoś nie jest specjalnie pociągający fizycznie, to bywa, że ma coś w swojej osobowości, co przyciąga jednych, choć może to jednocześnie odpychać innych. To kwestia indywidualnych preferencji. Ten aspekt jest zwykle związany z tym, co nazywa się miłością. Ten opisany wcześniej czynnik sprawia bowiem raczej, że ktoś ma ochotę, mówiąc wprost, po prostu z kimś się przespać. Tamten jest bardziej zwierzęcy, instynktowny. Ten zaś zdecydowanie "ludzki". Niestety, to wyjaśnienie również odpada, bo na tej płaszczyźnie nie wiem o rzeczonej osobie prawie nic. Za mało miałem z nią dotąd kontaktów i były one zbyt płytkie, żebym miał materiał do analizy i żeby mogło to zaowocować fascynacją.

Trzeci czynnik właściwie można uznać za odmianę drugiego, ale wyróżniłem go, bo wydał mi się wart wspomnienia. Otóż niekiedy czyjaś fascynacja naszą osobą, o ile jest wyraźnie demonstrowana, może wzbudzić nasze zainteresowanie tą osobą. To działa chyba na zasadzie przyjemnych skojarzeń. Po prostu lubimy bardziej te osoby, które nas podziwiają i w niektórych przypadkach można tą drogą trafić komuś do serca. U mnie to działa inaczej, bo "goła" (w sensie braku innych wspomnianych wyżej czynników) fascynacja mnie raczej odstręcza, a co najwyżej nie działa na mnie. Za to fascynacja połączona z którymś z opisanych wcześniej czynników wzmacnia ich działanie. Zarówno pozytywne, jak i negatywne (to znaczy fascynacja ze strony osoby zupełnie nieatrakcyjnej jeszcze tą jej nieatrakcyjność w moich oczach pogłębia). No i znów nie jest to wyjaśnienie mojego przypadku, bo po pierwsze żadnych objawów fascynacji się nie doszukuję i to nawet próbując się ich doszukać na wszelkie sposoby. Nic. Null. A poza tym z braku tych poprzednich czynników nawet to by nie wystarczyło.

W tej sytuacji jedyne wyjaśnienie, jakie znalazłem, to jakieś działanie podświadome. Może jest coś, czego ja nie potrafię nazwać i zidentyfikować, co trafia bezpośrednio do mojego zapisanego gdzieś w głowie wzorca i pasuje do niego tak dobrze, że daje efekt, o którym piszę. Myślałem przez krótką chwilę o feromonach, ale to niemożliwe, bo do tego chyba potrzebne byłyby bliższe i częstsze kontakty. Pozostają jeszcze jakieś wpływy paranormalne np. voo doo. ;)

Chciałbym wiedzieć, o co chodzi nie tylko dlatego, żeby zaspokoić ciekawość, ale też żeby się z tej fascynacji "wyleczyć". Myślę, że to się nie ma prawa skończyć happy endem (takim, o jakim myśli człowiek zafascynowany drugą osobą). Na dodatek dość intensywnie mnie to angażuje emocjonalnie (i to nie tylko na jawie). Tak sobie dziś myślałem idąc do pracy, czy nie powinienem skorzystać z tych zasp, które leżą po bokach chodników i przy najbliższej okazji nie wsadzić łepetyny w taką zaspę na jakiś czas, żeby przestygła. Tylko czy to pomoże...?

31 stycznia 2010 r.

środa, 24 lutego 2010

Dawno nosiłem się z zamiarem napisania kilku słów na temat tego, jak jedna z zasad fizyki dobrze opisuje zjawisko rozprzestrzeniania się złych emocji i zachowań w społeczeństwie. Nie napisałem o tym dotąd m.in. dlatego, że nie byłem pewien, jak nazywa się ta zasada, którą chciałem wykorzystać. Szukałem pod nazwą, która kołatała mi się w głowie, ale nie znalazłem. W końcu zawziąłem się i wpisałem w Google przybliżoną treść tej zasady. Okazało się, że byłem bardzo blisko, a nie mogłem trafić, bo zamieniłem "h" z "g". Ale do rzeczy.

Jest w fizyce zasada, która mówi: każdy punkt ośrodka, do którego dotrze czoło fali, staje się źródłem nowej fali. Zasada ta nazywa się zasadą Huygensa i moim zdaniem ma ona swój odpowiednik opisujący pewne zjawiska społeczne. Niestety, głównie te negatywne. Na przykład rozprzestrzeianie się agresji. Można napisać z dużą dozą prawdopodobieństwa, że człowiek, który doświadczy agresji, sam staje się źródłem agresji. To jedna z takich "socjologicznych zasad Hyugensa". Inna może dotyczyć poczucia krzywdy. Człowiek, u którego wywołano poczucie krzywdy, staje się źródłem poczucia krzywdy u innych.

Może zabrzmiałoby to czytelniej, gdybym napisał o "krzywdzie" zamiast o "poczuciu krzywdy", ale doszedłem kiedyś do wniosku, co zresztą potem znalazło potwierdzenie w literaturze, na którą natrafiłem, że bardzo trudno jest znaleźć obiektywne kryteria pozwalające określić, co jest krzywdą, a co nie jest i że to zależy od subiektywnego odczucia każdego człowieka. Zaś i tak tym, co człowieka skrzywdzonego skłania do destruktywnych działań, nie jest krzywda jako taka, ale rana w psychice, który nazywa się właśnie poczuciem krzywdy. I nie ma znaczenia, czy krzywda, jaka człowieka spotkała, była rzeczywista, czy pozorna lub wręcz urojona. Poczucie krzywdy nie poddaje się takim racjonalnym klasyfikacjom i nie znika, jeśli nie ma uzasadnienia. Ale dość o krzywdzie i o poczuciu krzywdy, bo temu tematowi od dłuższego czasu planuję poświęcić oddzielną notkę, ale jakoś dotąd nie udało mi się zebrać w jedną sensowną całość tego, co chciałbym o tym napisać.

Wracając do socjologicznych zasad Huygensa chciałbym zauważyć, że mają one moc raczej reguły niż prawa, bo na szczęście niekiedy zawodzą. Z drugiej strony słabo działają w przypadku zjawisk pozytywnych, ale może to zależy od ośrodka (czyli społeczeństwa). Być może są ośrodki bardziej i mniej podatne na rozchodzenie się fal dobrych i złych zjawisk czy emocji. W tym względzie mógłbym wstępnie sfomułować takie prawo, że ośrodek, w którym przeszła jedna fala negatywnych emocji czy zjawisk lepiej transmituje kolejne takie fale, a nawet je wzmacnia. Gorzej natomiast trasmituje fale przeciwne i te raczej tłumi. Nie wiem, czy jest jakiś fizyczny odpowiednik takich praw (o ile można im nadać rangę praw). Ale to nie jest istotne. Nie mam potrzeby ani ambicji formułowania jakichś doniosłych parareli między fizyką a socjologią. Wystarczy, że mogę sobie od czasu do czasu odciążyć mózg z wniosków z przemyśleń, jakie niekiedy w nim prowadzę. Nawet jeśli te rozważania nie są warte funta kłaków. :)

środa, 30 grudnia 2009

Nohil novi sub sole. Właśnie się napiąłem, żeby napisać notkę na temat tytułowy, kiedy coś mnie tknęło, żeby przeczytać sobie ten wpis i... dupa blada, bo bym się zaczął powtarzać. Inna sprawa, że może mało kto z obecnych moich czytelników pamiętałby tamtą notkę nieprzypomnianą. Ale nie, nie można tak po prawie trzech latach znów w te same tony uderzać. Tak stary jeszcze nie jestem, żeby w kółko te same historyjki opowiadać (choć mam wrażenie, że mi się to już jednak zdarza).

Z drugiej jednak strony fakt, że ten temat wrócił jak bumerang, świadczy o tym, że niewiele się w nim zmieniło. Może inne nieco mam podejście i wymagania. Dziś już nie napisałbym, że szukam przyjaciela. Wystarczyłby tytułowy spowiednik (ale na pewno nie ksiądz i to się akurat nie zmieniło). A skąd w ogóle ten pomysł? Na szczęście o tym poprzednio nie napisałem, więc mogę zrobić to teraz bez obaw o powtarzanie się.

Otóż dość dawno temu przeczytałem lub zobaczyłem w telewizorni (dziś już nie pamiętam), że w stolicy działają ludzie, którzy poświęcają swój wolny czas na słuchanie ludzi. Na słuchanie i prawie nic więcej, bo ani nie na doradzanie, ani nie na ocenianie, besztanie, pocieszanie, itp. Prawie wyłącznie na przyjazne, akceptujące słuchanie drugiej osoby. Pewnie jeszcze poza tym robią jakieś drobne wtrącenia dla podtrzymania przekonania oratora, że jest słuchany.

Pamiętam, że tak mi się ta idea spodobała (nie pierwsza i nie ostatnia, do której zapałałem sympatią), że sam chciałem coś takiego robić. Na szczęście nie zacząłem. Dlaczego na szczęście? Otóż dziś, gdy patrzę na to z pewnej perspektywy widzę, że chciałem się tym zająć w duchu bajeczki Andrzeja Waligórskiego:

Zapylała raz pszczółka jakiegoś badyla,
Wtem czuje, że od tyłu też ją ktoś zapyla.
Patrzy się, a to truteń, niejaki Zenobi.
Morał - rób dobrze innym, tobie też ktoś zrobi.

No i właśnie ja w duchu tego morału sobie tak myślałem, że jak zacznę innym robić dobrze, to i mnie ktoś zrobi. Tymczasem w życiu tak dobrze nie jest. Jak zaczniesz ludziom robić dobrze, to wkrótce będzie ich tylu chętnych, że niczym innym się nie będziesz miał czasu zająć. A o tym, że ktoś w rewanżu dobrze zrobi Tobie, możesz zapomnieć. Natomiast przeciwnie, jak komuś dopieczesz, to być możesz pewny, że Ci odda i to z nawiązką. Taki to już ten ludek w kraju nad Wisłą i może nie tylko tutaj.

Tak więc moja działalność w rzeczonej materii skończyła się zanim się zaczęła, za co powinienem dziś błogosławić swój słomiany zapał. Choć nadal uważam, że idea jest wspaniała i godna propagowania. I jak już wspomniałem, mnie by się taki spowiednik przydał. Tyle tylko, że wolałbym go znaleźć w gronie swoich znajomych. Jednak przejrzawszy ich zastępy nie znalazłem takiego, który by się bezwarunkowo nadał, a jedynie 2 osoby (słownie: dwie) nadałyby się warunkowo.

Nie świadczy to bynajmniej o lichej kondcji moich znajomości. Nie. Raczej o pewnych trudnych do spełnienia wymaganiach, jakie takiej osobie bym stawiał, a których niespełnienie osobie żadnej nie odejmuje wartości, ale jednak do tej roli ją dyskwalifikuje. Nie wyliczę tych wymagań, bo po co ktoś się ma ode mnie dowiadywać, jakie w nim widzę braki? Napiszę może tylko, że mało ma to wspólnego z tym, co pisałem kiedyś w podlinkowanej wyżej notce.

Wygląda więc na to, że żeby swojej potrzebie wyspowiadania się (a może dosadniej: psychicznego zwymiotowania) uczynić zadość, musiałbym jakąś nową w tym celu zawrzeć znajomość. Czy jednak godzi się zaznajamiać się z kimś po to jedynie, żeby sobie z niego naczynie zrobić do opróżniania swojej psychiki z nieprzetrawionych treści, które ją zalegają i zatruwają? Czy godzi się do kogo wyciągać rękę znajomość inicjujący z premedytacją planując, że się onego perfidnie wykorzysta i... no nie, nie porzuci potem; wręcz przeciwnie. O ile sam wcześniej jednak nie ucieknie.

A takiego osobnika trzeba nie tylko poznać, ale przez rok minimum intensywnie oswajać. Potem psychikę mu przepatrzeć, przetrzepać, wybebeszyć i na lewą stronę wywrócić, żeby upewnić się, czy nie ma jakiej wady ukrytej; jak balon, co nienapompowany ładnie wygląda, ale po kilku mocniejszych chuchach wykonanych do jego środka pocienia się nagle w jednym miejscu i z hukiem prosto w pysk pęka.

Czy godzi się i gdzie szukać takiego? Czym zwabić i zatrzymać, bo przecież nie wzajemnością przysługi, bo byłoby to jak kwas z kwasem mieszać z czego jeszcze gorszy zajzajer tylko powstać może. A tu trzeba kwas w aqua destilata roztwarzać.

Ale tyle mojego, co sobie popiszę, choć pisać już nie miałem tego roku. Za oknem po odwilży już nie ma śladu, a tymczasem we mnie jakaś odwilż nastąpiła i potokiem wpisów blog zalała. A niech i tak będzie. Czytelników moich zapisków znanych mi osobiście uspokoić na koniec pragnę, że ich kwasem wyżej wspomnianym traktować nie będę; jako że, jak to już wyżej napisałem, kwasoodporni moim zdaniem wystarczająco nie są; czego im bynajmniej za wadę nie poczytuję, a i wiele innych zalet dostrzegam. Na to ja muszę sobie jakiegoś nowego, kwasoodpornego ludka znaleźć. Tylko gdzie, jak i kiedy?

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape