O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze

Wpisy z tagiem: kino

niedziela, 19 kwietnia 2015

Bardzo mało romantyczny tytuł. A ponieważ staram się (nie wiem, z jakim skutkiem) nie powtarzać się w tytułach, to do następnej notki nie będę mógł go już wykorzystać. Ale może kolejną notkę napiszę w jakimś innym interwale czasowym i sprawa się rozwiąże. :)

Tym razem do domu zjechałem tylko na niedzielę, bo w sobotę miałem posiedzenie Komisji. Skorzystałem z tego, że spędzałem w Warszawie piątkowy wieczór i wybrałem się do Kinoteki. Raz już byłem tam w ciągu tygodnia, ale za późno przyjechałem, bo jedyny film, jaki miałem ochotę obejrzeć, już był wyświetlany, a to był jedyny seans tego dnia. Tym razem udało mi się trafić lepiej i obejrzałem "Ciało" Małgorzaty Szumowskiej.

Obejrzałem i... nie wiem, co napisać. Nie mam jasności w temacie. Nie wiem, czy to jest komedia, dramat, film obyczajowy? Osoby, z którymi siedziałem na seansie, kilka a nawet może kilkanaście razy się zaśmiały. W większości przypadków w takich momentach, które mnie aż tak zabawne się nie wydawały. Z drugiej strony miałem dylemat, czy postać grana przez Maję Ostaszewską miała być zabawna? Czy np. sceny prowadzonej przez nią niekonwencjonalnej terapii miały jej postać uczynić godną politowania? Czy może należało do tego, co się dzieje na ekranie, podejść z powagą, w końcu ilustrowany był poważny problem, jakim jest anoreksja. Ja byłem zagubiony. I myślę, że część widowni też, stąd te śmiechy w niezbyt, według mnie, śmiesznych momentach. Choć było kilka zabawnych fragmentów, ale raczej takich na uśmiech niż na chichot czy wręcz rechot.

Miałem niezbyt dobrą miejscówkę, bo tuż obok mnie usiadła dziewczyna, z którą przyszedł, jak przypuszczałem po tym co mówił, jakiś młodociany aktor. Przyjrzałem mu się po wyjściu z seansu przez chwilę, ale nie przypominam sobie, żebym go z jakąkolwiek rolą kojarzył. Może go kiedyś w przyszłości zobaczę na ekranie, ale na razie musiałem z racji tego sąsiedztwa znosić jego dość głośne opinie o różnych szkołach aktorskich (podobno ci z Krakowa w ogóle się nie nadają do teatru, bo nie czują dramatu), jakieś smaczki z czasów studenckich (młody miał zajęcia z "Januszkiem", czyli Gajosem, na II roku), opinie o jeszcze młodszych kolegach (roczniki niższe od jego to w ogóle jakieś nieporozumienie), itp. Mimo wszystko jakoś udało mi się nie stracić wątku w filmie i obejrzeć go uważnie.

Tak się jeszcze ciekawie tego dnia złożyło, że trafiłem do Kinoteki akurat w dniu inauguracji 6. Festiwalu Filmów LGBT. I żeby było jeszcze ciekawiej, film inaugurujący to wydarzenie zaczynał się 15 minut przed moim seansem. W związku z tym dość ciekawe towarzystwo pojawiło się w kinie. :) Nawet zastanawiałem się, czy w tej sytuacji powinienem iść do toalety za potrzebą, żeby to się nie skończyło jakąś niespodziewaną randką. ;) No ale chyba obecnie toalety nie cieszą się takim wzięciem jak w dawniejszych, mniej tolerancyjnych czasach. W każdym razie moja wizyta w tym przybytku przebiegła bez niespodzianek.

Trochę żałowałem, że przez weekend nie będę w Warszawie, a raczej, że nie będę mógł przyjść na filmy wyświetlane w ramach tego festiwalu (bo sporą część soboty spędziłem jeszcze w stolicy). Większości z nich, jeśli nie wręcz wszystkich, nie da się obejrzeć na zwykłych seansach, a to co można obecnie obejrzeć w kinach jest zwykle tak schematyczne lub nudne, że każda odmiana jest przyjemna. No ale festiwal będzie trwał jeszcze po niedzieli, więc może się na jakiś film wybiorę. Wziąłem sobie program na wszelki wypadek.

A tymczasem od poniedziałku będę w pracy pracował fizycznie. Ale nie będzie to jakaś ciężka czy męcząca praca. I nawet się cieszę na tę odmianę. To będzie początek badań, które mam przeprowadzić. Martwi mnie tylko to, że te badania, jak to sobie ostatnio uświadomiłem, mogą długo potrwać. Mamy tylko dwa stanowiska, które właściwie trzeba liczyć jako jedno, bo różnią się sposobem badania i nie są wymienne, a chciałbym zrobić badania sześć betonów w czterech różnych wariantach, które to warianty będą jeszcze trzykrotnie zróżnicowane i to wszystko na czterech próbkach. Łącznie 288 przypadków. Przy założeniu, że da się zrobić jedno badanie dziennie, robi się nieciekawie. Zwłaszcza, że to ma być dopiero pierwszy etap z trzech, może nawet czterech.

Gdzieś będę musiał przykroić ten swój program badań. Chyba, że uda się zmontować drugie stanowisko do badań. Ale i w takim przypadku i tak będzie trzeba z czegoś zrezygnować. Może uda się dodatkowo robić dwa badania dziennie, ale to może być trudne. No nic, będę o tym intensywnie myślał od jutra.

piątek, 13 lutego 2015

Na ile poznałem reakcję niektórych anonimowych czytelników mojego blogu, tytuł mojej notki wyda się niektórym kontrowersyjny. Trudno. Może po przeczytaniu notki do końca niektóre z tych osób zmienią zdanie. Ale może nie, bo część społeczeństwa zrobiła nam się jakaś wyjątkowo delikatna. Przekonałem się o tym niedawno słuchając radia.

Ku mojemu miłemu, na początku, zaskoczeniu pierwszy program Polskiego Radia nadał bardzo fajną piosenkę Andrzeja Grabowskiego "Fest, że się jest". Można ją sobie obejrzeć pod tym linkiem. Słuchałem jej sobie i w trakcie, ku mojemu niemiłemu tym razem, zaskoczeniu dwa razy usłyszałem głośne i natrętne "piiii". Nie pamiętałem, jakież to wulgarne słowa Andrzej Grabowski mógł śpiewać w tej piosence?

Zajrzałem do tekstu w internecie i okazało się, że radiowej obyczajowej cenzurze przeszkadzało słowo "dupa" we frazie "(...) i nie świszcze nam przy dupie bat". Rozumiem, że tak Polskie Radio wykonuje swoją misję? I ja na to płacę abonament... To ja napiszę, że mam dupie takie radio i taką misję.

Wracając do tytułu mojej notki, to jest to tytuł filmu, który obejrzałem w minioną niedzielę. Obejrzałem i mogę z czystym sumieniem polecić. To był pierwszy od bardzo dawna film polski (i nie tylko polski), na którym uśmiech nie schodził mi z twarzy niemal przez całą projekcję. I pod tym względem ten film zdecydowanie przebija "Obywatela" Jerzego Stuhra, który też mi się podobał, ale był jednak mniej zabawny, a bardziej refleksyjny.

Nie wiem dlaczego, ale w moim grajdołku "Polskie gówno" grali w jednym z dwóch kin i to na jednym seansie dziennie o godzinie 20.00. Teraz grają o 22.15. Tymczasem prawdziwe filmowe gówno, bez cudzysłowu, czyli "Pięćdziesiąt twarzy Greya", wyświetlają osiem razy dziennie. Widać jest popyt na ten chłam. Ja pewnym zjawisk społecznych z dziedziny kultury pewnie do końca życia nie pojmę...

A na koniec dla tych ewentualnie wciąż jeszcze zbulwersowanych cytat z twórczości poety, którego wiersze przynajmniej za moich czasów omawiało się na lekcjach w szkole: Wolę polskie gówno w polu, niż fijołki w Neapolu. Dla niezorientowanych dodam, że to Kazimierz Przerwa-Tetmajer. :)

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape