O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze

Wpisy z tagiem: list

środa, 23 grudnia 2009

Mam w tym roku zdecydowany przesyt wigilii. Nie chodzi o jedzenie, ale o liczbę imprez. W tej chwili odbyłem ich już cztery. Więcej na pewno nie będzie (jeśli nie liczyć tej rodzinnej), ale to i tak za wiele.

Pierwsza była wigilia dla pracowników politechniki. Zwykle, jako pracownik, nie chodziłem na nią, ale tym razem poczułem się zobowiązany jako członek chóru. Zaśpiewałem, co swoje, ale do łamania się opłatkiem specjalnie się nie rwałem. Zresztą nie było za bardzo kiedy, bo przez większość czasu zabawialiśmy zebrane towarzystwo śpiewem. Trochę żałuję, bo zjawił się biskup ordynariusz. Pomyślałem, że mogłem mu złożyć życzenia, aby księża w jego diecezji dotrzymywali ślubów szczególnie posłuszeństwa. Tego chyba można życzyć każdemu ordynariuszowi. A temu personalnie mógłbym jeszcze życzyć więcej tolerancji dla tolerancji, bo wiem, że ma w tej dziedzinie spore niedobory. Choć z drugiej strony religia, którą reprezentuje, jest w swych założeniach nietolerancyjna, więc chyba te życzenia byłyby z kategori, nomen omen, pobożnych. :)

Drugą imprezą była wigilia w chórze. Jeszcze tego samego dnia, ale później. To była moja druga wigilia chórowa, ale poprzednia była chyba ze dwa lata temu. Rok temu na pewno nie było. Było miło, odśpiewaliśmy sobie jeszcze raz kolędy, ale tym razem już na luzie, bo sami dla siebie. Szkoda tylko, że nie wszyscy dotarli na to spotkanie, w tym osoby, na których obecność liczyłem. Trudno. Może następnym razem frekwencja będzie wyższa.

Trzecią wigilię miałem na politechnice, ale w gronie zakładu. Wcześniej jeszcze tego dnia przerzuciłem od 8.00 rano ćwierć tony betonu w kostkach po ok. 8 kg, po czym tylko przebrawszy się w domu z marszu ruszyłem na uczelnię. Było miło jak zwykle. A może nawet jeszcze milej. Chociaż nieco się spóźniłem, to jednak zdążyłem jeszcze na życzenia. Zaraz potem zasiedliśmy do barszczyku i tak zleciało nam półtorej godziny.

Ostatnia jak na razie wigilia odbyła się w Zespole. Nie byłem na tej wigilii nigdy dotąd, choć odbywa się co rok w tym samym terminie. Tym razem wyciągnął mnie A., któremu żona tym razem będąc w rozjazdach służbowych nie mogła towarzyszyć. Ja co prawda żony zastąpić nie mogłem i nie chciałem, ale zgodziłem się robić za osobę towarzyszącą. Skoro po z górą 20 latach znajomości A. wciąż się jeszcze do mnie przyznaje, to ja mu się mogę zrewanżować w ten sposób. ;) Tłoku nie było na tej imprezie, a A. stwierdził, że bywało więcej ludzi. Fakt, że z grona osób, które dobrze znam, były dosłownie jednostki. Ale może za rok będzie lepiej, bo jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, to się wybiorę.

Na koniec tego męczącego dnia i tej notki dodam, że dostałem list od M. I to napisany odręcznie! (chyba go oprawię w ramki) ;) Napisał go w pociągu z Nowego Jorku. Tyle przeczytałem w pierwszym akapicie. Dalej nie czytałem. Na razie. Czekam na odpowiedni moment, kiedy będę miał wolny dzień i nastrój. Wtedy zaparzę sobie kawę, wezmę list, usiądę w fotelu i będę czytał. Może zrobię to jutro traktując jego lekturę jako prezent pod choinkę. I pewnie niedługo potem napiszę odpowiedź. :)

poniedziałek, 15 października 2007
Jak może wiecie, a może nie, Ludwik Dorn założył sobie ostatnio bloga. I jedną z pierwszych publikacji w tym blogu był list skierowany do wykształciucha, czyli także i do mnie. Ponieważ uważam, że grzeczność wymaga, aby na list odpowiedzieć, więc odpowiedziałem w komentarzu do notki z listem. Postanowiłem też zamieścić moją odpowiedź w blogu. Nieco podrasowaną w stosunku do oryginału, bo tamten powstał w pewnym pośpiechu. Miłej lektury. :)

Drogi Ludwiku!
Wybacz poufałość, ale zwracam się do Ciebie jak do ojca, skoro się moim ojcem samozwańczo mienisz. Niestety, słowo "tato" zarezerwowałem już dla kogo innego, więc pozostaje mi jedynie zwracać się do Ciebie po imieniu.
A więc Ludwiku! Twój list skierowany do mnie bardzo mnie rozbawił. Po jego pobieżnej lekturze życzę Ci, żebyś przeszedł do historii przynajmniej dzięki swojej nietuzinkowej twórczości, bo ze względu na dokonania polityczne raczej nie wróżę Ci wdzięcznej pamięci przyszłych pokoleń.
Słyszałem, że pisujesz bajki dla dzieci. To bardzo sympatyczne. Jednak znacznie mniej sympatyczne jest to, że swój protekcjonalny stosunek do dzieci, który wobec nich można uznać za właściwy, przenosisz także na ludzi dorosłych często mających od Ciebie więcej lat i nieporównywalnie większy życiowy dorobek. I tenże właśnie protekcjonalny, a chwilami wręcz pogardliwy, stosunek do współobywateli jest wspólną cechą Twoją i Twoich kolegów. Cechą, która odstręcza.
Należę do tej grupy, którą Ty określiłeś obraźliwie "wykształciuchami", ale bynajmniej nie poczuwam się do bycia powołanym przez Ciebie z nicości do świadomego bytu. Na to jesteś, drogi Ludwiku, za krótki, mówiąc językiem dzisiejszej młodzieży.
Wbrew temu, co z charakterystyczną dla siebie pewnością zdiagnozowałeś jako przypadłość wykształciuchów, nie mam też dylematu na kogo głosować. Niestety, moim faworytem nie jesteś ani Ty, ani żaden z Twoich partyjnych kolegów. Przede wszystkim ze względu na Waszą wspomnianą wcześniej graniczącą z pogardą protekcjonalność. Ale są i inne powody. Na przykład to, że żyjemy w całkiem odmiennych przestrzeniach aksjologicznych. W mojej nie ma miejsca na takie prawdy, że "białe nie jest białe, a czarne nie jest czarne", czy "w polityce nie wszystkich obietnic się dotrzymuje". Nie zagłosuję na Ciebie też dlatego, że państwo ukształtowane na Waszą modłę, jak żadne w ostatnich 18 latach, przypomina mi PRL. Wy chcielibyście obywatela wychowywać, wskazywać mu jedynie słuszną drogę postępowania, wartości, jakie ma wyznawać, a to nie jest rolą polityków w demokratycznym państwie. Chcecie obywatelowi ojcować, do czego sam przyznajesz się bez skrępowania w swoim liście. Wybacz, Ludwik, ale na drugiego ojca w moim życiu nie ma miejsca. Dwóch ojców to, zgodnie z systemem wartości promowanym przez Twoją partię, byłoby już wynaturzenie. Do tego zaś, żeby być moim ojcem duchowym, niestety nic Cię nie predestynuje poza Twoim własnym chciejstwem. I właśnie ta Twoja chęć dyskwalifikuje Cię już na starcie, bo ojca duchowego człowiek powinien wybrać sobie sam, a nie zostać przez niego adoptowanym bez pytania o zdanie.
Przepraszam, Ludwik, ale zdecydowanie jest nam razem nie po drodze i chyba nigdy nie będzie. Nie będę zaciskał zębów nad urną, do czego mnie namawiasz. Zamiast tego zagłosuję z uśmiechem i nadzieją, że w kolejnej kadencji parlamentu zasiądziesz w ławach opozycji, dzięki czemu będziesz miał więcej czasu na pisanie bajek.
Pozdrawiam Cię,
Twój Wykształciuch.

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape