O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze

Wpisy z tagiem: studenci

piątek, 17 czerwca 2011

Tytułowy egzamin miał miejsce wczoraj. I chociaż pora jego rozpoczęcia oraz zakończenia była dokładnie określona, to jednak pewne okoliczności sprawiły, że dłużył mi się on bardziej niż kiedykolwiek. Okoliczności te postaram się niżej przybliżyć.

Tak się złożyło, że egzamin pokrył mi się z terminem ostatniej próby chóru. Kiedy ustalałem datę egzaminu kierowałem się tym, żeby mieć wolny ten weekend, bo są podczas niego dwie imprezy, w których chciałem wziąć udział (ostatecznie wezmę udział tylko w jednej). Dlatego ostatecznie ustaliłem termin na czwartek na 18.00 (piątek był już zajęty). Nie skojarzyłem wtedy, że w ten sposób nie będę na ostatnim spotkaniu chóru w tym semestrze.

Samej próby może jeszcze tak bardzo nie żałowałem, ale zakładałem, że po próbie jak zwykle gdzieś się z częścią kolegów i koleżanek wybiorę (np. na karaoke). Ale, żeby mnie ta możliwość nie ominęła, poprosiłem M., żeby podjechał po mnie o 21.15 po drodze z próby. Po drodze to nie bardzo było, ale M. się zgodził. A ponieważ zarówno próba, jak i egzamin planowo powinny skończyć się o 21.00, więc wszystko dobrze by się ze sobą zgrało. Niestety, wszystko ułożyło się nieco inaczej niż zakładałem...

Żeby być na bieżąco wymieniałem z M. co jakiś czas sms-y. I około 20.00 dostałem od niego informację, że próba właśnie się skończyła. Pomyślałem, że pewnie frekwencja nie była na tym ostatnim spotkaniu zbyt wysoka i to dlatego. Rozejrzałem się po sali i stwierdziłem, że szansa na to, żeby być wkrótce wolnym, jest niewielka.

I tutaj, już tradycyjnie w moich notkach, będzie dygresja. Otóż nudząc się jak zwykle na egzaminie, bo egzamin owszem jest źródłem silnych emocji, ale dla piszących, a nie dla mnie, wymyśliłem sobie pojęcie mogące służyć ocenie trudności egzaminu. Pojęcie to nazwałem czasem połowicznego rozpadu grupy egzaminacyjnej (CPRGE). Definicja tego pojęcia jest taka, że jest to czas, po którym na sali zostaje połowa pierwotniej liczby studentów piszących egzamin. Ponieważ jednak czas przeznaczony na egzamin bywa różny, więc porównywanie CPRGE w odniesieniu do różnych egzaminów mogłoby być utrudnione. Dlatego wprowadziłem jeszcze jeden wskaźnik - sprawność egzaminu, zdefiniowaną jako stosunek CPRGE do całkowitego czasu trwania egzaminu. Przykładowo, jeśli egzamin ma trwać dwie godziny, a połowa studentów wyjdzie z niego po półtorej godziny, to CPRGE wynosi właśnie półtorej godziny, a sprawność egzaminu 0,75 lub 75%.

Kontynuując swoje rozważania na ten temat doszedłem do wniosku, że egzamin jest tym lepszy, im ma wyższą sprawność, przy czym powinna ona zdążać do 100%. Wcześniejsze bowiem wyjścia mogą mieć jedną z dwóch przyczyn. Albo egzamin jest za trudny i wielu studentów poddaje się wychodząc wcześniej, albo egzamin jest zbyt łatwy i studenci nie potrzebują do jego napisania całego przeznaczonego nań czasu.

Wracając do wczorajszego egzaminu, to ustaliłem, że CPRGE wyniósł dwie godziny, a więc sprawność egzaminu - ok. 0,67, bo miał trwać trzy godziny. Ale nie było to dla mnie zaskoczeniem, bo celowo na tym terminie dałem proste zadania. I wyraźnie o tym powiedziałem studentom po ich narysowaniu uczulając ich, że więcej takich prostych nie dam, więc niech nie stracą dobrej szansy na zaliczenie przez ściąganie i inne niedozwolone zagrania.

Kiedy dowiedziałem się, że próba chóru skończyła się prawie godzinę wcześniej, rozejrzałem się z nadzieją po sali, że może i egzamin skończę trochę wcześniej, skoro zadania były takie proste. Wiele nawet na to wskazywało, bo godzinę przed końcem była na sali już tylko grupka szesnaściorga studentów. Ale zadziałało niestety niezawodne Doktora Romana J. Pierwsze Prawo Zaliczeń. Brzmi ono tak: niezależnie od tego, jak proste dasz zadania, zawsze co najmniej jeden student będzie siedział nad nimi do końca zaliczenia. Sytuacja rozwijała się tak, że na pół godziny przed końcem ja już kwitłem, a na sali zostało jeszcze sześciu "najzdolniejszych", jak ich określiłem w kolejnym sms-ie do M. Wreszcie kwadrans przed końcem wyszli prawie wszyscy. Został tylko jeden...

Tak się ciekawie złożyło, że siedział on akurat na przeciwległym końcu sali niż ja przy biurku. Nie widziałem więc, jak mocno jest zaawansowany w pisaniu, a i podchodzić mi się nie chciało. Widziałem jednak, że za bardzo się on w to pisanie nie angażuje. A to sobie przyłożył rękę do czoła, a to pokiwał długopisem nad kartką, a to coś poszperał w notatkach. A ja siedziałem i myślałem, jak długo jeszcze?

Żeby jakoś przepędzić te ostatnie minuty prowadziłem z M. dialog za pomocą sms-ów. Dowiedziałem się więc, że wybrali się do jednej z knajpek, gdzie i ja ewentualnie chciałem dotrzeć po egzaminie. Ale chwila ta się odwlekała i w końcu napisałem do M. żartem, że jak za chwilę ten student nie skończy, to ja go własnoręcznie uduszę, a zwłoki wrzucę do Wisły po drodze.

Nie będę szczegółowo streszczał treści naszych sms-ów z M., ale muszę przyznać, że M. odpisywał w duchu tego demotywatora. Napisał, żebym zrobił to delikatnie i żebym uważał jak się będę pozbywał zwłok, żeby mnie ktoś przy tym nie nakrył. ;) Ja odpisałem mu, jaki mam na to patent.

Na szczęście student postanowił zakończyć pisanie i nie musiałem sprawdzać, czy ten pomysł byłby dobry. ;) Było to jakieś trzy do pięciu minut przed końcem. Wykorzystał więc prawie cały przysługujący mu czas. Zobaczymy, z jakim skutkiem. Jeśli zaliczy, to przynajmniej będę miał poczucie, że nie cierpiałem na próżno. ;)

Wieczór był jeszcze młody, więc zdążyłem jeszcze spędzić przyjemnie trochę czasu z koleżeństwem z chóru. Następnym razem muszę lepiej planować terminy i długość trwania egzaminu, ale jedno wiem na pewno. Nie opłaca się dawać prostych zadań, bo i tak na egzaminie wszyscy robią je dwa razy dłużej niż teoretycznie powinno im to zająć. :)

wtorek, 22 lutego 2011

Od poniedziałku zaczął się nowy semestr. Wyraźnie spadło mi w nim obciążanie zajęciami na studiach dziennych. Na zaocznych też mam ich nieco mniej. Mogłem mieć wolny piątek, ale ostatecznie zdecydowałem, że wolę przyjść na dwie godziny w piątek wieczorem, niż kończyć zajęcia w niedzielę o 20:00 i poprosiłem o skorygowanie planu.

Poza tym jestem przekonany, że gdyby nie ta zmiana, to studenci z tej grupy, która miałaby zajęcia w niedzielę do późna, chcieliby się wkręcić na zajęcia do drugiej grupy. Ta ma zajęcia w sobotę rano, ale ponieważ są one w laboratorium komputerowym, więc nie mógłym im iść w tej sprawie na rękę. Przecież nie mogą sobie siedzieć na kolanach.

Na studiach dziennych niewiadomą jest liczba studentów, z którymi będę miał zajęcia. Teoretycznie wiem, że powinno to być 31-32 osoby. Ale w praktyce może się okazać, że będę ich miał mniej. Głównie dlatego, że zmienił się podział na grupy dziekańskie (jest o jedną mniej). Przez to nie dało się ułożyć planu tak, żebym znowu miał zajęcia z tymi samymi studentami, co w zeszłym semestrze, choć z taką myślą był układany. Zagadką jest więc dla mnie, choć to się wyjaśni już w czwartek, jak się studenci podzielą między nas?

Co prawda rozmawiałem już z W., że jestem za tym, żeby trzymać się podziału zgodnego z planem zajęć. Jeśli ktoś chce zmienić grupę, to tylko na zasadzie "głowa za głowę". Czyli musi znaleźć kogoś, kto zgodzi się z nim zamienić. Nie wiem tylko, na ile uda się tę zasadę wyegzekwować. Pewnie ciężar jej egzekwowania spadnie na W., bo ruch transferowy będzie raczej w stronę jego grup niż moich. Niby mniej studentów to lepiej, bo mniej pracy. Ale ja się w takiej sytuacji czuję nie fair wobec W.

Jest szansa, że ubędzie mi dwóch kolejnych dyplomantów. W ten sposób ubędzie, że się obronią. Najbliższe "okienko" do obron otwiera się w marcu i chyba uda się przez to okienko wypchnąć dwóch studentów. Dobrze by było, bo chociaż na razie w kwestii dyplomantów mam względny spokój, ale to cisza przed burzą. Podczas ostatniego rozdziału tematów dyplomów byłem tak popularny, że teraz mogę nie udźwignąć ciężaru tej popularności, kiedy moi dyplomanci wezmą się ostro do pracy. Wydałem dwa razy więcej tematów niż planowałem. Zdziwił mnie ten popyt, bo nie wydaje mi się, żebym był popularny wśród studentów jako wykładowca. No ale nie zamierzam roztrząsać. Jeśli uznam, że mam tych dyplomantów już zbyt wielu, to najwyżej ograniczę podaż w najbliższych latach.

I na koniec jeszcze coś z innej beczki. W sobotę zainaugurowałem tegoroczny sezon turystyczny. Nie sam, ale w liczniejszej grupie, którą skrzyknął mój imiennik z PTTK-u. Ponieważ od kilku miesięcy jest już stypendystą ZUS-u, więc żeby jakoś zająć sobie czas, co 2-3 tygodnie organizuje rajdy piesze po okolicach mojego grajdołka i na jeden taki się właśnie z nim wybrałem.

Jak będzie dalej, zobaczymy. Ze względu na zajęcia na studiach zaocznych większość weekendów mam z głowy. Ale z drugiej strony kto powiedział, że turystykę można uprawiać tylko w weekendy? Poza tym kilka z nich mam jednak wolnych. Myślę, że te wolne wykorzystam na jakieś dłuższe wypady. Może nawet w góry, ale to raczej późną wiosną, bo wybrałbym się nie na narty, ale po punkty na GOT.

Zrobiłem też na swoim turystycznym blogu wstęp do opisu OWRP 2009 (takie mam tam zaległości...). Może do chwili rozpoczęcia tegorocznego OWRP-u uda mi się opisać przynajmniej ten z 2009 roku. :)

czwartek, 17 lutego 2011

Dzisiaj druga i ostatnia część przykazań egzaminacyjnych.

14. Jeśli nie jesteś przygotowany, wyznaj to Egzaminatorowi od razu. Pamiętaj, że dobrowolne i szczere przyznanie się do winy, to okoliczność łagodząca w każdym postępowaniu dyscyplinarnym.

Dobra rada. Pozwala zaoszczędzić czas zarówno studentowi jak i egzaminatorowi. A czasami także stresu pierwszemu i nerwów drugiemu.

15. Skoro się tylko uczyłeś, lecz nie nauczyłeś, to nie mów tego Egzaminatorowi. Czy uważasz, że nie jest on człowiekiem dostatecznie rozgarniętym, aby sam się w tym nie zorientować? Toteż dwója nie oznacza, że nic nie umiesz. Umiesz, tyle że niedostatecznie.

W tym przykazaniu ujęły mnie dwa ostatnie zdania, bo właśnie w ostatniej sesji jeden ze studentów, któremu nie udało się zaliczyć, ale coś tam jednak na zaliczeniu zrobił, stwierdził z wyraźnym rozżaleniem, że dostanie dwóję tak samo jak ci, którzy nic nie umieją i nic nie zrobili. Odpowiedziałem mu wtedy filozoficznie, że taka już jest specyfika oceny niedostatecznej, że dostają ją zarówno ci, którzy nie umieją nic, jak i ci, którzy umieją całkiem sporo, ale jeszcze za mało.

20. Nie zawstydzaj Egzaminatora, schlebiając mu. Nie używaj więc zwrotów w rodzaju: „Jak dowodzą Pańskie dzieła”; „Pańskie genialne koncepcje”; „Jedynie słuszny jest Pański pogląd”. Egzaminator jest człowiekiem skromnym, choć zapewne na takiego nie wygląda.

Rzadko na szczęście, ale zdarza się, że studenci próbują podnieść swoje szanse na zaliczenie pochlebstwami. Kilka lat temu ubawił mnie student, który lekko podcięty wparował do mojego pokoju i zaczął od apostrofy "Panie profesorze!" Zanim zaczął wyłuszczać, z czym do mnie przyszedł szybko sprostowałem, że nie jestem profesorem. Na co machnał lekceważąco ręką i zripostował "Ale na pewno Pan będzie". Na to dictum już nie znalazłem odpowiedzi.

21. Jeśli z wyglądu przypominasz mężczyznę – choć Egzaminator często ma po temu uzasadnione wątpliwości – to nie dukaj, nie stękaj, nie wzdychaj rozdzierająco ani nie popłakuj. Miej litość nad Egzaminatorem i nad samym sobą. Pociesz się, że ani w wojsku, ani podczas kolędy nikt o tak trudne rzeczy pytać Cię nie będzie.

Ja także jęczyduszom mówię stanowcze "nie". Jeśli ktoś próbuje mnie zmiękczyć jękami, prośbami o litość, miłosierdzie, modlitwami, nowennami, itp., nic nie uzyska. Co najwyżej mnie zniesmaczy. Czasem taki jęczydusza, kiedy już uzyska zaliczenie własnymi siłami, myśli, że to dzięki mnie i dziękuje mi potem, jakby mi co zawdzięczał. Wtedy w myślach, bo na głos nie mogę, powtarzam sobie to, co mówił żartobliwie mój kolega z liceum, kiedy mu ktoś za coś dziękował: "Nie dziękuj. Pierwszy bym pałkę strzaskał na Twej głowie..." Nie mówię tego na głos m.in. dlatego, że obawiam się, że żaden z tych, którzy by to usłyszeli, nie skojarzyłby tego cytatu z Mickiewiczem. Za to mogliby pomyśleć, że mam wobec nich jakieś wrogie zamiary albo co gorszego... ;)

22. Jeśli natura stworzyła Cię kobietą, możesz Egzaminatora kokietować. Ale nie wolno Ci – niewiasto płocha – czynić mu wyrzutów, zasypywać pretensjami, urządzać mu scen, wpadać w histerię, dostawać spazmów, ani objawiać rozdrażnienia podyktowanego DSP (dysforyczny syndrom premenstruacyjny). Pociesz się, że powetujesz to sobie z nawiązką po wyjściu za mąż. A co dopiero jak zostaniesz teściową!

Nic dodać, nic ująć. :)

23. Nie nauczyłeś się, ponieważ byłeś chory, nieszczęśliwy, pokrzywdzony, zbolały, lub zrozpaczony. Miałeś kłopoty z szefem, żoną (mężem), teściową, trzódką niebożątek, szwagrem lub plebanem. Wypadł Ci szpital, pielgrzymka, kolęda, poligon, remanent, podorywka lub świniobicie. Bądź pewien, że Egzaminator szczerze Ci współczuje – choć pewnie i na to nie wygląda – ale oceny pozytywnej za to Ci nie postawi.

Bardzo ważne przykazanie! Jedno z tych, które moi studenci powinni sobie wziąć do serca. Ja wiem, że nieszczęścia chodzą po ludziach. I nawet jestem gotów z racji takiego nieszczęśliwego wypadku iść komuś na rękę i np. zgodzić się na zaliczenie w innym terminie niż planowy. Ale jeśli ktoś zamierza z tego ułatwienia skorzystać powinien liczyć się z tym, że będę oczekiwał uprawdopodobnienia sytuacji, która uprawnia do takiego specjalnego traktowania. Jeśli ktoś trafił do szpitala, poproszę o wypis, jeśli komuś umarł ktoś z najbliższych, poproszę o akt zgonu. Nie dlatego, że pałam niezdrową ciekawością, ale dlatego, żeby wykluczyć sytuacje, które nie miały miejsca. Ostatnie zdanie przykazania chyba nie wymaga dodatkowych komentarzy. :)

24. Oblawszy egzamin, nie wiń za to Egzaminatora, lecz siebie. Pamiętaj, że to nie on Cię oblał, tylko to Ty oblałeś.

To też jest bardzo cenne zalecenie. Takie podejście do sprawy dowodzi dojrzałości. :)

sobota, 12 lutego 2011

Ostatnio A. podesłał mi mailem "Przykazania egzaminacyjne", które można znaleźć w Sieci opublikowane na stronach Uniwersytetu Śląskiego. Adresu nie podam. Google nie gryzie. Publikować ich tutaj w całości też nie zamierzam. Jednak prawem cytatu zacytuje tu wybrane wraz z własnym komentarzem. Dziś pierwsza część.

1. Nie telefonuj do Egzaminatora w sprawach egzaminacyjnych, a tym bardziej nie zlecaj tego rodzicom, sąsiadom, teściowej czy swemu spowiednikowi. Pamiętaj, że telefon Egzaminatora to nie informacja, zegarynka, „gorąca linia”, telefon zaufania, pogotowie psychiatryczne itp.

To przykazanie ostatnio miałem ochotę wypisać w widocznym dla studentów miejscu. I tylko słowo "telefonuj" zamieniłbym na "pisz maili". W tej sesji moja skrzynka pocztowa co rusz odnotowywała maile od studentów. Ja rozumiem, że to jest wygodna forma komunikacji, ale jak się ma około 200 studentów (łącznie) i każdy zada jedno pytanie, to się zaczyna robić tego dużo. Poza tym ja jestem dla studentów dostępny na konsultacjach dwie godziny tygodniowo (w semestrze, bo w sesji więcej), a poczta elektroniczna sprawia, że jestem dostępny nieustannie. A mój angaż nie przewiduje pracy w takim systemie. Zastanawiam się w tej sytuacji, czy nie ogłosić, że na maile studentów odpowiadam tylko raz w tygodniu? Może to spowoduje spadek popularności tej drogi komunikacji.

2. Jeśli przyszedłeś na egzamin, to nie rejteruj spod drzwi. Nie bój się poznać siły swego intelektu. Nie każdego, jak tylko zaczyna myśleć, od razu głowa boli.

Dobre. Ja bym napisał nieco inaczej (inna specyfika zaliczeń): Jeśli przyszedłeś na egzamin, to przynajmniej oddaj kartkę. Może dostaniesz dwóję, ale będzie ślad, że próbowałeś. To może zdecydować o tym, że dostaniesz dodatkową szansę.

3. Ubierz się odpowiednio. Egzaminator z pewnością Cię nie przyjmie, jeśli uzna, że wyskoczyłeś właśnie na piwko, a do niego wpadłeś przechodząc. Zważywszy, że niektórzy panowie nie rozumieją słowa „odpowiednio” komunikuję, że jeśli masz na sobie dżinsowe portki, sweterek lub koszulę bez krawata, to w takim stroju możesz udać się co najwyżej na egzamin na kartę rowerową albo na wieczorek poetycko-muzyczny.

W tej kwestii nie jestem tak wymagający. Może to kwestia różnicy pokoleniowej i faktu, że ja pod krawatem przychodziłem na egzaminy od magisterskiego wzwyż. Co więcej, jest jakaś taka dziwna reguła (ale nie prawo, bo są wyjątki), że im mniej student ma w głowie na egzaminie, tym bardziej elegancko przychodzi nań ubrany. Mnie wystarcza, że student na zaliczenie przychodzi dogolony (wystarczy w miejscach, które widać), domyty i schludnie ubrany. Niektórzy mogliby też zainwestować w szampon przeciwłupieżowy, bo zima zimą, ale śnieg na sali egzaminacyjnej to nadmiar szczęścia.

Miałbym też dla studentów jedno zalecenie dotyczące dnia codziennego, a nie tylko zaliczeń czy egzaminów. Nie przychodzcie na uczelnię w dresach. Dres, jako ubranie sportowe, świetnie nadaje się na przechadzkę po lesie, przebieżkę po parku, wyjście na stadion, bazar czy na ustawkę. Nie jest jednak właściwym strojem na uczelni (chyba, że na AWF-ie). Człowiek mający ambicje zdobycia wyższego wykształcenia powinien umieć odróżnić uczelnię od wiejskiej dyskoteki.

4. Nie przychodź też w okryciu wierzchnim, bo to nie sklep, poczekalnia dworcowa czy noclegownia.

Z tym się zgadzam. Wyjątkiem mogą być konsultacje.

5. Oczekując na egzamin nie wydzieraj się wniebogłosy ani nie wydawaj oślich ryków, nie mówiąc już o dźwiękach, co do których Egzaminator nie może wyjść z zadziwienia, że mogą pochodzić z ludzkiej krtani. Nie jesteś ani w zoo, ani na rykowisku, ani na meczu piłkarskim.

To by się przydało przykazać nie tylko w związku z egzaminami. Studenci często nie zdają sobie sprawy, jak słabą izolację akustyczną stanowią drzwi do pokojów wykładowców czy do sal zajęć. Dlatego jeśli stoisz na korytarzu w oczekiwaniu na zajęcia lub na konsultacje, bacz na język, bo wszystko, co nieopatrznie powiesz, może się obrócić przeciwko Tobie. Poczucie humoru wykładowcy też ma swoje granice, a fakt, że studiujesz budownictwo, nie oznacza, że masz się na uczelni wprawiać także w budowlanej "łacinie".

6. Nie żuj gumy. Nie jesteś krówskiem na pastwisku, które musi przeżuwać treść żołądkową, a Egzaminator nie jest weterynarzem.

Tu się znów okażę bardziej wyrozumiały od autora cytowanych przykazań. Może to znów różnica pokoleniowa, a może fakt, że nie powinno się od innych wymagać więcej niż od siebie. A ja akurat dość często żuję gumę, choć staram się tego unikać na zajęciach (czasem się jednak zapominam). I ja zdecydowanie wolę, jeśli student będzie w mojej obecności żuł gumę (jeśli powstrzyma się od tego rozmawiając ze mną) i kiedy będzie się do mnie zwracał z ust jego wydobywał się będzie świeży zapach mięty, niż gdyby miał mi ziać w twarz (co się niestety zdarza): skwaśniałym oddechem nałogowego nikotynisty, chuchem trącającym alkoholem na różnym etapie trawienia czy powalającym smrodem przedwczorajszego śniadania gnijącego mu między zębami.

I jeszcze na zakończenie dzisiejszej części kilka kolejnych przykazań, które uważam za cenne i niewymagające komentarza.

8. Z Egzaminatorem rozmawiaj jak uczeń z mistrzem, a nie jak Polak z Polakiem.

11. Wiedz, że Egzaminator jest Ci po ojcowsku życzliwy – choć być może na to nie wygląda – ale nie będzie się bawić w dobrego wujaszka. Masz w końcu swojego.

13. Nie proś o pytania dodatkowe. Egzamin polega m.in. na tym, by znaleźć luki w Twoich wiadomościach, a nie wiadomości w lukach.

czwartek, 10 lutego 2011

Pod poprzednią notką znalazł się komentarz, na który odpowiedzi udzielę w niniejszej notce. Może nie dlatego, że uważam go za jakiś szczególnie istotny, ale raczej dlatego, że odpowiedź może być dość obszerna, a wtedy taki kawałek literatury ;) wolę wrzucić do notki niż do komentarzy. :) Pogrubioną kursywą będę zaznaczał treść komentarza, na który odpowiadam.

Jeżeli Pańscy studenci potrafią odtworzyć tylko zadania z notatek które były rozwiązane na ćwiczeniach, to oznacza że nie mają wiedzy, takiej jaką Pan od nich wymaga,

Zanim przejdę do meritum, chciałbym zauważyć kilka drobnych nieścisłości. Przede wszystkim nie napisałem w mojej notce, że moi studenci "potrafią odtworzyć tylko zadania z notatek". Napisałem, że dla niektórych moich studentów proste są tylko takie zadania, które można przepisać z notatek. Z powyższego nie wynika wcale, że studenci nie potrafią rozwiązywać innych zadań. Poza tym prosiłbym, żeby nie traktować moich zapisków z powagą zarezerwowaną dla publikacji naukowych, czy choćby nawet publicystyki. To jest blog, czyli forma najbardziej zbliżona do felietonu, a chyba nie muszę tłumaczyć, jakimi prawami takiego rodzaju publikacje się rządzą.

Przechodząc jednak do meritum, to rzeczywiście część spośród moich studentów zapewne nie posiada tej wiedzy, jakiej od nich wymagam. Przynajmniej takie są symptomy. Problem polega jednak na tym, że nie jest to ta wiedza, którą ja mam im przekazywać na swoich zajęciach, ale ta, z którą oni na moje zajęcia powinni już przyjść. Bez wcześniejszego przyswojenia sobie tej wiedzy moja działalność dydaktyczna staje się w dużym stopniu bezcelowa.

szczerze mówiąc za niepowodzenia Pańskich studentów winił bym komunikacje, ewentualnie sposób przekazania wiedzy.

Jeśli są między mną a moimi studentami problemy komunikacyjne, to mogą one wynikać, w mojej ocenie, jedynie z tego, że ja się do nich zwracam, jak do dorosłych ludzi, którzy mają opanowaną wiedzę z zakresu szkoły średniej i z wcześniejszych semestrów studiów. Owszem, przedmiot, którego uczę (a właściwie jeden z nich, który miałem na myśli pisząc poprzednią notkę) jest do pewnego stopnia abstrakcyjny. Posługuję się na nim wzorami, symbolami, wykresami. Ale to, z czym studenci się na nim spotykają, nie jest dla nich czymś nowym, bo moje zajęcia są rozszerzeniem tematyki zajęć odbywanych na wcześniejszym semestrze. Tak na poczekaniu przeleciałem w głowie poruszane zagadnienia i doszedłem do wniosku, że nie wprowadzam żadnych nowych pojęć.

Jeśli chodzi o sposób przekazywania wiedzy, to nie chcę być sędzią w swojej sprawie. Owszem, kiedy pytam, czy studenci mają jakieś pytania i okazuje się, że nie mają, wtedy zawsze żartobliwie stwierdzam, że w takim razie albo rozumieją wszystko, albo nie rozumieją nic, a ja optymistycznie zakładam, że mam do czynienia z tą pierwszą sytuacją. Może jest przeciwnie. Ale to chyba w interesie studenta jest zdobyć potrzebną wiedzę i dopóty niepokoić prowadzącego zajęcia pytaniami, aż uzyska odpowiedź na swoje wątpliwości.

Jak również zastanawia mnie to czy jeżeli Pan kieruje się pasja podczas tworzenia zadań, czy ta pasja nie przekracza materiału jaki Pan zdołał przedstawić, oraz czy nie przekracza umiejętności osób zdobywających wiedzę w tym zakresie?

Pytanie jest źle postawione, ale nawet na tak źle postawione pytanie mogę odpowiedzieć, że nie, nie przekracza. Ponieważ zagadnienia, które stanowią treść moich zajęć słabo nadają się na przykłady w mojej odpowiedzi, dlatego posłużę się zagadnieniami z postawowej matematyki. Wcielą się one w rolę zagadnień z zakresu mojego przedmiotu.

Otóż te zagadnienia, których opanowania wymagam od studentów, można porównać do wykonywania postawowych działań arytmetycznych na liczbach np. trzycyfrowych. Do poprawnego wykonania takich zadań potrzebna jest znajomość tabliczki mnożenia, metod wykonywania mnożenia oraz dodawania, a także znajomość zasad regulujących kolejność wykonywania działań. To są zagadnienia (w przenośni), które muszą być przez studentów opanowane, zanim przyjdą do mnie na zajęcia. I tego bezwględnie od nich wymagam. I na tym większość z tych, którzy nie zaliczają, się potyka.

Kontynuując moje matematyczne porównanie napiszę, że moja "pasja" w układaniu zadań sprowadza się do tego, że staram się za każdym razem tak jakby ułożyć inny, ciekawszy układ liczb wykorzystując nawiasy i znaki działań. Jest to o tyle konieczne, że w przypadku zgody na korzystanie z książek i notatek nie mogę popaść w schematyzm i rutynę, bo wtedy mogłoby się zdarzyć, że ułożone przeze mnie zadanie byłoby do znalezienia wraz z rozwiązaniem w tych materiałach. Na szczęście liczba potencjalnych zadań, jakie można ułożyć, jest właściwie nieograniczona. A ja staram się układać takie, żeby były ciekawe i żeby sprawdzały znajomość zasad rozwiązywania, a nie umiejętności odtwarzania zadań z notatek czy z książek (identycznych lub ewentualnie w niewielkim stopniu zmodyfikowanych).

Napiszę jeszcze, dlaczego uważam, że pytanie jest źle sformułowane. Otóż chciałbym zwrócić uwagę na ważny fakt, że dyskusja toczy się o studiach. Studia, jak sama nazwa wskazuje, są czasem studiowania. I nie wiem, czy tylko mnie słowo "studiowanie" kojarzy się, między innymi, z samodzielną pracą z literaturą? Kiedy ja studiowałem, a nie było to wcale tak dawno, oczywistością było, że część wiedzy zdobywało się z książek. Było to niezbędne, bo materiał wykładanych przedmiotów jest zwykle obszerniejszy niż mogą go pomieścić przewidziane liczby godzin wykładów i innych zajęć. Poza tym wykładowca, nieco inaczej niż nauczyciel, ma za zadanie wykładać, a nie uczyć. Nie mam bynajmniej na myśli tego, że wykładowca nie ma za zadanie przekazywać wiedzy i to w sposób przystępny. Oczywiście, że taka jest jego rola. Ale ma ją przekazywać, a nie wkładać (albo może nawet wbijać) do głów. Jeśli do kogoś przekaz nie trafia i nie daje się tego problemu rozwiązać czy to poprzez dodatkowe wyjaśnienia, czy też przez indywidualne konsultacje, może wtedy trzeba sięgnąć po literaturę?

Tylko, że widzę, że dużym problemem jest samodzielne zdobywanie wiedzy przez studentów. Powinno ono być ważnym elementem procesu studiowania, a wszystko wskazuje na to, że nie ma ono miejsca lub odbywa się w szczątkowej formie. Niektórzy studenci nie przyswajają nawet wiedzy, którą się im bezpośrednio przekazuje. Niekoniecznie dlatego, że jest ona przekazana w formie niezrozumiałej, ale dlatego, że na przykład szybko odkrywają, że zamiast opanować jakąś metodą rozwiązywania nauczanych zagadnień można skorzystać z programu komputerowego, który ich w tym rozwiązaniu wyręczy. Skutek jest paradoksalny, bo niektórzy studenci nie znając metody, a dysponując tylko przykładami z rozwiązaniami próbują szukać związków między założeniami i wynikami. Potem widząc podobne zadania próbują zgadnąć wyniki na podstawie wyszukiwanych naprędce analogii, zamiast po prostu zadanie rozwiązać. Co gorsza, analogii tych szukają bardzo nieudolnie. To tak, jakby próbować ustalić, jaki będzie wynik mnożenia dwóch liczb analizując, jak się mają wyniki kilkunastu takich mnożeń do przemnażanych liczb. "Jeśli tu jest dwójka na drugim miejscu w jednej liczbie, i dwójka na drugim miejscu w drugiej liczbie, a w wyniku na tej pozycji jest czwórka, to pewnie dwójce na drugiej pozycji w obu liczbach zawsze odpowiada czwórka" - to chyba oczywiste, że takie rozumowanie prowadzi do błędnych wniosków i potem takich wyników.

Tak jak się spodziewałem, trochę się rozpisałem. Nie wiem natomiast, czy udało mi się wystarczająco jasno przestawić, jak wygląda sytuacja. Pewnie nie, skoro być może problem leży w komunikacji z mojej strony...

 
1 , 2 , 3 , 4

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape