O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze

Wpisy z tagiem: miłość

niedziela, 23 maja 2010

W poprzednim wpisie wspominałem o roli weny w powstawaniu kolejnych wpisów w moim blogu. Jest ona ważna, ale czasami zdarza się, że przeczytam coś, co napisał ktoś inny. I albo mnie to inspiruje do własnych przemyśleń, które zapisuje, albo, jak dziś, po prostu mam ochotę przepisać to, co ten ktoś napisał. I tak zrobię dziś. Ponieważ przepiszę niewielką część dużo obszerniejszego utworu, więc mam nadzieję, że właściciele praw autorskich do twórczości Kurta Vonneguta nie będą mnie ścigać. Myślę, że nie naruszam prawa cytatu. Cytowany niżej fragment pochodzi z książki „Losy gorsze od śmierci” (tłumaczenie: Jan Rybicki) wspomnianego wyżej autora.

Zanim go zamieszczę, jeszcze krótka refleksja. Kiedyś w moim blogu napisałem, jaki był zasadniczy błąd Jezusa, który sformułował dwa przykazania miłości. Nadal uważam, że to, co tam napisałem, jest aktualne. Jednak Kurt Vonnegut potraktował temat szerzej i na dodatek wskazał w pewnym sensie, jak ten błąd naprawić. I dlatego poniżej cytuję to, co on na ten temat napisał.

Podczas drugiej wojny światowej byłem szeregowcem w piechocie. Walczyłem w Europie przeciwko Niemcom. Na mojej blaszce zapisano nie tylko grupę krwi, ale i wyznanie. Armia określiła je jako >>P<<, czyli >>protestanckie<<. (...) Teraz z perspektywy lat widzę, że powinni napisać nie >>P<<, tylko >>S<<, czyli >>saraceńskie<<, skoro walczyliśmy z chrześcijanami, odbywającymi szczególną, opętańczą krucjatę. Mieli krzyże wszędzie; na flagach, na mundurach i na każdej części swoich maszyn do zabijania, zupełnie jak pierwszy cesarz chrześcijański, Konstantyn. Jak wiadomo, przegrali, co trzeba uznać za poważne niepowodzenie chrześcijaństwa.

Jak wam się wydaje, co sprawia, że chrześcijanie potrafią być tacy krwiożerczy?

Mam na ten temat własną teorię i zaraz ją wam przedstawię,(...). Cały problem ma charakter czysto językowy i może zostać rozwiązany w zadziwiająco prosty sposób, jeśli tylko zgodzą się na to kaznodzieje chrześcijańscy. Każą oni słuchaczom kochać się nawzajem, bliźniego swego i tak dalej. Ale miłość to naprawdę za silne słowo na określenie zwykłych, codziennych stosunków międzyludzkich; miłość to dobre dla Romea i Julii.(...)

Chętnie powtarzam sobie, że Jezus tak naprawdę powiedział po aramejsku: >>Szanujcie się wzajemnie<<. Wtedy jest to dla mnie znak, że On naprawdę chciał nam pomóc nie tylko w życiu wiecznym, ale i doczesnym. Z drugiej strony skąd mógł wiedzieć jak idiotycznie wysoko Hollywood podniesie poprzeczkę dla słowa >>miłość<<. W końcu niewiele osób przypomina Paula Newmana i Meryl Streep?

I pomyślmy, jak szerokie spektrum uczuć wiąże się nam automatycznie z tym słowem. Jeśli nie da się kochać bliźniego, można go chociaż lubić. Jeśli nie da się go lubić, to można się nim nie przejmować. Jeśli nie da się nim nie przejmować, to trzeba go nienawidzić, prawda? Wyczerpaliśmy wszystkie inne możliwości. Całkiem szybko dotarliśmy w tym łańcuszku do nienawiści, co? A wszystko zaczęło się od miłości, wszystko bardzo logiczne, podobnie jak logiczny jest łańcuch od >>rozpalone do białości<< do >>zimne jak lód<<; po drodze jest rozpalone do czerwoności, gorące, ciepłe, letnie, w temperaturze pokojowej, chłodne, zimne, mróz. (...)

W ten właśnie sposób tłumaczę sobie, skąd tyle nienawiści w części świata zdominowanej przez chrześcijaństwo. Zaludniają ją istoty ludzkie, którym każe się kochać, kochać i jeszcze raz kochać. Większości z nich nie udaje się to. Nic dziwnego, bo kochać jest bardzo trudno. Równie przeważającej większości ludzi nie udałyby się skoki o tyczce czy akrobacje na trapezie. A kiedy dzień w dzień, rok w rok, nie udaje się im kochać, logika języka skłania ich do nieuniknionego wniosku, że w takim razie muszą nienawidzić. A stąd, oczywiście, już tylko krok do zabijania w źle pojętej obronie własnej.

>>Szanujcie się wzajemnie<<. To natomiast jest jak najbardziej wykonalne dla każdego człowieka w miarę zdrowego na umyśle - i to dzień w dzień, rok w rok, ku zadowoleniu wszystkich zainteresowanych. Szanować nie sugeruje całego łańcucha możliwości, z których część może być bardzo niebezpieczna. Szanować, to jak wyłącznik światła; jest albo włączony albo wyłączony. Jeżeli przestajemy kogoś szanować, wcale nie mamy ochoty go zabić. Nasza reakcja jest bardziej powściągliwa. Po prostu chcemy, żeby czuł się jak śmieć.

Porównajcie sobie życzenie, żeby ktoś czuł się jak śmieć, z Apokalipsą czy trzecią wojną światową.”

Dalej jest też ciekawie, ale nie chcę zanudzać czytelników. Zainteresowanych ciągiem dalszym i wyciętymi w środku fragmentami (moim zdaniem nie wnosiły nic istotnego) polecam książkę.

sobota, 08 maja 2010

Pisząc tytuł tej notki miałem poczucie déjà vu. Może dlatego, że ta piosenka, z której go wziąłem, często rozbrzmiewa w mojej głowie. A może pisałem coś już pod takim tytułem? Nie wiem i nie będę dociekał.

Dziś moje rozmyślania w drodze do pracy (może powinienem wydać książkę o takim tytule?) popłynęły w kierunku tego, co kiedyś miałem lub co robiłem, a czego dziś nie mam lub nie robię i rozważań, czy mi tego brakuje i czy nie powinienem się znowu za coś zabrać albo coś zdobyć.

O tym, czego mi brakuje najbardziej, nie napiszę. Piszę o tym chyba i tak za często (a może nie piszę, tylko myślę, a że piszę, tylko mi się wydaje?). I w tej materii, przynajmniej na poziomie racjonalnym, mam jasność: brak mi tego, ale nie chce tego. Kiedy racjonalna część mnie robi rachunek sumienia, zawsze wynik jest ten sam: dobrze się stało, jak się stało, a gdyby się stało tak, jak się chciało, to byłoby źle. Ukułem nawet na okoliczność opisu tej sytuacji małą parabolę, więc chociaż miałem o tym nie pisać, to jednak napiszę. Ale w formie krótkiej przypowieści.

Otóż kiedyś zamarzyło mi się raz mieć skrzypce (jeśli ktoś w tym momencie jeszcze nie jest tego świadom, to to, co teraz piszę, jest fikcją literacką). Zobaczyłem je na wystawie i z początku mijałem je bez zainteresowania, ale w końcu coś sprawiło, że przykuły moją uwagę i zapragnąłem je mieć. Na skrzypcach grać nie umiałem, ale uznałem, że jak już je będę miał, to na pewno się nauczę, w końcu wszystko jest dla ludzi.

Skrzypce były drogie, nie stać mnie było na zakup, więc umówiłem się ze sprzedawcą, że będę za nie płacił po trochu, a w zamian za to będę mógł je dotykać, oglądać, brać do domu. Sprzedawca zgodził się, ale zastrzegł, że jeśli pojawi się ktoś z gotówką zainteresowany zakupem, to on je sprzeda, a wpłacone przeze mnie pieniądze przepadną. Zgodziłem się na ten niezbyt uczciwy układ, bo skrzypce zawładnęły mą wyobraźnią do tego stopnia, że przestałem racjonalnie oceniać sytuację. I tak uważałem, że na pewno będą kiedyś moje.

Pewnego dnia życie spłatało mi brzydkiego figla. Okazało się, że znalazł się kupiec na moje skrzypce. Mocno to przeżyłem i długo nie mogłem się z tym pogodzić. W końcu czas złagodził ból a do głosu doszedł rozum, który wskazał, że stało się bardzo dobrze. Gdybym jednak dopiął swego, to dokonałbym zakupu, który nie miałby sensu, czego wtedy nie widziałem tak ostro, jak teraz.

Gdybym stał się właścicielem tych skrzypiec, to i tak nie nauczyłbym się na nich grać, a co najwyżej wydobywałbym z nich jakieś rzępolenia, aż w końcu znudziłyby mi się i pewnie bym się ich pozbył. Wcześniej jednak wydałbym na ich zakup majątek. Poza tym wtedy, gdy chciałem je mieć, wydawało mi się, że to jakiś Stradivarius, a dziś widzę, że było to coś niewiele lepszego niż jaśkowe gęśle.

Tyle mówi rozum, ale nierozumna część mnie nie może przeboleć straty. Ta nieracjonalna część przyjmuje argumenty rozumu, uznaje je za sensowne, a mimo to nie może tego przeboleć. Żeby tak można było się w życiu słuchać tylko rozumu, życie byłoby prostsze, choć uboższe. Próbowałem sobie jakoś powetować tamtą stratę, ale nic z tego, bo gdzie się rozejrzę, dookoła tylko cymbałki albo jakieś kołatki, tamburyna, marakasy. Cymbałki to wdzięczny instrument, łatwo się na nim nauczyć grać, ale jednak to... tylko cymbałki. Ja potrzebuję czegoś nieco bardziej wyrafinowanego. Może jakaś gitara (niekoniecznie basowa).

Wracając jednak do tego, o czym pisać, miałem, bo powyższe akapity poświęciłem temu, o czym pisać nie zamierzałem, to w poszukiwaniu czegoś, co kiedyś sprawiało mi frajdę, a czego nie dziś już nie robię, choć teoretycznie mógłbym, znalazłem najpierw dwie rzeczy, a potem jeszcze trzecią.

Na przykład pasjonowałem się kiedyś rozgrywkami lokalnej drużyny piłki nożnej (przez krótki czas także ręcznej). Chodziłem na mecze, kibicowałem, nosiłem szalik, choć fanatycznym kibicem nigdy nie byłem. Jednak wypełniało mi to miło czas raz na dwa tygodnie (na mecze wyjazdowe nie jeździłem). Moja fascynacja początkowo była nawet tak intensywna, że założyłem pierwszą stronę internetowa (nieoficjalną) klubu. Była to na dodatek pierwsza strona internetowa stworzona przeze mnie w ogóle w życiu (i jedna z niewielu w ogóle). Jeśli ktoś nie wierzy, to zapraszam tutaj. Na stronie, o ile będzie jeszcze działała, jest link do strony Petrochemii, w której adresie można rozpoznać moje imię i część nazwiska. Link do strony żyje dużo dłużej niż sama strona, która z tego adresu wyemigrowała najpierw do KKI, a potem jeszcze dalej, a ponadto miała jeszcze po drodze kilka mutacji. W końcu znikła z Sieci. Najpierw znikła strona, a potem moja pasja do kibicowania. I choć naprawdę była to dla mnie spora frajda, to chyba do tego nie wrócę.

Inna aktywność, to bieganie. Oddawałem się jej kilka sezonów i to zarówno z korzyścią dla zdrowia, jak i dla przyjemności. I to się też nagle urwało. Urwało i nie chce się na powrót zawiązać. Nawet nie potrafię sobie uświadomić, jak to było, że kiedyś chciało mi się wstawać przed 6:00 rano i zasuwać na bieżnię, na której spędzałem nieraz nawet prawie godzinę. Albo jaka siła skłaniała mnie, żeby o 21:00 wieczorem ubierać dres, biec kawał drogi nad Wisłę, przez most, i znowu zasuwać w tę i z powrotem do betonowych płytach. Nie wiem, co mnie wtedy napędzało i czego mi dziś brakuję. Może to wróci? Próbuje do biegania wrócić od jakiegoś czasu, ale zawsze górę biorą jakieś wymówki. I łatwo im ulegam. I nie wiem, co z moim planem, żeby choć raz w życiu przebiec maraton. Może pójdzie na śmietnik niezrealizowanych zamierzeń? Szkoda by było. Myślę, że wystarczyłby mi raz. Chyba nie byłoby to dla mnie wystarczająco pasjonujące przeżycie, żebym chciał je powtórzyć. Raz bym odfajkował dla zasady, zamknął ten rozdział i poszukał kolejnego wyzwania. Ale widzę, że ta wizja na razie się oddala w bliżej nieokreśloną przyszłość.

Trzecia rzecz, która mi przyszła do głowy, to klejenie modeli kartonowych. To było coś, co sprawiało mi wielką frajdę swego czasu. Zaraziłem się tym od mojego brata, którego jako młodszy często "małpowałem". Ale to było coś, do czego sam poczułem wielki zapał. Co prawda nigdy nie udało mi się osiągnąć poziomu mistrzostwa mojego brata (dla mnie był to w modelarstwie kartonowym ideał niedościgniony), ale osiągnąłem poziom, który mnie, chorobliwego perfekcjonistę, umiarkowanie zadowalał i pozwalał się cieszyć owocami mojego hobby. To się też nagle urwało. Nie wiem, dlaczego. I czasem myślę, czy dziś, gdybym do tego wrócił, sprawiałoby mi to taką frajdę, jak kiedyś? Nie wiem. Boję się spróbować. Odkładam to ad Kalendas Graecas. Ale dziś na przykład wyobraziłem sobie, że kleję jakiś okręt (okręty lubiłem najbardziej, zresztą chciałem mieć jakąś inną specjalizację niż brat, który kleił głównie samoloty) i ta myśl mnie bardzo pozytywnie nastawiła. Może więc warto do tego wrócić?

Pisząc to wszystko chyba znalazłem odpowiedź na moje pytanie. Brakuje mi w życiu pasji. Czegoś, czemu mógłbym bez reszty oddawać się w wolnych chwilach. Do czego bym tęsknił, co by mnie zajmowało, sprawiało przyjemność, przynosiło ulgę, odrywało od codzienności. Robię pewne rzeczy, które nadawałyby się na taką pasję, ale z niewiadomego powodu, żadna z tych aktywności mnie nie porywa. Żadna nie przerodziła się w pasję, choć usilnie próbuję je tak traktować. Ale tutaj nie da się nic zadekretować. To jak z miłością. Albo przychodzi sama, albo wcale. Nic na siłę. I nie wiem, czy to ja już tak się emocjonalnie wystudziłem, że nie jestem zdolny niczym się pasjonować? Czy też może problem tkwi w tym, że nie mam z kim swoich pasji dzielić? A może powód jest jeszcze jakiś inny? Nie wiem i nie wiem też, czy uda mi się na to pytanie znaleźć odpowiedź. Może ktoś mnie naprowadzi. Ale nie próbujcie tego w komentarzach. To nie jest takie proste, jak się może wydawać. Chyba, że ktoś mnie tak dobrze zna, że wie, co mi w duszy gra albo stuka. Ale wtedy niech się tym podzieli ze mną w bezpośredniej rozmowie. :)

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape