O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze

Wpisy z tagiem: blogi

niedziela, 03 sierpnia 2014

Miałem pisać o czymś innym (poza tym tak w ogóle, to powinienem pisać artykuł za 7 punktów na konferencję do Czech), ale zachciało mi się zajrzeć do kilku blogów z mojego niezbyt rozbudowanego spisu. A potem do kolejnych kilku i w końcu zajrzałem do każdego. A przynajmniej próbowałem.

Wrażenie jest przygnębiające. Kilka blogów nie istnieje. Kilka blogów jest zamkniętych przede mną. Kilka blogów, a może nawet nieco więcej niż kilka, jest martwych lub z rozmysłem zakończonych. Zniknęły, zamknęły się lub zamarły blogi, które uważałem za ciekawsze i żywotniejsze od mojego. Takie, których autorów i autorki jakbym znał, choć nie widzieliśmy się nigdy w realu. Normalnie apel poległych mógłbym urządzić.

Życie jednak toczy się dalej, więc zamiast apelu poległych zrobiłem trochę czystki w odnośnikach. Usunąłem jednak tylko linki prowadzące donikąd. Blogi martwe wszak mogą ożyć (mój blog mógł się takim wydawać ostatnio). A nawet jeśli nie, to w końcu przez jakiś czas lubiłem tam zaglądać po świeże notki, więc nie powinienem teraz udawać, że martwy blog to blog już nic niewart. Wcale nie. Ot, to taki zatrzymany w biegu obrazek.

Zastanawiam się, czy nie zasilić mojej listy blogów w świeżą krew. Ale chyba nie zrobię z tego jakiejś akcji. Ot, może coś samo wpadnie w oko przypadkiem, może przejrzę czasem wpisy z listy ostatnich wpisów na Blox albo blogi komentujących na znajomych blogach. Za to na pewno nie będę odwiedzać blogów z polecenia. Gusta są wszak różne i to, co się jednemu podoba, drugiego może odstręczać. Wyjątek zrobię tylko, jeśli będzie chodziło o blog kogoś, kogo znam osobiście. Wtedy chętnie zajrzę, choć nie obiecuję, że zostanę na stałe. :)

Tagi: blogi roman j
12:44, roman_j
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 maja 2010

Miałem początkowo napisać bardzo krótko o jednym paradoksie, który sobie własnie uświadomiłem. Paradoks ten polega na tym, że na dłuższe wyprawy turystyczne wybieram się praktycznie zawsze z człowiekiem, który mieszka w linii prostej około 100 kilometrów ode mnie. To niestety znakomicie utrudnia nam bezpośredni kontakt i właściwie spotykamy się tylko przy okazji takich właśnie wypraw. Dziwne jest, że tak daleko muszę szukać kogoś, z kim mógłbym się wybrać w Polsce (i nie tylko) pouprawiać turystykę. To paradoksalne, że nie mam nikogo takiego na miejscu we własnym grajdołku. Paradoksalne i znamienne. Chętnie bym to zmienił, ale to nie oznacza, że mam jakieś zastrzeżenia do R., bo to o niego chodzi; wręcz przeciwnie. Mam za to zastrzeżenia do siebie ewentualnie do swojego otoczenia.

Inny paradoks, jaki mi przy okazji przyszedł na myśl, to fakt, że najlepiej dogaduję się z człowiekiem, który jest w wieku mojego ojca (nie będę tutaj pisał, czy dobrze dogadywałem się z moim ojcem, bo ten wpis zacznie przypominać książkę Kurta Vonneguta, którą właśnie skończyłem czytać, a którą wcześniej wspominałem; już ją nieco przypomina i to wystarczy), mieszka po drugiej stronie Atlantyku i mam szansę go spotkać tylko przez około połowę każdego roku. I znów zastanawiam się, jak to się stało, że tak się stało? Nie wiem, czy ten wpis ma czas czytać A., ale na wszelki wypadek napiszę, żeby oddać mu sprawiedliwość, że z nim też się bardzo dobrze dogaduję. Ale to nie jest tak dziwne, skoro znamy się od podstawówki, skończyliśmy razem studia, choć razem ich nie zaczęliśmy, spędziliśmy sporo czasu na różnych wyjazdach, z których mamy wspólne wspomnienia, więc to nie jest taki paradoks.

Trzeci paradoks, który zauważyłem przed chwilą, jest taki, że nie spada popularność mojego blogu turystycznego mimo, że nie napisałem w nim nic już spory kawałek czasu. Nawet do niego nie zaglądałem, bo zaniedbawszy go tak bardzo nie chciałem oglądać skutków tego zaniedbania, żeby nie mieć z tego tytułu wyrzutów. Zajrzałem dzisiaj i widzę, że popularności mu nie ubywa. Fakt, że jest to popularność na bardzo niskim poziomie. Ale ponieważ poziom ten jest i tak wyraźnie wyższy niż przez pierwszy rok jego funkcjonowania i nie spada niezależnie od tego, jak często w nim piszę, więc jest to dla mnie paradoks. Inna sprawa, że popularność tego blogu, w którym piszę wielokrotnie częściej niż w tamtym, dla odmiany nie rośnie powyżej pewnego poziomu także niezależnie od tego, jak często go uzupełniam o nowe treści. Widocznie jestem jakąś składową blogowego szumu i przypada na mnie jakiś udział losowych trafień stosowny do losowych wyborów użytkowników Sieci korzystających z Google'a. Ale w tym akurat nie ma nic paradoksalnego. To jest jak najbardziej zrozumiałe i normalne.

czwartek, 08 kwietnia 2010

Właśnie przeczytałem sobie ten wpis w blogu Anuliny i stwierdziłem, że i ja poświęcę kilka zdań temu tematowi. Przyzwyczaiłem się już do tego, że coraz to nowa osoba z kręgu moich znajomych i przyjaciół dokonuje swoistego coming-out'u oznajmiając, że czyta mój blog.

Poniekąd po to się pisze blog, żeby ktoś go czytał, choć może niekoniecznie zakładając go kilka lat temu tak właśnie widziałem krąg moich czytelników (im bardziej się poszerza, tym bardziej trzeba uważać na słowa i tym bardziej ewoluuje on od osobistego dziennika w kierunku zbioru felietonów). W kręgu ujawnionych czytelników mam już bliższych i dalszych znajomych, kolegów, współpracowników, sympatyków, wrogów, itd. W pewnym momencie okazało się, że są w nim także moi studenci, co było pewną cezurą.

Dotąd jednak nie ujawnił się nikt z rodziny (kiedyś na samym początku podesłałem link do blogu bratu, ale on, jak sam oświadczył, nie ma czasu tego czytać). Jest to o tyle dziwne, że mam przekonanie graniczące z pewnością, że ktoś z mojej rodziny ten blog bardzo uważnie czyta. A potem to, co wyczyta, nadaje po kanałach plotkarskich mojej rozgałęzionej rodziny. Nie wiem, kto to dokładnie jest, ale mam pewne podejrzenia.

Plotkarskim zagłębiem mojej rodziny (i chyba nie tylko mojej) jest pewien niewielki grajdołek leżący niedaleko mojego rodzimego grajdołka na terenie sąsiedniego powiatu niedaleko gniazda rodzinnego mojej matki. Sądzę jednak, że grajdołek ten pełni tylko rolę stacji przekaźnikowej (bardzo zresztą aktywnej). Źródło musi znajdować się gdzie indziej, ale nie chcę mi się na razie prowadzić rodzinnego dochodzenia w tej sprawie. Mam ciekawsze zajęcia.

Ale korzystając z możliwości bezpośredniej komunikacji z tym osobowym żródłem informacji, które zapewne przeczyta i tę notkę, chciałbym uprzedzić, że jeśli miarka się przebierze, to Cię wytropię. A co potem zrobię? No cóż, o tym publicznie pisać nie będę... ;)

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape