O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze

Wpisy z tagiem: religia

czwartek, 04 czerwca 2015

Czy tylko takich jak ja ateistów dziwi to, że w dzień ponoć tak ważnego dla chrześcijan religijnego święta większość hierarchów na "religijnych demonstracjach" urządzanych z tej okazji mówiła o polityce, a nie o Ewangelii?

środa, 03 października 2012

Wiele osób (nie chcę ryzykować przesadnego optymizmu pisząc, że większość) zna na pewno przypisywane Albertowi Einsteinowi stwierdzenie, że "bóg nie gra w kości". To była ponoć jego reakcja na wnioski wynikające ze stworzonej przez niego teorii względności.

Z tego cytatu można by wysnuć wniosek, że wielki fizyk był człowiekiem wierzącym. W zasadzie nie znam jego biografii, więc nie mogę kategorycznie stwierdzić, że na jakimś etapie życia nim nie był. Ale właśnie trafiłem na bardzo ciekawy cytat z listu Alberta Einsteina do filozofa Erika Gutkinda (nie będę udawał, że wiem, kto zacz, ale to nieistotne), z którego wynika, że stosunek wybitnego noblisty do idei boga był, delikatnie to ujmując, sceptyczny.

Artykuł na ten temat można znaleźć pod tym linkiem. Ale mnie to nie wystarczyło i wygrzebałem z Sieci dłuższy fragment tego listu. Następnie posiłkując się tu i ówdzie słownikiem, bo mój niemiecki trochę zaśniedział, dokonałem przekładu tego fragmentu na język polski. Może nie jest to przekład wysokiej jakości, ale doskonale oddaje przesłanie zacytowanego fragmentu listu. Poniżej wklejam najpierw niemiecki tekst znaleziony w Sieci tutaj, a następnie moje tłumaczenie (jeśli ktoś uważa, że można to zrobić lepiej, to zapraszam do komentarzy).

Das Wort Gott ist für mich nichts als Ausdruck und Produkt menschlicher Schwächen, die Bibel eine Sammlung ehrwürdiger, aber doch reichlich primitiver Legenden. Keine noch so feinsinnige Auslegung kann (für mich) etwas daran ändern. Diese verfeinerten Auslegungen sind naturgemäß höchst mannigfaltig und haben so gut wie nichts mit dem Urtext zu schaffen. Für mich ist die unverfälschte jüdische Religion, wie alle anderen Religionen, eine Inkarnation des primitiven Aberglaubens.

Słowo Bóg nie jest dla mnie niczym więcej niż wyrazem i wytworem ludzkiej słabości, Biblia zbiorem dostojnych, ale jednak dość prymitywnych legend. Żadna, nawet najbardziej [ich] wyrafinowana interpretacja nie może (dla mnie) nic w tej kwestii zmienić. Te wysublimowane interpretacje są oczywiście wysoce zróżnicowane i nie mają prawie nic wspólnego z oryginalnym tekstem. Dla mnie ta oryginalna żydowska religia jest, jak wszystkie inne religie, wcieleniem prymitywnego zabobonu.

Te kilka zdań trafia w samo sedno. Między innymi określa religie (wszystkie) mianem zabobonu, z czym się bezdyskusyjnie zgadzam. Miałem nawet notkę o zaskakującym związku wiary w przynoszącego pecha czarnego kota, zwiastującą nieszczęście liczbą trzynaście, obawą przed przechodzeniem pod drabiną czy innych zabobonów z religijnością. Zauważyłem bowiem, że często sprawy te idą ze sobą w parze. Głęboka religijność z głęboką wiarą w bzdurne zabobony.

Nie ma w tym nic dziwnego, że ta sama osoba, która uważa, że np. kot o czarnym umaszczeniu czy liczba trzynaście może sprawić, że spotka go nieszczęście, wierzy, że odklepywana regularnie formułka adresowana do jakiejś nieistniejącej, wymyślonej acz wszechwładnej rzekomo istoty, sprawi, że istota ta tak wpłynie na bieg procesów składających się na nasze codzienne życie, żeby tej właśnie osobie w życiu się powodziło. I nikogo nie zastanawia, że jednoczesne dogodzenie kilkuset milionom klepiących modlitwy może być po prostu niemożliwe. Nie dziwne jest też, że kościół energicznie zwalcza wszelkie zabobony. Konkurencję należy tępić. :)

sobota, 16 czerwca 2012

Pod koniec poprzedniej notki postawiłem tezę, że modlitwa może szkodzić. Na psychikę. W tej notce wyjaśnię, dlaczego tak uważam.

Myśl ta przyszła mi do głowy już wcześniej, ale dopiero wczoraj dojrzałem do tego, żeby sformułować ją w formie notki w blogu. Siedziałem sobie przy komputerze, czekałem aż obiad, który sobie szykowałem, dogotuje się i łowiłem jednym uchem treści płynące z włączonego w kuchni radia. Akurat było to Radio Maryja, bo wbrew poglądom niektórych, czasem zapoznaje się z tym, co mają do powiedzenia przedstawiciele opcji mi całkowicie obcej.

Akurat w radio trwała modlitwa popołudniowa, a ja pomyślałem, że dla kogoś, kto nie wie, o co chodzi, może to wyglądać jak audycja na temat przemocy domowej lub wykluczenia. No bo co byście pomyśleli słysząc, jak starsza osoba mówi drżącym głosem: Zmiłuj się nade mną, Boże, bo prześladuje mnie człowiek, uciska mnie w nieustannej walce. Wrogowie moi wciąż mnie prześladują, liczni są ci, którzy ze mną walczą.

No nic innego, tylko ktoś babci dokucza, prawda? Jest niedobrze: Przez cały dzień mi uwłaczają, ale chyba widać też pewne przejawy paranoi: wszystkie swe zamysły przeciw mnie kierują. Schodzą się, czyhają, śledzą moje kroki, godzą na me życie. Jeśli tak jest, to jest sprawa nie dla boga, ale dla policji.

Ktoś powie, że to przecież tylko psalm. Twórczość literacka człowieka, który żył dawno temu i swoje przeżycia zapisał w postaci lirycznej. W końcu Jan Kochanowski też pisał treny po śmierci swojej ukochanej córki Urszulki. Zgoda. Ale czy ktoś w Polsce katuje się czytając codziennie dwa lub trzy treny Kochanowskiego? I czy ktoś traktuje je nabożnie i śmiertelnie poważnie?

Może są tacy, ale ja bym takich osób nie zaliczył do przedstawicieli społecznej normy, ale do jakiejś psychologicznej aberracji mającej charakter masochistyczny. Tymczasem jest spora liczba osób, a wiele spośród tych osób ma posłuch w społeczeństwie, która takie psalmy jak ten powyższy i podobne codziennie ładuje sobie do głowy z obowiązku. Mam oczywiście na myśli księży, choć odkąd działa Radio Maryja, krąg rażenia tych treści wyraźnie się poszerzył.

Dobrze byłoby zapytać jakiegoś psychologa, czy codzienne ładowanie sobie do mózgu pokaźniej dawki takich negatywnych emocji, nie pozostawia śladu na psychice? Moim zdaniem odpowiedź na to pytanie jest twierdząca. A jaki to ślad? Według mnie szkodliwy, bo buduje w człowieku poczucie zagrożenia, paranoiczną niechęć wobec obcych, służalczą aż do obrzydliwości postawę wobec wyznawanego przez siebie wyimaginowanego boga, a jednocześnie poczucie własnej niemocy i bezsilności. A od poczucia bezsilności bardzo blisko jest już do lęków i do agresji.

Wiedząc, czym karmią swoje głowy codziennie słuchacze Radia Maryja nie dziwią mnie późniejsze obrazki agresji wobec dziennikarzy innych mediów, wobec inaczej myślących, itp. Nie dziwi mnie ten syndrom oblężonej twierdzy, to zapiekłe trwanie przy swoich poglądach, z których wiele charakterystycznych jest dla paranoi.

Czego można spodziewać się po księdzu czy biskupie, który codziennie biczuje się psychicznie w ten sposób? Ja nie spodziewam się niczego dobrego. Chyba, że jest to taki kapłan, który odklepuje swoją codzienną obowiązkową modlitwę nie zastanawiając się na jej treścią i sensem. Taki ma szansę zachować zdrowe podejście do życia, ale czy postępując tak nie sprzeniewierza się swojemu powołaniu?

Zastanawiające jest to, że nikt (chyba nikt, bo nie słyszałem o czymś takim), nie próbował badać wpływu takich negatywnych treści modlitewnych na psychikę człowieka. Wpływu, który, jak napisałem powyżej, moim zdaniem jest szkodliwy. Prowadzi się za to różne badania nad skutecznością modlitw. Badania, które mają dowieść, że modlitwy pomagają. Niektórzy pewnie zechcą z wyników tego typu badań wyciągać wnioski o istnieniu boga. Ale to tak, jakby na podstawie tego, że pada deszcz, wnioskować, że w atmosferze istnieje wielka, niewidzialna konewka.

Na koniec chciałoby się napisać: ludzie opamiętajcie się! Ale równie dobrze można apelować do znajdującego się w ciągu alkoholika, żeby odstawił alkohol. Nie da rady. I trzeba brać to pod uwagę.

piątek, 15 czerwca 2012

Bardzo starałem się kolejną notkę poświęcić sprawom osobistym, czyli temu, co u mnie słychać, jak mi czas mija i w ogóle takie tam sobie neutralnie pisanie o mało ważnych i poważnych rzeczach, to jednak znów będzie tematycznie i kontrowersyjnie.

A wszystko dlatego, że pomysł na tę notkę przyszedł spontanicznie, a ja chciałbym pomysł ten zużytkować w blogu, zanim się nie zestarzeje, bo kilka ciekawych pomysłów już w ten sposób uśmierciłem. Zatem do rzeczy.

Będzie o modlitwie. Najpierw o tym, jak ja widzę sens zanoszenia przez ludzi modlitw do różnych bóstw. Otóż kiedy słyszę, że ktoś się o coś modli, to przypomina mi się film "Konsul". Tam, trochę między wierszami, przedstawiony był pewien system oszukiwania ludzi. System ten był o tyle perfidny, że pozwalał zarabiać na ludzkiej naiwności i gwarantował każdemu oszukanemu zadowolenie, a każdemu, kto został oszczędzony przez oszustów - rozczarowanie.

Jeśli ktoś nie oglądał tego filmu lub jeśli ktoś nie wyłapał tego, napiszę, o czym mowa. Otóż kiedyś, jak może niektórzy starsi czytelnicy pamiętają, dostać się na studia było dużo trudniej (dlatego wtedy studiowała głównie intelektualna elita, a nie przekrój społeczny, jak dziś). W takiej sytuacji rodzice często szukali sposobów, żeby zwiększyć szanse swojej pociechy na dostanie się na uczelnię. W odpowiedzi na ten popyt pojawiła się podaż w postaci różnych "załatwiaczy", którzy za pieniądze oferowali pomoc w przejściu przez sito rekrutacji. Byli wśród nich też tacy, którzy stawiali sprawę tak, że wszechmocni nie są, więc ich pomoc może okazać się niewystarczająca. Ale za to gwarantowali zwrot należności za usługę, jeśli nie udałoby się jej wykonać należycie i pociecha nie dostałaby się na studia.

Można by uznać, że to było bardzo uczciwe z ich strony. Tak mógł to widzieć ich klient. Ale ich metoda była perfidna, bo tak naprawdę... nie robili nic. Czekali jedynie na wyniki rekrutacji, które znali odpowiednio wcześniej i albo oświadczali klientowi, że się udało, albo że nie. W tej drugiej sytuacji dodawali zwykle jakieś wyjaśnienie. Na przykład takie, że dziekan miał swoich protegowanych i nie dało się już nikogo więcej przepchnąć. Oczywiście, jeśli pociecha o własnych siłach na studia się dostała, wtedy taki "załatwiacz" bez zmrużenia oka inkasował okrągłą sumkę za pomoc.

Co to ma wspólnego z modlitwami? Otóż uważam, że bardzo wiele. Ja, jako ateista, zakładam, że żadnego boga nie ma. Natomiast niektórzy wierzący twierdzą na podstawie własnych doświadczeń, że jest, bo wielokrotnie wysłuchiwał ich modlitw i sprawiał, że coś w życiu układało się po ich myśli. Co więcej, ludzie tacy sami znajdują sobie mnóstwo wyjaśnień, dlaczego modlitwy okazują się czasem nieskuteczne. Jakich? Ano na przykład takich, że obrazili swoje bóstwo (myślą, mową, uczynkiem czy zaniedbaniem), czyli grzeszyli. Albo, że bóg chce ich czegoś nauczyć przez to doświadczenie. I wiele innych.

Ten system jest nie do podważenia, bo w przeciwieństwie do systemu przyjęć na studia, wszystko to funkcjonuje tylko w ludzkich głowach i nie da się powiedzieć "sprawdzam". Jeśli modlisz się o to i dostajesz - bóg cię wysłuchał, jest po twojej stronie, sprzyja ci. Jeśli mimo modlitw twoje sprawy przyjęły zły obrót - masz coś za uszami, musisz się bardziej starać, gorliwiej praktykować, częściej modlić, itp. Ten system tak długo działa, jak długo w niego wierzysz. I niektórzy bardzo chcą w niego wierzyć. Zamiast w samych siebie i swoje możliwości.

Czy jest więc sens się modlić? Żeby zmienić coś w swoim życiu lub otoczeniu, na pewno nie. Ale dla zabicia czasu, czemu nie? Albo żeby po prostu poczuć się lepiej, bo podobno modlitwa pomaga (niewątpliwie na zasadzie efektu placebo). Ale moim zdaniem może też szkodzić, i to poważnie, głównie naszej psychice. I o tym głównie miałem napisać w tej notce, ale ponieważ rozrosła się ona trochę, więc temat ten poruszę w kolejnej. Opublikuję ją jutro, choć napiszę ją pewnie zaraz. Nie chcę jednak czytelników zarzucać zbyt dużą ilością lektury. I tak sądzę, że niewielu z tych, którzy zaczęli czytać tę notkę, dotrwało do jej końca.

niedziela, 25 marca 2012

Ciekawe myśli nachodzą człowieka w najmniej oczekiwanych momentach. Na przykład kiedy wracam z zajęć do swojego pokoju na uczelni, a myśli moje błądzą nie wokół zagadnień, których uczę, ale w ogóle gdzie indziej. Tym razem moje myśli doprowadziły mnie do zabawnego paradoksu. Nie będę opisywał, jak do tego doszedłem, ale przedstawię sam efekt.

Otóż w Księdze Rodzaju, która jest częścią mitologii judeochrześcijańskiej, napisane jest, że pierwotni ludzie, zanim zjedli owoc zakazany, nie czuli wobec siebie wstydu mimo swej nagości. Dokładnie brzmi to tak (Rdz 2,25): Chociaż mężczyzna i jego żona byli nadzy, nie odczuwali wobec siebie wstydu. Potem zdarzyło się to nieszczęście ze zjedzeniem jabłka i sytuacja się zmieniła (Rdz 3,7): A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy; spletli więc gałązki figowe i zrobili sobie przepaski.

Można z powyższego wysnuć uprawniony chyba wniosek, że jedną z konsekwencji czynu, który sprowadził na ludzkość grzech pierworodny (przynajmniej według koncepcji chrześcijaństwa) jest odczuwanie wstydu ze swej nagości wobec innych ludzi. Zaraz po tej konkluzji nasuwa się myśl, że są na świecie ludzie, dla których nagość jest tak naturalna, że nie wywołuje u nich poczucia wstydu.

I żeby nie upraszczać nie napiszę, że mam na myśli naturystów, którzy nago chodzą głównie po plażach lub na własnych zamkniętych imprezach, ale różne pierwotne ludy np. afrykańskie. Nie noszą oni przyodziewku ze względu na panujące upały, ale też nie zasłaniają tzw. wstydliwych (w naszym rozumieniu) partii swoich ciał przed innymi współplemieńcami, a więc raczej nie odczuwają wstydu z racji ich prezentowania w całej okazałości.

Konkluzja ta prowadzi do bardzo poważnego w swoich konsekwencjach wniosku: być może nie wszyscy ludzie pochodzą od Adama i Ewy. ;) Pozostaje zatem do rozstrzygnięcia czy rajska para skonsumowała owocnie swój związek, zanim skonsumowali to nieszczęsne jabłko, czy też może Adam i Ewa nie mieli monopolu na bycie prarodzicami współczesnych ludzi, ale były też jakieś inne pary? Takie, które się na jabłka z drzewa zakazanego nie skusiły. :)

W ten zabawny sposób wskazałem, że spisana przez ludzi mitologia judeochrześcijańska chyba nie w całości powstała pod boskim natchnieniem. Bóg, zakładając, że w ogóle istnieje, musiałby się akurat zdrzemnąć, kiedy starożytni autorzy pisali ten kawałek. Nie można chyba bowiem zakładać, że ten rzekomo doskonały byt nie zauważyłbym, jakie konsekwencje logicznie wynikają z tekstu pisanego pod jego dyktando. Jakie by mu to świadectwo wystawiło. ;)

 
1 , 2 , 3 , 4

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape