O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze

Wpisy z tagiem: majówka

wtorek, 05 maja 2015

Notka tym razem nie w weekend, a we wtorek, bo jestem w domu. Mam dziś jeszcze urlop. Jutro wracam do pracy i jestem z tego zadowolony, bo i praca jest przyjemna i współpracownicy. Wypocząłem na majówce i jestem pełen nowych sił oraz starych, ale na nowo przemyślanych pomysłów.

Majówkę w tym roku po raz pierwszy spędziłem na wodzie. B. zaproponowała takie rozwiązanie chyba już w czasie naszego około sylwestrowego spotkania, a ja przystałem na to. I tak oto w czwartek wsiadłem na pokład jachtu, na którym, z niewielkimi przerwami, spędziłem ponad trzy doby. Oprócz mnie był na nim oczywiście Kapitan oraz B. i I. Ja wsiadłem razem z I. i z Kapitanem na przystani na południowym brzegu Jeziora Dąbie. B. dołączyła do nas później z prowiantem na przystani w Trzebieży.

Pogoda tego dnia była zmienna. Trochę kropiło i było raczej chłodno. Dobrze, że za radą B. wziąłem ze sobą ciepłe, zimowe ubranie. Tak, zimowe, mimo przełomu kwietnia i maja. Było w sam raz na ten rejs. Pogoda w ten majowy weekend nas nie rozpieszczała, a do tego na wodzie jest zawsze chłodniej.

Do Trzebieży płynęło się ciekawie. Akwen w sporej części pokryty jest sieciami, jest trochę płycizn, więc trzeba było manewrować i czytać mapy. Ponieważ w Trzebieży zapadła decyzja, że płyniemy tego dnia dalej, więc odbiliśmy od nabrzeża i ruszyliśmy na północ. Jako miejsce noclegu mieliśmy do wyboru przystanie w Nowym Warpnie i w Altwarp. Wybraliśmy tę drugą. Zawinęliśmy do portu, rzuciliśmy cumy i poszliśmy na poszukiwanie Hafenmeistera. Ponieważ sezon jeszcze się nie zaczął, więc takowego nie spotkaliśmy. A że było zimno, więc wróciliśmy na jacht, gdzie trochę się socjalizowaliśmy.

Kapitan jest bardzo sympatycznym człowiekiem, który ma dar gawędziarstwa, a przy tym niemal mimochodem przekazywał mi wiedzę żeglarską. Nie wszystko było dla mnie nieznane, bo trochę wiedzy z zakresu tematyki żeglarskiej przyswoiłem wcześniej. Dawno temu zacząłem kurs żeglarski, który niczym konkretnym się dla mnie wtedy nie skończył, bo go nie skończyłem, ale wiedzy nieco przyswoiłem. Poza tym interesowałem się tymi zagadnieniami trochę też i później. Dlatego nie byłem taki zupełnie zielony. No i dość szybko przyswajałem nowe wiadomości oraz umiejętności. Nauczyłem się np. wiązać kilka węzłów, między innymi ratowniczy.

Wracając jednak do samego rejsu, to w telegraficznym skrócie dalszy jego ciąg wyglądał tak, że o 5.00 rano jacht ruszył dalej. Nie piszę, że "ruszyliśmy", bo o tej porze spałem jeszcze. Żeglowali w tym czasie I. z Kapitanem. Ale około 8.45 Kapitan zarządził, że za piętnaście minut przejmuję wachtę. W trzynaście byłem gotowy, mimo, że musiałem się dopiero wygrzebać zaspany z mojego barłogu. Spałem w tak zwanej hundce, czyli hundkoi (dosłownie: psiej koi) zwanej niekiedy trumną ze względu na kształt. Ale dowiedziałem się później, że to miejsce wbrew nazwie jest całkiem prestiżowe, bo tutaj zwykle drzemie kapitan. Stąd najlepiej kontrolować sytuację w trakcie rejsu, jeśli się nie jest akurat na wachcie; tutaj jest dostęp do urządzeń i stolika nawigacyjnego.

Wachty mieliśmy teoretycznie godzinne, ale bywało, że przy sterze stało się dwie lub trzy godziny, bo nikogo do steru nie trzeba było zaganiać. Po wyruszeniu o nieludzkiej porannej porze trafiliśmy w bardzo dobrym momencie przed most w Zecherin, który otwierany jest tylko pięć razy dziennie o tej porze roku. Gdybyśmy przypłynęli później, kwitlibyśmy tam do popołudnia. Dzięki temu całkiem wcześnie dotarliśmy do Wolgast, celu naszej podróży. Tutaj najpierw zacumowaliśmy przed kolejnym mostem i wyszliśmy na nadbrzeże. Ja zająłem się tarmoszeniem kota, który nie miał nic przeciwko bliskim spotkaniom z dwunogom. Po jakimś czasie przyszedł do nas K., którego właśnie tutaj przypłynęliśmy odwiedzić i powiedział, że zaraz podnoszą przęsło mostu i trzeba by się przeprawić do właściwej mariny.

Przeprawiliśmy się po czym poszliśmy do K. i J., którzy podjęli nas bardzo smaczną kolacją i dwoma pięknymi kotkami, które jednak nie bardzo chciały się przyłączyć do towarzystwa. W końcu jedna zaczęła się kręcić w moim sąsiedztwie i pozwoliła się kilka razy pogłaskać po grzbiecie. Po kolacji wróciliśmy z Kapitanem na pokład, a I. z B. zostali na noc na lądzie u K. i J.

Rano wszyscy, czyli w szóstkę, ruszyliśmy dalej. Dwójka naszych nowych pasażerów wysiadła w Peenemünde, skąd wrócili do Wolgast rowerami, a my popłynęliśmy dalej. Celem było Swenemünde, czyli Świnoujście. Ta część rejsu była dość nudna poza wyjściem z Wolgast na Bałtyk i podejściem do samego portu. Chociaż był to jedyny kawałek w większości prowadzący przez otwarte morze. Pogoda za to była bardzo dobra, rano nie było nawet jednej chmurki na niebie. Ze względu na mało wymagający fragment rejsu Kapitan zamontował samoster, który wyręczał nas w manewrowaniu rumplem.

Ostatnia część rejsu dla mnie prowadziła ze Świnoujścia Kanałem Piastowskim na Zalew Szczeciński do Trzebieży, gdzie się wymustrowałem. Na pamiątkę dostałem od Kapitana krawat, czyli niezbyt długi kawałek liny służący do wiązania żagli i do podobnych celów. Będę sobie na nim ćwiczył poznane węzły. Ostatnią moją czynnością było oddanie cum, bo Kapitan z I. płynęli dalej do punktu, z którego rejs się zaczął.

Muszę jeszcze dodać, z kronikarskiego obowiązku, że drugiego dnia rejsu dość mocno wiało i miało to dość (nie)poważne skutki. W pewnym momencie I., który akurat dzierżył rumpel, nieco się zagapił i jacht dostał takiego przechyłu, że przez jedną burtę przelała się woda. Tak się niestety złożyło, że na tej burcie siedziałem w tym akurat czasie i... dupa mokra była. :) Na szczęście nic mi się poza tym nie stało, a sam incydent wydał mi się nawet zabawny. Spodnie wyschły prawie całkowicie, zanim jeszcze dopłynęliśmy do portu. A ja uznałem, że przeszedłem swoisty chrzest. Może nie morski, bo nie na wodach morskich, ale żeglarski. :)

czwartek, 29 kwietnia 2010

W tym roku tak się złożyło, że nie będę na majówce. Przynajmniej nie na takiej, jaką tradycyjnie odbywam w gronie przyjaciół gdzieś w Polsce. Ale nie ma czego żałować, bo weekend majowy jest w tym roku krótki, a i pogoda ponoć ma nie być zachęcająca. Padła propozycja w gronie majówkowiczów, żeby majówkę przenieść na przełom maja i czerwca i zrobić z niej czerwcówkę. Ale chyba i ten pomysł z różnych przyczyn (głównie urlopowych) przepadnie. Tak więc jeśli ktoś ma dla mnie jakąś ciekawą propozycję spędzenia majowego weekendu, to niech się podzieli. Nie gwarantuję, że się skuszę, ale rozważę.

Zresztą mam na tę okoliczność wyjście awaryjne w postaci okolicznych lasów, dróg dróżek i szlaków. Co najmniej kilka z nich kusi mnie, żeby nimi przejść. I niewykluczone, że się skuszę, bo perspektywa siedzenia w domu jest mało pociągająca. W ostateczności, jeśli pogoda będzie próbowała mnie zniechęcić, to mam co robić. Postanowiłem sobie opracować trasy na wszystkie te szczyty Korony Gór Polskich, na których jeszcze nie byłem. Opracowanie polega na ustaleniu, jak można najdogodniej w okolice każdego szczytu dojechać i czym, gdzie przewidzieć ewentualny nocleg (ale najlepiej tylko jeden) i skąd zrobić podejście. Mając tak rozpracowane każde podejście, będę mógł sprawniej szczyty na KGP zdobywać. Na razie rozpracowałem sobie w ten sposób trzy spośród pozostałych.

Może też w wolnej chwili zaplanuję sobie jakiś dłuższy wakacyjny wypad. Oprócz OWRP, który znowu będzie przypominał stosunek przerywany, bo będę musiał przyjechać zeń do pracy na 1 dzień, a być może i zrezygnować z drugiego tygodnia, chciałbym się gdzieś wypuścić w sierpniu. W zeszłym roku też miałem taki zamiar, ale zabrakło czasu na wymyślenie i opracowanie trasy, a poza tym zabrakło też w końcu i chęci, więc z moich planów nic nie wyszło. Tak czy inaczej najpierw muszę rozstrzygnąć, gdzie się wybrać. Z jednej strony kusi mnie wschodnia część województwa świętokrzyskiego (w tym Sandomierz), a z drugiej dobrze byłoby wybrać się gdzie indziej, żebym mógł sobie taką wyprawę zaliczyć jako drugą na dużą srebrną OTP (obie takie wycieczki muszę odbyć na terenie różnych województw, a pierwsza była właśnie w Świętokrzyskiem). W tym drugim przypadku w grę wchodziłoby m.in.: pogranicze Mazowieckiego i Kujawsko-Pomorskiego samo Kujawsko-Pomorskie lub Warmińsko-Mazurskie. W rezerwie mam jeszcze wędrówkę dookoła Wrocławia żółtym szlakiem, z której zostało mi jeszcze kilka etapów do przejście. Oba warianty (tzn. świętokrzyski i nie-świętokrzyski) mają swoje "walety i zady". Najważniejsze, żebym któryś wybrał, a nie znalazł się w sytuacji fredrowskiego osiołka.

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape