O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze

Wpisy z tagiem: alkohol

poniedziałek, 17 września 2012

Tematem wzbudzającym w ostatnich dniach silne emocje jest plaga zatruć metanolem w Czechach. Nie śledzę na bieżąco doniesień w tej sprawie, ale przeglądając tytuły na portalu, gdzie zwykle sprawdzam wiadomości, wyławiam tu i ówdzie jakieś fakty. Rzuciło mi się na przykład w oczy, że jest co najmniej 19 śmiertelnych ofiar. Na pierwszy rzut oka wydaje się to liczbą sporą, ale nie działającą na wyobraźnię. Jeśli jednak porównamy sobie populację Republiki Czeskiej z populacją RP, to z pobieżnych obliczeń wyjdzie, że taka śmiertelność odpowiadałaby zgonom prawie 70 osób w naszym kraju. A to już zaczyna robić wrażenie.

Kiedy szedłem dziś do pracy doszedłem do wniosku, że to, co się dzieje w Czechach, jest bardzo skuteczną kampanią antyalkoholową. Myślę, że żadne zakazy i żadne kampanie społeczne, nawet najbardziej przemyślane i wykonane z wykorzystaniem najnowszych zdobyczy psychologii, nie przyniosą tak skutecznego efektu, jak ta fala zatruć. Oczywiście nie uważam, że właśnie w ten sposób powinno się ludzi skłaniać do zmiany swoich upodobań konsumenckich i spożywania mniejszej ilości mocnych alkoholi lub powstrzymania się od alkoholu w ogóle. Ale warto dostrzec ten aspekt, że strach o własne życie jest skuteczniejszy od najbardziej racjonalnych argumentów, czy nawet drakońskich kar. Przy okazji tej sprawy pomyślałem trochę o moim własnym stosunku do alkoholu. Przynajmniej tym, jaki mam obecnie, bo to się w moim życiu zmieniało i może jeszcze jakoś inaczej wyewoluuje.

Ogólnie jest tak, że w przeciwieństwie do większości naszego społeczeństwa ja za alkoholem nie przepadam. Czuję się przez to wykluczony z tej kultury, w której alkohol stanowi centrum niemal każdego spotkania towarzyskiego czy warunek dobrej zabawy. I nawet by mi to wykluczenie specjalnie nie przeszkadzało, gdyby nie to, że człowiek nie mający ochoty się napić traktowany jest często jak ktoś dziwny czy wręcz gorszy. Takie podejście mnie drażni. Dlatego podoba mi się bardzo dewiza, którą usłyszałem kilka lat temu na jednym z rajdów turystycznych, że "do wódki i do modlitwy nikogo się nie namawia".

Mimo powyższych zastrzeżeń abstynentem jednak nie jestem. I chyba nigdy nie będę. Alkohol, w odpowiadającej mi formie i ilości, traktuję jako element, który może umilić czas, poprawić samopoczucie (albo zdrowie). Ale tylko wtedy, gdy konsumowany jest przeze mnie z własnej woli, na własnych warunkach, w dogodnych dla mnie: czasie, okolicznościach i formie.

Co do formy, to chyba najbardziej odpowiada mi wino (w tym także wermut), pod warunkiem, że nie jest patykiem pisane. Może być też miód pitny. Z piwem mam problem, bo chociaż mnie nie odstręcza, to fanem tego trunku nie jestem. A że jest on bardzo popularny, więc stosunkowo najczęściej trzeba go odmawiać. Jeszcze mniej podchodzą mi destylaty. Z tych toleruję wódki gatunkowe, niektóre czyste, ale to rzadko oraz niektóre winiaki, o ile ich smak jest znośny. Rum lubię jako dodatek do herbaty lub kawy, którą jednak muszę przy okazji osłodzić. Natomiast nie toleruję whisky. Ale jeśli trafię na taką, której smak mnie nie będzie odrzucał, to może złagodzę swoje krytyczne stanowisko.

Z whisky oraz ze wspomnianą wcześniej kulturą proalkoholową wiąże się pewne zjawisko, które trochę mi utrudnia życie. Polak, jak wiadomo, jest istotą, która lubi wyrażać swoją wdzięczność nawet wtedy, kiedy ktoś zrobi dla niego coś, co jest jego psim obowiązkiem. Między innymi dlatego różne czekoladki, koniaczki, wódeczki i inne tym podobne nagminnie trafiają do rąk np. lekarzy. I o ile dzieje się to już post factum oraz nie zostało w żaden sposób (choćby nawet jakąś zawoalowaną sugestią) wymuszone na darczyńcy, to ja jestem skłonny nie uważać tego zwyczaju za naganny. Chociaż niekoniecznie uważam za sensowne takie wyrażanie wdzięczności z powodów podanych powyżej.

Tak się składa, że podobny zwyczaj panuje też wśród dyplomantów, który obdarowują niekiedy w ten sposób opiekunów swoich prac dyplomowych. Zwyczaj ten próbowano tępić, ale z marnym skutkiem. Jak można się domyślić, ja też bywam w ten sposób obdarowywany. Doszedłem w związku z tym ostatnio do wniosku, że chyba jestem słabym opiekunem moich dyplomantów. Dlaczego? Ano dlatego, że jeśli już któryś z nich postanawia już po tym, jak zostanie inżynierem czy magistrem, wyrazić swoją wdzięczność, to prawie zawsze wyraża ją za pomocą whisky albo czystej. Czyli w formie, która dla mnie jest uciążliwa, bo nie dość, że tego nie wypiję, to jeszcze muszę to dźwigać do domu. :)

Ale myślę, że ma to dobre strony. Świeżo upieczony absolwent czuje się lepiej wiedząc, że wyraził swą wdzięczność, a ja czuję się lepiej wiedząc, że jak będę chciał się napić, to będę pił za swoje. Tylko z tymi nietrafionymi dowodami wdzięczności nie ma co potem zrobić. Wystawiałbym je na Allegro, ale na handel alkoholem trzeba chyba mieć koncesję. Na biednych też tego nie mogę oddać. Dać studentom nie mogę, bo zacznie się mówić, że ich rozpijam. Wylać też nie bardzo można, bo środowisko się zatruwa. Nie wiem, czy nie najlepszym wyjściem byłoby zużycie tego alkoholu w jakiejś lampce spirytusowej. Nie wiem tylko, czy na tak szlachetnym i jednak mniej niż spirytus stężonym alkoholu taka lampka by działała. Może więc przerabiać na bioetanol? ;)

środa, 10 lutego 2010

Do napisania tej notki zachęciła mnie notka Ernesta, chociaż związek mojej notki z jego notką jest trudny do uchwycenia. Nie będę się nad tymi powiązaniami rozwodził, ale od razu przejdę do tematu.

Otóż w okolicach świąt tzw. Bożego Narodzenia matka poprosiła mnie, żebym jej kupił jakieś butelkowane cudo z apteki. Jedno z tych, po którym, jeśli wierzyć reklamom, żyje się sto lat z dwoma sercami jak dzwon, ma się łeb jak Karpow z Kasparowem razem wzięci, doskonałą pamięć i wyraźne symptomy nadpobudliwości. Mój stosunek do takich wynalazków jest raczej sceptyczny, ale co będę matce żałował. Poszedłem do apteki i wypatrzyłem coś, co już z racji samej nazwy robi wrażenie na klientach: (baczność!) Doppelherz Energovital Tonik K (spocznij!). Podkreślam tutaj, że to niepozorne "K" na końcu w ostatecznym rozrachunku robi dużą różnicę.

Nie zastanawiając się dłuog kupiłem ten wynalazek, zaniosłem matce i mówię: zażywaj, jeśli masz się po tym lepiej czuć, niż czujesz się teraz. Myślałem, że się ucieszy, ale jakieś pół godziny później widzę, że minę ma niewyraźną. Sądziłem, że może jej zaszkodził ten specyfik, ale okazało się, że przyczyną była lektura ulotki. Na ulotce był skład, a ze składu tego wynikało, że oprócz wina czerwonego słodkiego i jakichś tam wyciągów z ziół nie ma w tym tego, czego moja matka się spodziewała, czyli zatrzęsienia witamin i mikroelementów.

Nieco podminowany tym odkryciem siadłem do komputera i ustaliłem, że są dwa bardzo podobne produkty, których nazwa różni się o to wspomniane "K". Ta wersja, która zawiera witaminy i mikroelementy, dla równowagi nie zawiera "K" w nazwie. To mnie zmyliło w aptece. Sądziłem bowiem, że jeśli do nazwy podstawowej produktu dodaje się jakąś literę, to tak oznaczony produkt jest czymś dodatkowo wzbogacony albo ma nieco zmodyfikowany skład, ale nie podejrzewałem, że może w nim brakować większości ważnych składników. No cóż, zapłaciłem się frycowe. Wziąłem ten nieszczęsny tonik z intencją, że sam się nim będę kurował, a matce za czas jakiś zakupiłem już ten właściwy, zgodnie z jej zamówieniem, produkt.

Kiedy już wysączyłem do końca ten preparat w dawkach 60 ml na dzień, naszła mnie refleksja, że ten Doppelwkręt Energozioło Winiacz to nic innego jak inaczej opakowany wermut dystrybuowany kanałami aptecznymi. A ponieważ w smaku było to bardzo przyjemne, no i z ulotki wynikało, że ma efekty zdrowotne, więc pomyślałem, że warto by tę kurację kontynuować. Pomyślałem też jednocześnie, że nie ma sensu wydawać pieniędzy na kartonowe opakowanie, ulotkę i marżę dla producenta. Tak postanowiwszy będąc któregoś dnia w Auchan kupiłem sobie butelkę... wermutu. Myślę, że pod względem składu nie różni się on znacząco od tego, co wcześniej kupiłem w aptece, a jeśli nawet, to na korzyść. No i kosztuje mniej. Od tamtej pory codziennie konserwuję się trzema dawkami wermutu dziennie. Głównie Martini albo Cinzano, bo uważam, że najlepsze są wermuty włoskie.

Na wypadek, gdyby ktoś chciał mnie tu zwyzywać od alkoholików, dodam, że 60 ml wina (sumaryczna dawka dzienna) zawiera około 9 ml alkoholu, czyli tyle, ile niecała szklanka piwa (200 ml) o zawartości alkoholu 4,5%. Jeśli podzielić to jeszcze na trzy dawki dzienne, to wychodzi po... filiżance piwa. Dla tych, którzy alkohol spożywają wyłącznie w postaci napojów wysokoprocentowych, podam inne wyliczenie: dawka równoważna (dzienna) 40-procentowej wódki to 23 ml. Jeśli podzielić to na trzy, to wyjdzie tak mało, iż do takiej ilości nie opłaca się nawet odkręcać nakrętki, że o siadaniu do stołu nie wspomnę. Jak jest dobra impreza, to czasami straty przy nalewaniu bywają większe. ;)

Reasumując polecam tę kurację każdemu (podana dawka nie naraża na kłopoty z policją, o ile oczywiście nie jest czymś uzupełniana). I proponuję krytycznie patrzeć na reklamowane w TV wynalazki prozdrowotne. Niekiedy ten sam efekt można osiągnąć taniej. :)

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape