O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze

Wpisy z tagiem: nauka

środa, 02 marca 2011

Dziś mieliśmy zebranie z prodziekanem, profesorem M. (zresztą moim imiennikiem) dotyczące finansowania prac naukowych w tym roku i podsumowujące dotychczasowe efekty działalności. Najpierw profesor M. zagaił, po czym poprosił profesora W. o zabranie głosu. To, co powiedział profesor W., moim zdaniem zgodnie z prawdą, można streścić w stwierdzeniu, że większość z tego, co się robi w naszym instytucie jest, delikatnie rzecz ujmując, mało wartościowa. Potem znów zabrał głos profesor M. i zaczął mowę w stylu "wicie, rozumicie". To znaczy na zmianę wykazywał zrozumienie dla obiektywnych okoliczności, które utrudniają uzyskiwanie lepszych efektów, ale jednocześnie oczekiwał ich poprawy. Ja podsumowałem na własne potrzeby tę mowę w ten sposób "wiem, że z obecnej sytuacji nie ma dobrego wyjścia, ale oczekuję, że je znajdziecie".

Ja go w sumie nawet rozumiem, bo jest między młotem a kowadłem. Z jednej strony wie, jakie są okoliczności. Mówił między innymi, że rozumie, że jak ktoś ma 2,5 razy więcej godzin niż wynosi pensum, to trudno znaleźć czas na działalność naukową (swoją drogą ja chciałbym mieć 2,5 pensum, bo może miałbym wtedy trochę więcej czasu dla siebie). Z drugiej strony mówi, że nie należy na siebie takich zobowiązań godzinowych brać. Tylko, że nikogo nowego przyjąć do pracy nie można, bo ze względu na kurczące się fundusze przyjęcia są zablokowane. To kto te godziny weźmie? Krasnoludki? A może studentów starszych lat w ramach wolontariatu przyuczymy do nauczania studentów młodszych?

Inna sprawa to koncentracja potencjału badawczego. Profesor M. zachęca, żeby się łączyć w zespoły i występować o większe pieniądze na taki zespół zamiast o mniejsze dla jednej czy dwóch osób. Brzmi sensownie. Tylko chciałbym zapytać, skąd wziąć lidera takiego zespołu? I dlaczego ma nim być ten czy inny doktor, a nie profesor, który powinien być naturalnym i oczywistym kandydatem na lidera? I jak zdecydować, czyje zainteresowania naukowe mają przyszłość i warto je realizować, a czyje zignorować?

W normalnie funkcjonującej instytucji naukowej jest profesor-lider, który decyduje o kierunkach badań i wyznacza zadania swoim współpracownikom: doktorom i doktorantom. I jest to naturalne, bo przecież polski system kariery naukowej zakłada, że dopiero po habilitacji naukowiec jest samodzielny w swoich badaniach naukowych. Tymczasem w naszym instytucie usamodzielnili się już doktorzy. Ale bynajmniej nie dlatego, że mają o sobie tak wysokie mniemanie, ale dlatego, że to jedyny sposób, żeby prowadzić w ogóle jakąś działalność naukową. Czekanie bowiem, aż ktoś z profesorów weźmie na siebie rolę lidera, jest czekaniem na Godota (podobieństw do sztuki Becketta znalazłoby się zresztą więcej). Tylko, że doktor nie wsparty autorytetem ustosunkowanego profesora jest w takiej sytuacji, jak kapral, która ma dowodzić kompanią. Był co prawda w historii jeden kapral, który dowodził armiami, ale jak się to skończyło, wszyscy wiemy. A i on sam skończył nieciekawie.

Podsumowując, jest fatalnie, a będzie jeszcze gorzej. Właściwie jedyne sensowne wyjście z tego pata ja widzę jedno. Obcięcie naboru studentów co najmniej o połowę. Spadnie liczba studentów, to spadnie liczba godzin do przeprowadzenia, zmniejszą się przeciążenia pracowników, spadną koszty. Pracownicy będa mieli więcej czasu, może w efekcie zaoowocuje to wyższą jakością badań, może większą liczbą publikacji, choć na pewno nie od razu. Nie wiem tylko, czy o to chodziło minister Kudryckiej, a której zresztą jestem jak najgorszego zdania podobnie jak co najmniej kilka osób ze środowiska akademickiego, których zdanie cenię.

Jakby na zamówienie dostałem dziś wieczorem od P. artykuł profesora Andrzeja Walickiego. Emerytowanego pracownika naukowego wielu instytucji zarówno polskich jak i światowych. Tekst jest doskonałą diagnozą stanu polskiej nauki i przyczyn tego stanu rzeczy, a przyczyny leżą nie tam, gdzie je widzi pani minister Kudrycka i jej urzędnicy. Można wręcz dojść do wniosku, że jeśli celem ministerstwa jest to, żeby polska nauka dogoniła światową, to wkrótce będziemy tą drogą nie tylko iść, ale wręcz biec. Tylko, że... w przeciwną stronę...

Polecam lekturę tego artykułu. Jest tutaj.

Tagi: nauka roman j
22:26, roman_j
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 28 czerwca 2010

Izraelscy naukowcy napisali program diagnozujący depresję u blogerów na podstawie używanego przez nich słownictwa. Hmmm. Może powinienem zacząć pisać w jidysz?

piątek, 05 lutego 2010

Czasu mało. Spać chodzę czasem po 2:00, więc i notka będzie krótka, choć miałem ochotę napisać dłuższą i nawet trochę pok...ć. Jednak nie tym razem. Ale jak mnie taki jeden facet mocniej wkurzy, to jemu wygarnę, a tutaj odreaguję jego i jeszcze kilka pokrewnych przypadków.

A tymczasem może moi czytelnicy zaangażują się trochę i pomogą mi rozwikłać dylemat, jakiego języka się uczyć: fińskiego czy węgierskiego? I dlaczego? Składniam się ku fińskiemu, bo Nokia, sauna i te sprawy. Poza tym Finów jest mniej, więc i język bardziej ekskluzywny. Ale i Węgrzy mają swoje zalety: Tokaj czy inne węgrzyny, Józef Bem, no i w końcu to bratanki.

A dlaczego taki wybór? A dlatego, że chciałbym poznać język z grupy ugrofińskiej. To może być ciekawe doświadczenie, bo oni mają na przykład kilkanaście przypadków. Poza tym uczyłem się dotąd języków fleksyjnych, a chciałbym opanować też jakiś język aglutynacyjny. To określenie kojarzy się z glutami i jest w tym jakiś sens, bo w takich językach dokleja się do wyrazu kolejne różne przed- i przyrostki i na przykład efekt jest taki: talo - dom, ale taloissanikinko - czy też w naszych domach? (przykład z Wikipedii; wierzę na słowo).

Tak więc jeśli Wam się chce, to napiszcie, czy lepiej fińskiego czy węgierskiego się pouczyć? :)

czwartek, 21 stycznia 2010

Działam od jakiegoś czasu w tym kierunku, żeby tytuł tej notki był w jak najmniejszym stopniu prawdziwy. A to dlatego, że czas by wreszcie zrealizować swój plan i przejść się do świętego Jakuba. Terminu sobie na razie żadnego nie wyznaczyłem, ale myślę, że musi to być najbliższa dekada. 2012? 2013? Trochę później? Zobaczymy. Na razie uczę się hiszpańskiego i rozglądam za towarzystwem na tej Drodze. Sam też oczywiście pójdę, jeśli nikogo chętnego nie znajdę, ale w towarzystwie byłoby raźniej no i byłoby potem z kim to wyzwanie wspominać.

Tymczasem hiszpański sprawia mi wiele frajdy. Na przykład dowiedziałem się, że strażak po hiszpańsku to el bombero. Czyli liczba mnoga - strażacy to los bomberos. Świetna nazwa dla jakiejś kapeli. Oczywiście pod warunkiem, że nie będą koncertować w Hiszpanii albo będą strażakami z zawodu. :D

Ucząc się kolejnego języka (licząc rosyjski, którego mnie uczono, będzie to chyba piąty lub szósty z kolei, bo nie wiem, czy liczyć łacinę, której na dobre uczyć się nie zacząłem, choć mam podręcznik) dochodzę do wniosku, że nauka każdego kolejnego przychodzi łatwiej. Zarówno jeśli chodzi o gramatykę, jak i słownictwo. Faktem jest jednak, że nie uczę się arabskiego, chińskiego czy suahili, a tylko języków europejskich. Inaczej mogłoby się okazać, że to spostrzeżenie jest błędne. Ale nic straconego. Może i jakiegoś egoztycznego języka się kiedyś pouczę. A tymczasem wracam do hiszpańskiego.

wtorek, 29 grudnia 2009

Dziś znowu będzie notka eklektyczna. O wszystkim i o niczym, czyli o tym, co mi akurat na myśl przyjdzie. Niech nikt nie spodziewa się głębi ani wielkiego sensu, choć będę się starał pisać do rzeczy.

Na początek paradoks, który właściwie nie jest paradoksem, choć na taki wygląda. Otóż chciałem sobie dziś przy okazji wizyty w Auchan kupić długopis. Z czerwonym wkładem, bo tego koloru sporo używam i zakupiony niedawno pisak jest już prawie na wyczerpaniu. Ze względu na szybkie tempo zużycia chciałem zaopatrzyć się w jakiś niedrogi długopis lub, jeśli to możliwe, w nieco droższy, ale z możliwością wymiany wkładu (tu przypomniał mi się dość absurdalny dowcip z dzieciństwa: czym różni się trumna od długopisu? wkładem...).

Szukając w odpowiednim miejscu znalazłem kilka długopisów, w opisie których wyraźnie podkreślono, że ich zaletą jest to, że są na wkłady typu... nie pamiętam oznaczenia. Ucieszyłem się i zanim wziąłem jeden z tego typu pisaków do koszyka, najpierw skrupulatnie obejrzałem cały długaśny regał obwieszony przyborami pisarskimi i nie tylko. W poszukiwaniu rzeczonych wkładów oczywiście. Coś mi podpowiadało, że to próżny trud, ale jak ten niewierny Tomasz chciałem sam się przekonać. I przekonałem się. Ani śladu choćby złamanego wkładu nie znalazłem. Zastanawiam się teraz, czy nie ma ich tylko w ofercie hipermarketu, gdzie można kupić mydło i powidło, czy może nie ma go też w ofercie producenta, co byłoby wyjątkowo perfidnym, ale też godnym odnotowania zabiegiem zrobienia klienta w konia. Ostatecznie długopisu nie kupiłem. Może przeproszę się z wiecznym piórem, bo czerwony atrament mam. :)

A teraz mała poświąteczna refleksja. Właściwie powigilijna (po wigilii w Zakładzie). Otóż w czasie wigilii zakładowej zgadało się z naszym Szefem, że ludzie niczego nie uczą się z historii. To przekonanie dość rozpowszechnione, wszak już Pietrzak w Kabarecie pod Egidą prawie 30 lat temu mówił "Człowiek uczy się na błędach i na historii. A historia uczy tylko jednego, że nigdy, nikogo, niczego nie nauczyła". Wyraziłem wtedy na tej wigilii przypuszczenie, że ci wszyscy błądzący wychodzą po prostu z założenia, że oni wiedzą, jakie błędy popełnili ich poprzednicy podejmując określone działania, ale wychodzą z założenia, że oni sami zrobią to samo, ale lepiej, tak że właśnie im się to uda. Dziś dodałbym po namyśle do tej wypowiedzi jeszcze kilka zdań.

Po pierwsze myślę, że są takie błędy, których nikt nie powtarza, bo nikogo to nie kusi i takie, które ludzie powtarzać będą z lubością nawet dysponując odpowiednią wiedzą. Używając porównań nikogo nie kusi siadanie gołą dupą na rozgrzanym piecu, a wrzucanie monet do maszyny i pociąganie za wajchę jest udziałem wielu. To oczywiście są bardzo przyziemne i proste przykłady, ale nawet wśród tych o doniosłym charakterze dałoby się przeprowadzić taki podział.

Po drugie zaś myślę, że życie ludzkie byłoby nudne, gdyby nie popełniane przez nas błędy. Choć niekoniecznie te, o których mówi historia. Zresztą gdybyśmy unikali ich robienia, to w wielu przypadkach nie mielibyśmy wyboru, jaką drogą podążać w życiu i szli byśmy zawsze tylko tą jedną, słuszną. A czy nie ma czegoś heroicznego w tym, że kiedy czasem z tej drogi zboczymy, to później często świadomi popełnionego błędu dokładamy wysiłku, aby jego skutki naprawić czy zniwelować? Często mamy wtedy w życiu pod górkę i pół biedy, gdy tylko my, ale czy to nie nadaje naszemu życiu jakiegoś sensu (przynajmniej w ten sposób, że nadaje mu cel)? Poza tym uważam, że każdy błąd jest inny, bo inne są okoliczności jego popełnienia, a tym samym inne mogą być jego skutki. I wierzę, że popełnianie błędów ma też sens poznawczy, bo wiele odkryć naukowych zostało dokonanych przypadkiem wskutek popełnienia błędu. To tyle o błądzeniu, a teraz gładko przejdę do nauki.

Chodzą mi po głowie pomysły na kolejne co najmniej trzy tematy badawcze. Ale nie wiem, czy poza "chodzeniem o głowie" coś więcej z tego będzie. Po pierwsze, nie mam żadnego przekonania, czy mają one sens (poza sensem poznawczym). Po drugie, nie do końca mam przekonanie, czy bronią się z punktu widzenia ekonomii (to znaczy jeden na pewno nie, jeden chyba tak, a jeden - trudno wyczuć). Po trzecie obawiam się, że nie będę mógł ich przetestować, bo albo moje szefostwo uzna, że są niezbyt sensowne (co ja akurat zrozumiem, choć nie uważam, że należy robić w nauce tylko rzeczy, które na pierwszy rzut oka mają sens), albo okaże się, że nie dysponujemy wyposażeniem niezbędnym do przeprowadzenia badań (choć wstępne działania w co najmniej dwóch przypadkach mogę zrobić nawet w domu), albo wreszcie zabraknie mi czasu, pary tudzież natchnienia. W ostateczności może się też okazać, że ktoś już to przede mną robił, a ja o tym nie słyszałem. Mimo to pozostaję w nadziei, że dane mi będzie te trzy pomysły przetestować. Między innymi dlatego chciałem zajmować się nauką. Szkoda, że pod tym względem nie jest u nas jak w USA, gdzie pieniądze znaleźć można nawet na mocno absurdalne, z mojego puntu widzenia, dociekania. Ale do USA nie wyjadę uprawiać naukę, bo chciałbym to robić tutaj. :)

I tym optymistycznym akcentem kończę życząć szczęśliwego Nowego Roku, jako że do końca tego roku chyba już tu pisać nie będę.

 
1 , 2

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape