O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze

Wpisy z tagiem: wakacje

środa, 07 lipca 2010

Umierałem dziś z nudów przez sześć długich godzin. Poniekąd na własne życzenie, bo sam się zgłosiłem na dziś na dyżur w Wydziałowej Komisji Rekrutacyjnej. Teraz akurat nie ma w niej za wiele do roboty. Co najwyżej udziela się informacji kandydatom lub ich rodzicom. Ewentualnie odsyła się nadgorliwców, którzy już chcieliby złożyć papiery, choć będziemy je przyjmować dopiero po niedzieli. Nawet zgłoszeń nie ma już sensu oglądać, bo od wtorku są zablokowane.

W zeszłym roku jakoś lepiej znosiłem te dyżury, a w tym odbywam je jak za karę. Fakt, że w zeszłym roku byłem w lepszej formie. A dyżury odbywały się w dużo większym i chłodniejszym pomieszczeniu. Może to też ma jakiś wpływ. W każdym razie wiem przynajmniej, że z nudów nie da się umrzeć. Mnie się przynajmniej nie udało.

Ale nic straconego. Zgon i tak mam w planie na te wakacje. Plan jest na tyle precyzyjny, że mogę nawet podać termin: 20 lipca w późnych godzinach popołudniowych. O ile oczywiście wszystko przebiegnie zgodnie z planem. Na razie zagrożeń nie widzę. Jeśli będzie duży upał, to może to się nieco odwlecze, ale niewiele.

wtorek, 04 maja 2010

Trzy razy zabierałem się do pisania tej notki i zakładam, że tym razem się uda. A może lepiej było sobie jednak odpuścić? Mimo wszystko zaryzykuję. Znowu będzie trochę osobistych wynurzeń, ale nie za bardzo osobistych, bo na takie tutaj miejsca nie ma.

Zacznę od osobistego odkrycia wiarygodnego wskaźnika kondycji psychicznej. Przynajmniej w moim przypadku się on sprawdza. Wskaźnikiem tym jest horyzont planów. Im krótszy, tym jest gorzej. Odkryłem wyraźną korelację między tym, na jak daleko do przodu snuję plany, a tym jak ogólnie oceniam swoje samopoczucie. Poza długością horyzontu planów widzę też zmianę w jakości. Kiedy jest źle, mam problem, żeby zaplanować sobie wieczorem, co będę robił następnego dnia rano, a ułożenie listy zakupów wydaje się większym wysiłkiem niż napisanie doktoratu. A kiedy jest dobrze, wtedy... na przykład wpadam na takie pomysł, jak ostatnio.

Wpadłem mianowicie na pomysł, żeby pojechać do Prypeci (albo do Prypecia, bo nie wiem, jakiej płci jest to miasto). Dla niewtajemniczonych napiszę, że Prypeć to jest to miasto widmo, które w ciągu jednego dnia zostało ewakuowane po katastrofie elektrowni w Czarnobylu. Leży w tzw. zonie, do której mim formalnego zakazu wstępu organizowane są wycieczki. I tam się właśnie chciałbym wybrać.

Podzieliłem się tym pomysłem z B. i z R. Na razie odpowiedziała B. i entuzjastycznie się do tej propozycji odniosła. Zaproponowała, żeby wybrać się tam w okresie wiosenno-letnim, więc ze swej strony rzuciłem propozycję, żeby może wybrać się tam w Wielkanoc. W czasie kiedy ludzie będą święcić jajka nam się jajka... będą świecić (no, może nie wszystkim). Czekam jeszcze na odpowiedź R. i jeśli będzie pozytywna, to można będzie zacząć myśleć o tym wyjeździe.

A tymczasem z drugiej strony A. chce mnie namówić na rejs Zawiszą Czarnym. Nie wiem, kiedy, ale pewnie dam się namówić, jeśli ta propozycja się skonkretyzuje i nie będzie kolidowała z obowiązkami w pracy czy w domu. I to pomimo, że ja jestem raczej zaprzysięgłym szczurem lądowym w przeciwieństwie do A., który odkrył jakiś czas temu uroki żeglowania. Mnie to jakoś nigdy specjalnie nie ciągnęło, chociaż dawno temu chodziłem na kurs żeglarski (jeszcze w podstawówce) jednak zrezygnowałem, zanim przeszliśmy do zajęć praktycznych.

Był jeszcze krótki epizod z żaglówką, kiedy byłem z A. (ale nie z tym, o którym napisałem wcześniej) w wakacje na Mazurach gdzieś pod koniec studiów. Ten też miał wtedy ostrą fazę na żeglarstwo. Długo to nie trwało, ale akurat wtedy osiągnęło chyba apogeum. Do tego stopnia, że będąc nad jakimś jeziorem (nie pamiętam już jakim) w ciągu kwadransa wpadł na pomysł, żeby wypożyczyć łódkę i... niestety zrobił to. Napisałem "niestety", bo ja byłem nieodłączną częścią jego planów żeglarskich, na co nie miałem najmniejszej ochoty. Ja nie miałem pojęcia o żeglowaniu, a on coś tam może wiedział, ale przeceniał swoje umiejętności. Niestety, ponieważ było nas tylko dwóch, a tylu właśnie było potrzebnych. I nie było pod ręką nikogo, kto mógłby mnie wyręczyć. Dlatego nie udało mi się wykręcić od wypłynięcia na jezioro, choć nie miałem na to najmniejszej ochoty.

Nie mogę napisać, że nie lubię wody, ale to nie mój żywioł. Dobrze się w niej czuję tylko wtedy, gdy czuję grunt pod nogami. A bujanie się w małej łupince z człowiekiem niedoświadczonym, ale do tego napalonym na żeglowanie jak kot na kotki w marcu, było doświadczeniem traumatycznym. Nie ukrywałem tego przez co potem dowiedziałem się, że zepsułem najszczęśliwszy dzień w jego życiu i przez długi czas mi to wypominał. Mam nadzieję, że od tamtego czasu miał w swoim życiu więcej takich dni, z których żadnego nie zepsułem, bo mnie nie było w pobliżu.

I w ten sposób zdryfowałem z Czarnobyla na mazurskie jeziora. Jeśli wszystko się ułoży zgodnie z moimi planami, to w tym roku pojadę na Mazury, ale nie w te okolice, które odwiedziłem tamtych pamiętnych wakacji. Tamte może też kiedyś odwiedzę, jeśli ustalę, gdzie to było. Może coś zapisałem w tamtym czasie w moim dzienniku, który prowadziłem wtedy dużo bardziej skrupulatnie niż obecnie. Dobrze byłoby zapisać tamte wspomnienia jakimiś świeższymi i przyjemniejszymi. Choć wtedy też było miło, przynajmniej przez większość czasu. Ale było, minęło.

czwartek, 29 kwietnia 2010

W tym roku tak się złożyło, że nie będę na majówce. Przynajmniej nie na takiej, jaką tradycyjnie odbywam w gronie przyjaciół gdzieś w Polsce. Ale nie ma czego żałować, bo weekend majowy jest w tym roku krótki, a i pogoda ponoć ma nie być zachęcająca. Padła propozycja w gronie majówkowiczów, żeby majówkę przenieść na przełom maja i czerwca i zrobić z niej czerwcówkę. Ale chyba i ten pomysł z różnych przyczyn (głównie urlopowych) przepadnie. Tak więc jeśli ktoś ma dla mnie jakąś ciekawą propozycję spędzenia majowego weekendu, to niech się podzieli. Nie gwarantuję, że się skuszę, ale rozważę.

Zresztą mam na tę okoliczność wyjście awaryjne w postaci okolicznych lasów, dróg dróżek i szlaków. Co najmniej kilka z nich kusi mnie, żeby nimi przejść. I niewykluczone, że się skuszę, bo perspektywa siedzenia w domu jest mało pociągająca. W ostateczności, jeśli pogoda będzie próbowała mnie zniechęcić, to mam co robić. Postanowiłem sobie opracować trasy na wszystkie te szczyty Korony Gór Polskich, na których jeszcze nie byłem. Opracowanie polega na ustaleniu, jak można najdogodniej w okolice każdego szczytu dojechać i czym, gdzie przewidzieć ewentualny nocleg (ale najlepiej tylko jeden) i skąd zrobić podejście. Mając tak rozpracowane każde podejście, będę mógł sprawniej szczyty na KGP zdobywać. Na razie rozpracowałem sobie w ten sposób trzy spośród pozostałych.

Może też w wolnej chwili zaplanuję sobie jakiś dłuższy wakacyjny wypad. Oprócz OWRP, który znowu będzie przypominał stosunek przerywany, bo będę musiał przyjechać zeń do pracy na 1 dzień, a być może i zrezygnować z drugiego tygodnia, chciałbym się gdzieś wypuścić w sierpniu. W zeszłym roku też miałem taki zamiar, ale zabrakło czasu na wymyślenie i opracowanie trasy, a poza tym zabrakło też w końcu i chęci, więc z moich planów nic nie wyszło. Tak czy inaczej najpierw muszę rozstrzygnąć, gdzie się wybrać. Z jednej strony kusi mnie wschodnia część województwa świętokrzyskiego (w tym Sandomierz), a z drugiej dobrze byłoby wybrać się gdzie indziej, żebym mógł sobie taką wyprawę zaliczyć jako drugą na dużą srebrną OTP (obie takie wycieczki muszę odbyć na terenie różnych województw, a pierwsza była właśnie w Świętokrzyskiem). W tym drugim przypadku w grę wchodziłoby m.in.: pogranicze Mazowieckiego i Kujawsko-Pomorskiego samo Kujawsko-Pomorskie lub Warmińsko-Mazurskie. W rezerwie mam jeszcze wędrówkę dookoła Wrocławia żółtym szlakiem, z której zostało mi jeszcze kilka etapów do przejście. Oba warianty (tzn. świętokrzyski i nie-świętokrzyski) mają swoje "walety i zady". Najważniejsze, żebym któryś wybrał, a nie znalazł się w sytuacji fredrowskiego osiołka.

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape