O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze

Wpisy z tagiem: kot

wtorek, 19 sierpnia 2014

Kolejna w ostatnim czasie notka dotycząca snu. Po raz kolejny jest okazja przyjrzeć się logice i "mechanice" marzeń sennych. Miniona noc była bogata w dość realistyczne marzenia senne, z których, jak zwykle, zapamiętałem głównie te, które miałem tuż przed przebudzeniem. Tak przy okazji, to określenie "marzenia senne" jest nieco mylące, bo sugeruje, że ktoś marzy o tym, co mu się śni. W przypadku koszmarów to chyba dość przewrotna logika. :) Ale do rzeczy.

Śniło mi się dziś między innymi, że byłem w przychodni. Tradycyjnie, było to miejsce, którego na jawie nigdy nie widziałem. Na dodatek przypominało dziwne połączenie ośrodka zdrowia, szkoły i sali balowej. Ale nie dziwi mnie to. Sny mają swoją własną logikę. W tymże śnie występował m.in. mój ortopeda, który szykował się właśnie do rozpoczęcia przyjmowania pacjentów, kiedy wszedłem do niego do gabinetu, bo... potrzebowałem nitki. Chciałem powiesić coś w sali balowej.

Przy okazji, skoro już się zobaczyłem z lekarzem, poinformowałem go, że niedługo przyjdę też na wizytę. Jeszcze tego samego dnia. Wywiązała się krótka rozmowa, której konkluzje, gdyby potraktować je poważnie, byłyby bardzo niepokojące. Otóż lekarz zrobił zbolałą minę i stwierdził, że nie wie, czy jest sens, żebym kontynuował leczenie u niego. Powiedział, że chyba niepotrzebnie robi mi nadzieję, że moją złamaną nogę da się wyleczyć. Ale on tak już ma, że nie potrafi powiedzieć prosto z mostu, że sytuacja jest beznadziejna. Dodał też, jakby to miało cokolwiek do rzeczy, że postępuje tak, jak jego starsza siostra.

Zrozumiałe jest chyba, że słysząc we śnie takie słowa raczej się nie ucieszyłem. Ale zadziałał mechanizm zaprzeczenia i z wymuszonym uśmiechem odpowiedziałem, że i tak przyjdę na wizytę i na pewno z moją nogą będzie dobrze. W końcu medycyna to nie matematyka, a nawet w matematyce nie można określić rozwiązania wielu skomplikowanych zagadnień. I ten sen się akurat na tym skończył. Nie zamierzam się jego przesłaniem przejmować. Myślę, że jest on raczej odbiciem moich częściowo nieuświadomionych lęków. Ale na wszelki wypadek może zapytam mojego ortopedę, czy ma siostrę. ;)

Drugi, króciutki sen zaskoczył mnie, bo wynika z niego, że człowiek śniąc nie ma dostępu do części swojej wiedzy i to w dość zasadniczym zakresie. Sen był dość chaotyczny i trudno właściwie streścić jego fabułę. Napiszę więc jedynie, że próbowałem sobie w nim przypomnieć, kiedy zmarł mój ojciec i w jakich okolicznościach złamałem nogę. Tego drugiego sobie nie przypomniałem. Natomiast w tym pierwszym przypadku we śnie doszedłem do niezachwianego przekonania, po kilku nietrafionych "strzałach", że był to sierpień tego roku. A sam sen dział się gdzieś w połowie września.

Tymczasem to oczywista bzdura. Kilka minut po obudzeniu, kiedy już na dobre oprzytomniałem, natychmiast przypomniałem sobie, że to był kwiecień dwanaście lat temu. W sierpniu, ale zeszłego roku, to mi zmarł kot. Za trzy dni minie dokładnie rok od tamtego dnia. I, co mnie nieustannie dziwi, wciąż brakuje mi tego zwierzaka. Czasem wieczorem, kiedy zasypiam i dom wydaje jakieś dźwięki, słyszę coś jakby delikatne stąpnięcie kociej łapy na wykładzinie. Wytężam słuch, czy nie usłyszę kolejnych stąpnięć albo po dłuższej chwili ciszy nie poczuję, jak na kołdrze ląduje miękko czarne stworzenie. Ale nic się takiego nie dzieje, a ja zasypiam mogąc sobie co najwyżej wspominać, jak to wcześniej bywało.

Swoją drogą to o tyle dziwne, że brakuje mi tego kota, bo nie ona nie była bynajmniej pieszczochem czy taką kocią przylepą. Wręcz przeciwnie. Niezależna, rzadko okazująca jakąś sympatię czy zainteresowanie (chyba, że się akurat było w kuchni w porze, kiedy kot był głodny). Nie lubiła brania na ręce, stroniła od siadania na kolana. Dopiero pod koniec swojego życia zmieniła trochę swoje zwyczaje i kiedy siadałem w jednym konkretnym miejscu, zwykle z książką, to nieodmiennie po kilku minutach miałem na kolanach kokoszącego się kota. 

Ale jest w tym jakaś życiowa prawda, że bardziej brakuje nam tych, którzy byli oszczędni w okazywaniu nam względów. I nie dotyczy to tylko zwierząt, a przede wszystkim ludzi. Okaż komuś wyraźnie swoje przywiązanie, a możesz być niemal pewien, że nie spotkasz się z wzajemnością. Bądź na czyjeś każde skinienie, a w rewanżu rzadko znajdzie tylko dla Ciebie czas. Sam niestety często popełniam te błędy w relacjach z ludźmi i potem zbieram tego żniwo. A raczej nie zbieram, bo oczekiwanego plonu nie ma. I to jest niestety akurat w moim przypadku bardzo aktualna konkluzja...



Tagi: kot roman j sen
10:48, roman_j
Link Komentarze (4) »
niedziela, 17 lutego 2013

Były już "Rozmowy z katem" Kazimierza Moczarskiego, był "Magnitogorsk czyli rozmowa z Janem" Władysława Broniewskiego, więc teraz będzie jeszcze "Rozmowa z kotem". Akurat na czasie, bo dziś jest Światowy Dzień Kota. Miłej lektury. :)

Kot: Daj jeść...

Ja: Nie mogę.

K: Daj jeść!

J: Nie mogę. Czeka cię operacja. Lekarz kazał cię przegłodzić.

K: Operacja? To znaczy, że znowu będziesz mnie stresował? Nieznane miejsce, nieprzyjemne zapachy, ukłucie, niemożliwa do przezwyciężenia senność... I obudzę się znów okaleczona.

J: Nie przesadzaj. To dla twojego dobra.

K: Dla mojego? Raczej dla twojego.

J: Jak to?  Przecież pojedziemy tam, żeby wyciąć coś, co tobie rośnie na skórze.

K: Po co? Niech rośnie.

J: Ale to jest niepotrzebne i trzeba to usunąć.

K: Niepotrzebne? A kto dał ci prawo rozstrzygać, co jest we mnie niepotrzebne. I to po raz kolejny...

J: Masz na myśli kastrację? Daj spokój... No, ale tym razem trzeba wyciąć coś, co może cię w przyszłości uśmiercić.

K: W przyszłości? A co to jest przyszłość? My, koty, żyjemy w teraźniejszości. Nie mamy planów. Przyszłość to dla nas niezrozumiała abstrakcja.

J: No dobrze, ale chyba chcesz żyć?

K: Źle stawiasz pytanie. My, koty, nie rozpatrujemy tego tak, jak wy, ludzie. Nie ma w nas chęci życia czy niechęci. My po prostu żyjemy i tak jest aż do chwili, kiedy przestajemy żyć.

J: No dobrze. Inaczej. Jeśli tego nie wytniemy, to może się w przyszłości powiększyć, dać przerzuty i sprawić ci cierpienie.

K: Znowu mówisz o jakiejś przyszłości. Nie wiem, co to. Wiem tylko, że znów będzie mnie bolało, skoro nie chcesz mi dać jeść i mówisz o jakiejś operacji. I to jest dla mnie realność. Ten strach i to przeczucie nieodległego cierpienia. Nie będę cierpieć w przyszłości powiadasz? A przecież mógłbyś tamto cierpienie, którego chcesz mi oszczędzić, przerwać...

J: Znaczy uśpić cię?

K: Tak. Uśmiercić. Uśmierzyć cierpienie na zawsze.

J: Nie. Tego bym nie chciał zrobić.

K: Znowu ze względu na siebie...

J: Nie. Chcę, żebyś żyła.

K: A ja? Czy mnie bierzesz pod uwagę? Nie. Chcesz, żebym żyła, bo chcesz się mną cieszyć. Nie chodzi ci o moje dobro, ale o to, żebym ja najdłużej ci towarzyszyła, prawda?

J: No dobrze, o to też. Dlatego robię to dla nas. Dla siebie i dla ciebie.

K: Tylko dla siebie. Ale nie chcesz się do tego przyznać.

J: Dlaczego jesteś taka okrutna?

K: Nie jestem okrutna. Jestem szczera. A jestem taka, bo jestem częścią natury. Natura nie zna kłamstwa. Nie zna też okrucieństwa, bo to pojęcie stworzyli ludzie. Ona po prostu robi swoje. Powołuje do życia, uśmierca. Zgodnie ze swoimi prawami.

J: Trudno. Myśl, co chcesz, ale ja i tak to zrobię. Mam nadzieję, że zobaczymy się po operacji.

K: Jeśli nie, to nic nie szkodzi. Weźmiesz sobie kolejnego zwierzaka, żeby się nim cieszyć. Ale na wypadek, gdybyśmy się już nie zobaczyli, to wiedz, że polubiłam cię, mimo że często byłeś dla mnie uciążliwy.

J: To miło. Ale swoją drogą to prawdziwy z ciebie koci filozof.

K: Jaki koci filozof? Przecież ta rozmowa odbywa się tylko w twojej głowie...

Tagi: kot roman j
17:40, roman_j
Link Komentarze (5) »
środa, 21 września 2011

Jak wiadomo, nadejście kolejnych pór roku można zauważyć obserwując zmiany w przyrodzie. Ja też mam trochę przyrody w domu (nie licząc siebie i kwiatków doniczkowych), a mianowicie kota, który jest wdzięcznym obiektem obserwacji. Ostatnie obserwacje jej zachowania utwierdzają mnie w przekonaniu, że idzie zima. :)

Zmiana jest subtelna, ale znamienna i dotyczy nocnych zwyczajów kota. Dotąd kot przychodziła do mnie na łóżko wieczorem, żeby w odpowiednim dla siebie momencie, zwykle w samym środku nocy, upomnieć się o nocną przekąskę w postaci drobno pokrojonej surowej nerki wieprzowej. Po tym posiłku, kot już nie wracała do łóżka, ale układała się gdzieś w mieszkaniu do dalszej drzemki (jak wiadomo, koty nie śpią, ale drzemią łypiąc od czasu do czasu jednym czy drugim ślipiem dookoła). Poza tym przychodząc wieczorem kot układała się możliwie daleko od mojej głowy i, może przede wszystkim, rąk. To dlatego, że nie jest pieszczochą i nie lubi, jak się ją za dużo głaszcze. :)

Natomiast teraz kot przychodzi wieczorem i układa się centralnie na mojej poduszce, tak że czasem nie wiadomo, jak się położyć potem do łóżka, bo kot nie lubi, jak się ją z łóżka przegania. Poza tym po śródnocnej przekąsce kot wraca na łóżko i na dodatek układa się tak blisko mojej głowy. Jeśli nieszczęśliwie w tym momencie ułożę się plecami do niej, to kot zajmuje pozycję tak bliską, że z jednej strony ściąga ze mnie kawałek kołdry, a z drugiej resztę kołdry tak przygniata, że nie mogę się obrócić bez obudzenia kota. Nie zniechęca jej też to, że za każdym razem jak się przebudzę, to korzystam z okazji i głaszczę ją, żeby szybciej znów zasnąć (głaskanie kota, jak wiadomo, uspokaja).

To wszystko utwierdza mnie w przekonaniu, że idzie zima. Albo, że czas zacząć sezon grzewczy. Niewykluczone, że jak się w domu rozgrzeją kaloryfery, kot nie będzie już tak lgnęła do mnie jak obecnie. Chociaż kto wie. Może to nie nadchodząca zima, ale zupełnie inne powody nią kierują? No cóż, mogę się tylko domyślać, bo raz, że koty nie mówią, a dwa, że nawet gdyby mówiły, to chyba nie byłyby, w przeciwieństwie do psów, zbyt gadatliwe. ;)

Tagi: kot roman j
08:05, roman_j
Link Komentarze (2) »
sobota, 10 września 2011

Swego czasu zauważyłem, że czarny kot zamieszkujący razem ze mną (a nawet dość często śpiący w nocy na moim łóżku) pała niezwykłą sympatią do mojego śpiwora. Ilekroć przed wyjazdem wyciągam go, to znaczy śpiwór, nie kota, na wierzch, nie minie pięć minut, a zalęgnie się w nim czarny kot.

Może ma coś do rzeczy, że śpiwór też jest czarny? A może to, że też miękki i miły w dotyku? Nie wiem. Podejrzewałem, że w grę może wchodzić znajomy zapach (tzn. mój), ale po wypraniu śpiwora miłość kota do niego wcale nie zmalała.

Jakiś czas temu, ale niedawno (daty są na zdjęciach) postanowiłem uwiecznić na zdjęciach nabożeństwo wspomnianego zwierza do mojego śpiwora. Wyniki tej sesji zdjęciowej, a nawet więcej niż jednej, wrzuciłem poniżej.

W promieniach słońca pięknie lśnię...

Między jedną drzemką a drugą dobrze jest się umyć...

Śpię i mam was pod ogonem...

Tak tu miękko i ciepło, że aż oczy się same mrużą z rozkoszy...

Co? Mam się uśmiechnąć? Chyba żartujesz...

W świetle fleszy wyglądam złowrogo...

Tagi: kot roman j
12:35, roman_j
Link Komentarze (12) »
niedziela, 03 października 2010

Zima w tym roku będzie chyba surowa, bo moja kocica ma taki apetyt, jak nigdy dotąd. Jeśli tak dalej pójdzie, to niedługo zacznie przypominać kota bagiennego. A kot bagienny wygląda tak (zdjęcie za Wikipedią na licencji CC):

Kot bagienny

Prawda, że sympatyczny? :)

Tagi: kot roman j
12:03, roman_j
Link Komentarze (14) »
 
1 , 2

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape