O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze

Wpisy z tagiem: wybory

niedziela, 11 października 2015

Korzystając w chwili wolnego czasu przed pójściem do łóżka (jutro muszę wstać ok. 6 i przeprowadzić 9 godzin zajęć, więc raczej do łóżka pójdę szybko), postanowiłem podzielić się pewną myślą wyborczą, ale nie polityczną. Wybory wkrótce i ja już się do nich mentalnie przygotowuję. I tak jak za każdym razem, kiedy idę wybierać parlamentarzystów (a byłem chyba na wszystkich tego typu wyborach), będę miał poczucie niedosytu. Człowiek w siedzibie komisji wyborczej dostaje stertę makulatury i na tych wszystkich listach może postawić tylko jeden krzyżyk. Za mało! Zdecydowanie. Nie mam poczucia, że mój głos się w całej masie liczy, choć wiem, że ta masa składa się właśnie z takich samych pojedynczych głosów. A można by to dość łatwo zmienić. Przynajmniej jeśli chodzi o moje poczucie sprawczości, bo nie wiem, jak by to podziałało na innych. Może wcale, bo nie mają takich odczuć.

Otóż gdybym miał coś zmieniać w obecnej ordynacji wyborczej, to wprowadziłbym zasadę, że każdy może oddać tyle głosów, ile jest miejsc do obsadzenia w parlamencie w danym okręgu wyborczym. I jeszcze jedna ważna zasada - tak oddane głosy liczyłyby się poszczególnym kandydatom, ale jeśli ktoś postawiłby więcej niż jeden krzyżyk na tej samej liście, to sama lista i tak dostawałaby tylko jeden głos. Całą resztę ordynacji zostawiłbym bez zmian. Napisałem "może oddać", bo oczywiście nie byłby to obowiązek. Można byłoby postawić mniej krzyżyków. Jeśli w okręgu na przykład wybiera się 7 posłów, to ważny byłby głos, gdzie postawiono od 1 do 7 krzyżyków. Żeby ułatwić pracę komisjom wyborczym i choć trochę utrudnić jakieś potencjalne fałszerstwa, wyborca miałby oprócz list kandydatów jeszcze dodatkową kartkę, na której zaznaczałby, ile postawił na karcie krzyżyków.

Myślę, że nie jest to pomysł z kosmosu, bo procedura głosowania, w której oddaje się tyle głosów, ile jest mandatów do obsadzenia, jest znana. Ja sam brałem udział w takich wyborach dwukrotnie jako kandydat (w obu przypadkach, choć zupełnie odmiennych, uzyskałem mandat). Chociaż przyznaję, że tamte wybory były prostsze, bo nie było wielu list, co gmatwa trochę sprawę. Na przykład trzeba by się zastanowić, jak liczyć przekroczenie 5% progu? Myślę, że można by to liczyć jako liczbę głosów oddaną na daną listę odniesioną do liczby wszystkich głosów oddanych na listy. Przy czym nie byłaby ona zwykle równa liczbie wydanych kart (byłaby większa). Najlepiej chyba to wytłumaczyć na przykładzie. Załóżmy, że trzy osoby mogą oddać po 5 głosów. Jeśli każda z nich poprze tylko kandydatów z jednej listy, to oznaczać to będzie łącznie 3 głosy na listy i każda z list dostanie 33% głosów. Jeśli jedna osoba poprze pięć różnych list, a pozostałe dwie osoby po jednej liście spośród tych pięciu i będą to różne listy, to: dwie listy dostaną po dwa głosy, a trzy listy po jednym głosie. Suma głosów na wszystkie listy wyniesie siedem, a procentowe udziały: dwie listy po około 28,6% i trzy listy po około 14,3%. Trochę to wszystko skomplikowane, ale jakie ciekawe! Ile możliwych strategii wykorzystania swoich krzyżyków! Jeśli popieram listę mającą małe poparcie, to nie powinienem oddawać głosów na inne listy, tylko na tę jedną. Jeśli zaś mam wśród faworytów listę z silnym poparciem, to mogę poprzeć też inną, bo bardzo jej w ten sposób nie zaszkodzę, a może pomogę tej drugiej.

Jeszcze ciekawiej byłoby, gdyby na daną listę liczyły się wszystkie oddane przez jednego wyborcę głosy. Wtedy żelazny elektorat mocno wzmacniałby pozycję danej listy, ale też większe byłyby szanse wyboru posłów z jakichś mniej popularnych list. :) A jeśli byłoby ciekawie, bo niekoniecznie wszystko byłoby z góry przesądzone, to myślę, że wzrosłaby frekwencja. Trochę mniej przydatne stałyby się sondaże. A i badania exit polls pewnie stałyby się trudniejsze. Ale to nie jest argument przeciw. Zresztą moje rozważania i tak pozostaną tylko moimi rozważaniami. Nie sądzę, żeby w przewidywalnej przyszłości komuś przyszło do głowy wprowadzać mój pomysł w życie. ;)

Miały być w tej notce jeszcze inne przemyślenia, jak sugeruje tytuł, ale tak się rozpisałem, że więcej nic już nie będzie. :)

21:47, roman_j
Link Komentarze (1) »
niedziela, 17 maja 2015

Dziś kilka słów o tym, co mnie ostatnio irytuje, choć powinno mnie irytować od dawna, bo nie jest to zjawisko nowe. Może "zapalnikiem" mojej reakcji jest to, co się ostatnio dzieje w tym kraju, a co może wkrótce sprawić, że to zjawisko, a może raczej ta postawa, będzie wyznaczała trendy krajowej polityki przez najbliższe lata. Trendy, które zaprowadzą nas do ślepego zaułka.

Ale o co chodzi? O roszczeniową postawę, głównie naszej młodzieży, choć uczciwie muszę przyznać, że nie tylko młodzieży oraz że nie wszystkich jej przedstawicieli. Wygląda jednak na to, że jest problem z młodym pokoleniem. Zostało ono przez swoich rodziców wychowane na roszczeniowe niemoty.

Nie chcę się tutaj wymądrzać, o dziwo, dlaczego tak się stało, choć mam na ten temat jakieś zdanie. Wolę oddać głos w tej sprawie komuś, kto opisał to lepiej, niż jak bym to obecnie zrobił. List, który można przeczytać w całości tutaj, porusza nie tylko ten temat, któremu poświęcam dzisiejszą notkę. Ponieważ nie wiem, czy jest dostępny dla wszystkich czytelników, czy tylko dla prenumeratorów, więc poniżej cytuję te jego akapity, które tematycznie do mojej notki pasują (podkreślenia są ode mnie), choć zostawiłem też ostatni akapit, bo może do kogoś przemówi.

Zanim jednak przejdę do cytowania treści listu, wkleję kawałek, który dziś znalazłem na FB udostępniony przez Z. On jest krótszy i chyba ważniejszy niż ten list, dlatego daję mu pierwszeństwo. Może ktoś go sobie weźmie do serca...

Dyrektor uczelni Northland John Tapene przekazał następujące słowa od sędziego, który ma regularnie do czynienia z młodzieżą: "Zawsze słyszymy skarżącą się młodzież – co mamy zrobić, gdzie mamy iść ?"
Moja odpowiedź brzmi: idź do domu skoś trawnik, umyj okna, naucz się gotować, zbuduj tratwę, znajdź pracę, odwiedź kogoś chorego, ucz się swoich przedmiotów, a jak już skończysz, przeczytaj książkę. Od Twojego miasta nie należy ci się centrum wypoczynkowe, ani Twoi rodzice nie są ci winni zapewniania rozrywek.
Świat nie jest Ci winien warunków do życia, to od Ciebie należy się coś światu. Możesz oddać mu swój czas, siły i talent, żeby nikt już nie szedł na wojnę, nie był chory ani nigdy więcej samotny. Innymi słowy dorośnij, przestań się użalać nad sobą, wyjdź ze swojego świata marzeń i wypracuj sobie mocny „kręgosłup”, a nie listę życzeń. Zacznij zachowywać się jak odpowiedzialna osoba.
Jesteś ważny i potrzebny. Jest za późno żeby siedzieć i czekać, aż ktoś kiedyś coś zrobi.
„Kiedyś” jest teraz a ten ktoś to TY!”

A teraz fragmenty z podlinkowanego wcześniej listu. Życzę, przewrotnie, niemiłej lektury. :)

Nasłuchawszy się wczoraj do upojenia relacji TVN24 ze spacerów kandydatów na prezydentów, doszłam do wniosków, które przeraziły mnie samą.

Prezydent jest obwiniany o wszystko. O to, że żona jednego pana oskarżyła go o pedofilię i widuje się z córką tylko 2 godziny w tygodniu. O to, że jedna pani jest inwalidką od urodzenia i jest jej ze wszystkim ciężko, co dobrze rozumiem, ale to nie jest wina prezydentury kogokolwiek. O to, że młodzian po studiach (przypuszczam, że modny kierunek marketing i zarządzanie, bo każdy by wolał zarządzać, to oczywiste ) nie jest w stanie sobie zaraz po tychże studiach znaleźć tak satysfakcjonującej finansowo roboty, żeby go było od razu stać na wszystko, oraz o dziesiątki coraz bardziej niedorzecznych rzeczy.

Wysłuchałam tego wszystkiego po wielekroć, bo dziennikarze chyba dostają niezwykłego wzbudzenia, gdy widzą, jak jakiś smarkacz wydziera się na Prezydenta, i puszczają to co pół godziny, więc wysłuchałam i zadumałam się smętnie nad mizerią umysłową Polaków... Na całym świecie ludzie biorą kredyty i szukają lepszej roboty. Tylko u nas niebożęta są tym zdruzgotane... Zgroza! My Polaki - nieboraki.

Ciekawe, co by powiedział ten chłopiec, gdyby w Polsce, tak jak na przykład w USA albo Wielkiej Brytanii, studia były płatne i gdyby nie miał zamożnych rodziców i już w wieku 18 lat musiałby brać kredyt na te studia, po ich zakończeniu nie znalazłby od ręki fantastycznej pracy na wysokim stanowisku, spłacając jeszcze kredyt za studia musiałby wziąć następny na kupno mieszkania lub je wynajmować (w USA dwudziestopięciolatek mieszkający z rodzicami, którzy go karmią i ubierają, to ktoś, kogo nie weźmie żadna dziewczyna, bo jest to podejrzany cudak).

Mój Boże, taki młody człowiek chyba nie dałby rady!

Beata Szydło, jak zwykle ze ściśniętymi szczękami, drwi ze spacerów urzędującego Prezydenta. To ja, bez ściśniętych szczęk, zadrwię ze spacerów Dudy i jego serdecznej troski, z jaką pochyla się nad codziennymi kłopotami Polaków, jak ten Janosik nie przymierzając, jak ten troskliwy ojciec narodu, któremu serce wyje z rozpaczy, gdy widzi, że młody człowiek jest zmuszany do wzięcia kredytu!

(...)

Duda naprawi wszystko, inwalidzi wstaną z wózków, wredne żony okłamujące sądy nie znajdą wiary i zostaną odesłane do ciężkiej cholery, ubranka dziecięce będą fantastycznie tanie, studenci nie będą musieli wyjeżdżać w wakacje na roboty do Norwegii, tylko będą się byczyć trzy miesiące na garnuszku mamusi, a młody człowiek mający pierwszą pracę od ręki za gotówkę kupi mieszkanko, zaraz potem fajne autko, jak już to będzie miał, to natychmiast znajdzie superdziewczynę, z którą na pierwszy urlop pojedzie na Karaiby! Bo tak jest na świecie według dużej części Polaków, a że w Polsce tak nie jest, to jest oczywista osobista wina Komorowskiego.

Kiedyś, w swojej karygodnej naiwności, sądziłam, że jak dorośnie młode pokolenie urodzone po 1989 roku, ludzie niepamiętający komuny, ludzie niepamiętający, że wyjazd do Norwegii na saksy w wakacje był wielką radością, ludzie mający dostęp do wszystkiego, co jest zrobione na świecie, i do wszystkiego, o czym się na świecie mówi i pisze, ludzie, którzy podróżują i znają języki, więc rozmawiają z mieszkańcami innych krajów i wiedzą, że wszędzie życie wiąże się również z ciężką pracą czy przeróżnymi kłopotami życiowymi, sądziłam, że ci młodzi ludzie nie będą sierotami po komunie z roszczeniowym podejściem do kraju.

Niestety, myliłam się okrutnie. Roszczeniową postawę wobec własnego Państwa wyssali z mlekiem matek i przyswoili dwadzieścia lat, wysłuchując od ojców, jak to "Państwo ma dać", "Państwo mnie okrada", "Wszędzie sitwa i złodzieje", "Podatki za wysokie!" i tym podobnych utyskiwań.

Nawet taki laik ekonomiczny jak ja wie, że budżet państwa to niemal to samo co budżet domowy, tylko w skali makro, co się do niego włoży, to się z niego wyjmie. Niestety, młode pokolenie w dużej części tego nie wie i traktuje Państwo tak, jak traktowali rodzice PRL, czyli jako opresanta, złodzieja, kogoś, kto powinien tak wszystko regulować, żeby każdy miał prawo do wszystkiego. Frazesy, banały, nierealne obietnice, żerowanie na nieszczęściach obywateli - tak, to jest wielka ohyda.

Wobec tego tu nie przyjmie się nigdy piękne hasło J.F. Kennedy'ego: "Nie pytaj, co twój kraj może zrobić dla ciebie, zapytaj, co ty możesz zrobić dla swojego kraju".

(...)

Jest masa młodych ludzi z grupy wiekowej wyborców - kukizowców, którzy jednak posługują się rozsądkiem i nie są wychowani w negacji wszystkiego oraz nie wyssali z mlekiem matek postkomunistycznej, roszczeniowej postawy. To są np. moje dzieci czy przyjaciele moich dzieci, czy dzieci moich znajomych i przyjaciół. Młodzi, rozsądni ludzie, choć często dziwacznie ubrani, słuchający dziwacznej muzy, mówiący własnym językiem, mający własne, często też dziwaczne pragnienia i życiowe plany. Ale wciąż posługujący się rozsądkiem, inteligentni, weseli, dowcipni.

My, wyborcy Komorowskiego, "dewianci" jak ładnie nas określił jeden z dziennikarzy "wyklętych", czy "osoby o niskiej inteligencji", jak był łaskaw powiedzieć sam Prezes, jesteśmy pięknoduchami z zasadami, nie bardzo potrafimy zachowywać się żenująco i prostacko. Duda i to "wygrywa".

(...)

Najbardziej eksponowanym niusem dnia jest młody człowiek, o którym już pisałam, piskliwie uskarżający się, że musi w wakacje jechać popracować do Norwegii.

(...)

Polska to nie scena w Jarocinie, jak wydawało się Kukizowi, to nie sitwa złodziei i nierobów, którą należy wystrzelać, jak sądzi Korwin, Polska także nie zasługuje na eksperymentowanie z technicznym Prezydentem, którego każde posunięcie będzie sterowane przez Jarosława Kaczyńskiego, którego oderwanie się od rzeczywistości i przebywanie głównie w świecie własnych urojeń, fobii, traum i marzeń o zemście jest widoczne gołym okiem od wielu lat.

Nie tylko ja kocham Polskę i zależy mi na jej dobru. Zróbmy coś z tym. Wybory to nie jest zabawa, zwłaszcza w tak niepewnej sytuacji, jaka jest obecnie w Europie. Nie można zgodzić się na niesłychanie niebezpieczne eksperymenty na kraju.

Idź na wybory i zagłosuj mądrze.

niedziela, 10 maja 2015

Obejrzałem wyniki i idę spać raczej spokojny. Prawie nic mnie nie zaskoczyło. Może jedynie to, że alter ego Kaczyńskiego wziął więcej głosów niż obecny Prezydent. Ale przy tak wysokim wyniku sfrustrowanego rockmana tak się stać musiało. Kukiz, jak przewidywałem, przejął schedę po Palikocie. A że w czasie wieczoru wyborczego udowodnił, że na swój udział w polityce nie ma żadnego pomysłu poza robieniem zamieszania, więc wróżę mu, po raz kolejny, wysoki wynik w najbliższych wyborach parlamentarnych i polityczny niebyt za kolejne 4 lata. Ogórek? Mizeria. Ale czego można się było spodziewać po tak plastikowej postaci? SLD powinna wystawić Joannę Szenyszyn, jeśli chciało mieć kobietę jako kandydatkę. Jestem pewien, że uzyskałaby 2-3 razy więcej głosów.

Ponoć najtrudniej być prorokiem we własnym kraju, więc być może za dwa tygodnie będę musiał przyznać, że się pomyliłem. Ale zaryzykuję i napiszę, jak widzę wynik za dwa tygodnie. Moim zdaniem Duda osiągnął maksimum tego, co mógł. Komorowski tymczasem ma rezerwy. I zakładam, że wynik pierwszej tury te rezerwy zmobilizuje do poparcia go w drugiej turze. No chyba, że komuś marzy się powrót IV RP i Kaczyńskiego sterującego prezydentem z tylnego siedzenia. Przy takim obrocie spraw ja się zacznę przygotowywać do emigracji.

A propos tego ostatniego, to w czwartek lub piątek rano słuchając radia TOK FM dowiedziałem się ciekawej rzeczy. Otóż w tej chwili na emigracji przebywa około 2,2 mln Polaków. Tymczasem w roku 2007, kiedy PO przejmowała władzę, było ich 70 tys. więcej i był to rekordowy wynik. Czyli nieprawdą jest, co twierdzi PiS, że to za rządów PO nasi rodacy wyjechali z Polski. Wyjechali wcześniej. I może znowu zaczną, jeśli PiS przejmie władzę.

22:58, roman_j
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 05 lipca 2010

Jestem zadowolony z wyniku wyborów. Zakładam, że prowadzący już się nie zmieni. Nie był to kandydat moich marzeń i ze względów programowych i ze względu na to, jak się prezentował w kampanii. Ale powiedziałem sobie, że cokolwiek jeszcze zrobi, czy powie i tak zacisnę zęby i zagłosuję na niego. Dlaczego? Dlatego, że bardzo źle czułbym się w kraju, którego prezydentem byłby człowiek, dla którego "Polska jest najważniejsza".

Myślę, że mało kto zwrócił uwagę na to, jak doskonale to hasło wyborcze oddaje sposób myślenia Jarosława Kaczyńskiego. I jakie w sobie kryje przesłanie. Otóż jeśli dla Kaczyńskiego Polska jest najważniejsza, to oznacza, że jest ona dla niego ważniejsza od... Polaków. Po takiej deklaracji światopoglądowej nie mogę się nie ucieszyć z faktu, że z bardzo dużym już w tej chwili prawdopodobieństwem ten sposób myślenia poniósł jednak w wyborach prezydenckich porażkę.

niedziela, 07 października 2007
Mamy obecnie czas, że praktycznie codziennie media zasypują nas wynikami sondaży. Niestety, ich wyniki czasem tak dalece od siebie odbiegają, że biorąc je wszystkie pod uwagę dochodzimy do wniosku, że właściwie każdy może wygrać te wybory. Dlaczego tak się dzieje?
Idąc dzisiaj rano nieco zaspany do pracy doszedłem do wniosku, że zasadniczy błąd tkwi w metodologii przeprowadzania sondaży. Wszyscy ankieterzy, czy to prowadząc wywiad bezpośrednio, czy przez telefon opierają się na tym, co im respondent powie. A ludzie, jak to ludzie, czasem skłamią, czasem coś na odczepnego rzucą, no i skutki widać. Dlatego wpadłem na pomysł metody przeprowadzania sondaży przedwyborczych wykluczających opisaną wyżej słabość. Metoda ta oparta jest na badaniu odruchów warunkowych wyborców, czyli tego, nad czym ludzie nie mają kontroli i dlatego jest najbardziej obiektywna.
Tryb przeprowadzania wywiadu z respondentem jest następujący:
1. Bierzemy czystą kartkę papieru i piszemy na niej na górze "Prawo i Sprawiedliwość".
2. Poniżej wypisujemy na chybił trafił listę przypadkowych imion i nazwisk obok których rysujemy kwadraciki.
3. Podsuwamy kartkę respondentowi i obserwujemy jego reakcje:
- jeżeli respondent bez namysłu stawia krzyżyk przy jakimś nazwisku i szuka listy wyborców, żeby się podpisać, wtedy mamy do czynienia ze zwolennikiem PiS-u,
- jeżeli respondent drze kartkę w strzępy, to mamy do czynienia ze zwolennikiem LiD-u,
- jeżeli respondent pyta, co dostanie w zamian za postawienie krzyżyka, to mamy do czynienia ze zwolennikiem PSL-u,
- jeżeli respondent podciera się kartką, to mamy do czynienia ze zwolennikiem Samoobrony,
- jeżeli respondent pisze przy nazwiskach "żyd" albo "pedał", to mamy do czynienia ze zwolennikiem LPR-u,
- jeżeli respondent pyta, gdzie są pozostałe kartki i żąda w tej sprawie śledztwa, to mamy do czynienia ze zwolennikiem PO,
- wreszcie jeżeli respondent dopisuje swoje nazwisko do listy, to znaczy, że jest to Zyta Gilowska.
Respondentów nie mających zamiaru brać udziału w wyborach poznajemy po tym, że pytają, co mają z tą kartką zrobić.
W ten prosty i niedrogi sposób można obiektywnie określić preferencje wyborcze obywateli. Mam nadzieję, że już wkrótce pojawią się sondaże oparte na tej metodzie. Ja ze swej strony zrzekam się do niej wszelkich praw na rzecz ogółu. Niech nam dobrze służy. ;)

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape