O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze

Wpisy z tagiem: turystyka

sobota, 23 lipca 2011

Od tej notki miałem zacząć powrót na blog po OWRP, ale tak się złożyło, że dopiero teraz mam czas, żeby zebrać myśli i wrażenia, aby spróbować przelać je na strony blogu. Dlatego w międzyczasie popełniłem za to dwie krótkie notki inspirowane bieżącymi wydarzeniami. Ale dziś już nie ma wymówki, trzeba kilka słów napisać.

Tegoroczny OWRP zapamiętam jako najzimniejszy i najbardziej mokry z dotychczasowych. Może ten nie byłby najbardziej mokry, gdybym w 2007 roku nie zrobił sobie przerwy, bo Rajd w tamtym roku był, według relacji moich rajdowych towarzyszy, jeszcze bardziej mokry niż ten.

Inną specyficzną cechą tegorocznego Rajdu była spora liczba noclegów spędzonych pod dachem. Nigdy co prawda nie robiłem tego typu statystyk, ale wydaje mi się, że w tym roku takich noclegów było najwięcej. Jednak nie widzę w tym nic zdrożnego, bowiem nigdzie nie jest zapisane, że specyfiką tego rajdu jest konieczność nocowania w namiotach.

Noclegi pod dachem mieliśmy na samym początku trzy w Samociążku, a potem jeszcze dwa w Tleniu, jeśli dobrze kojarzę. Te pierwsze spędziliśmy w pięć osób w czteroosobowej przyczepie kempingowej. Wydawałoby się, że taki nocleg w porównaniu z namiotem to luksus, ale w moim subiektywnym odczuciu było tam ciaśniej niż w moim namiocie, który i tak jest niewielki. Na dodatek spaliśmy we trzech na łóżku, które przewidziane było dla dwóch osób. Jakby tego było mało, mnie się trafiła miejscówka na skraju legowiska, które miało ten feler, że właśnie na skraju w samym środku opadało ku podłodze. Budziłem się więc często wygięty w pałąk i próbowałem się wcisnąć bardziej wgłąb, gdzie spadek był mniejszy, ale za to mniej było też miejsca. Dlatego po trzech dniach z ulgą rozłożyłem namiot na czwartą noc.

Kolejne dwa noclegi pod dachem wymusiła pogoda, bo tak lało, że rozłożenie namiotu tak, żeby w środku nie było mokro, byłoby mistrzostwem. W tej sytuacji poszliśmy spać do domków. W nich też zresztą nie zawsze było sucho. Nam się akurat trafił pokój ze szczelnym dachem, ale już po sąsiedzku woda lała się z sufitu. Na szczęście nie na łóżka.

Trochę nam się na tym Rajdzie poszerzył skład, bo z pierwotnego Tercetu, a późniejszego Kwartetu zrobił nam się Kwintet Egzotyczny. Ten kwintet składał się z duetu z Zachodu oraz z tercetu z Centrum i wzdłuż tej linii podziału trochę się nam więzi osłabiały. Kolejną członkinią naszej grupy została D., pseudonim "Maruda", koleżanka i krajanka B. Pseudonim jest moim zdaniem trochę na wyrost, ale był używany w sensie żartobliwym.

Przy okazji tego Rajdu zacieśniliśmy też więzy z innym teamem, którego nazwa właściwie się jeszcze nie utrwaliła, bo funkcjonowały co najmniej trzy: "Sulęcin" (od miejsca zamieszkania jednego z członków), "3 x Prudnik" (od miejsca zamieszkania innego z członków) oraz "Ziemie Odzyskane" (ze względu na to, że uczestnicy reprezentują: Sulęcin, Prudnik i Elbląg, które to miasta leżą właśnie na tzw. Ziemiach Odzyskanych). Nasz alians przypieczętowaliśmy kilkoma kurtuazyjnymi wizytami, kilkoma posiedzeniami nad wodą rozmowną i rozbijaniem namiotów wokół wspólnego "rynku", jeśli okoliczności temu sprzyjały. Wymieniliśmy się też na koniec małpami i komórkami (ale nie macierzystymi) oraz obiecaliśmy sobie, że na następnym Rajdzie wybierzemy się na tę samą trasę.

Kolejną specyfiką tego OWRP było to, że podjąłem pewne postanowienia dotyczące abstynencji. Miałem mianowicie powstrzymać się od spożywania: alkoholu, kawy i słodyczy (oraz ewentualnie innych produktów zawierających sacharozę, glukozę lub fruktozę). Żadnego z postanowień nie dotrzymałem, choć najdzielniej trzymałeś się abstynencji od kawy.

Abstynencję od alkoholu złamałem już pierwszego dnia, kiedy wypiłem powitalną kolejkę na pierwszym noclegu. Ale to jeszcze tłumaczyłem sobie tym, że Rajd się jeszcze na dobre nie rozpoczął. Za kolejnym razem, kiedy byłem kuszony, poprosiłem smsem o dyspensę mojego osobistego "spowiednika". Ten dał mi wolną rękę i całe założenie diabli wzięli.

Nie chciałbym jednak robić wrażenia, że Rajd ten utonął w morzu alkoholu. Nie. Z pewnych oczywistych względów było to niewskazane. Jak się ma do przejścia nawet do 30 km dziennie, to nie można spożyć dużo alkoholu w poprzedzający wieczór. Owszem, byli i tacy, co w siebie sporo go wlewali, ale oni, jak się potem okazywało, wozili sobie tyłki z noclegu na nocleg transportem publicznym.

Dlatego moje spożycie oscylowało wokół 50 ml jakiegoś balsamu pomorskiego czy czegoś w podobnym guście. Ewentualnie było to jedno piwo przed snem, a raz wypiłem jeszcze jedno dodatkowo. Wyjątkiem był ostatni wieczór przed rozjechaniem się do domów, kiedy wyżej wspomnianą normę podwoiłem lub potroiłem, ale nawet wtedy rano nie miałem żadnych przykrych dolegliwości, co oznacza, że dawka nie była nadmierna.

Ale to był specyficzny wieczór i na tę okoliczność wcześniej wzniosłem jeszcze toast tequilą podczas konsumowania z R. i P. kolacji w lokalu. Był to toast, o którym pisałem tutaj. I wzniosłem go tylko z R., bo P. ma jeszcze kilka miesięcy do pełnoletniości, a poza tym to musi być toast dwuosobowy. Niestety, lokal nie stanął na wysokości zadania i tequilę podano bez soli i bez cytryny. Ale turysta to czlowiek zaradny, więc sól wzięliśmy sobie z solniczki, a cytrynę z zamówionego wcześniej pstrąga. ;)

Jeśli chodzi o abstynencję od cukru, to kilka razy złamałem się na jakieś ciastka. Raz też kupiłem sobie cukierki anyżowe, bo naszła mnie nieodparta ochota. Ale skonsumowałem ich może kilka. Nie dlatego, że nie były smaczne, ale dlatego, że chciałem jednak trzymać się swojego postanowienia w miarę możliwości.

Abstynencję od kawy złamałem tylko raz, ale za to dobrze. Było to wtedy, kiedy wracając z domu na trasę Rajdu (a do domu musiałem wrócić z powodów zawodowych) spóźniłem się 15-20 sekund na pociąg. I stanąłem przed perspektywą spędzenia nocy w Bydgoszczy. Bydzia nocą jest całkiem przyjemnym miejscem, ale jednak wolałem nie ryzykować spania na dworcu, dlatego najpierw poszedłem do kina na seans o 21.30 wypiwszy wcześniej zakupioną na miejscu mokkę. A potem po dwugodzinnym powrocie z kina na dworzec (szedłem bez mapy, więc obszedłem kawałek Bydzi zanim zdecydowałem się skorzystać z GPS-a) nad ranem wypiłem jeszcze dwie kawy, ale i tak oczy mi się same zamykały w pociągu.

Rozpisałem się trochę, więc na tym dziś zakończę. Więcej informacji podam, kiedy będę szczegółowo opisywał OWRP dzień po dniu w moim blogu turystycznym. Ale biorąc pod uwagę jakie mam zaległości i w jakim tempie je nadrabiam, ta chwila może się mocno oddalić w czasie. Myślę, że warto będzie jednak na nią zaczekać. :)

wtorek, 22 lutego 2011

Od poniedziałku zaczął się nowy semestr. Wyraźnie spadło mi w nim obciążanie zajęciami na studiach dziennych. Na zaocznych też mam ich nieco mniej. Mogłem mieć wolny piątek, ale ostatecznie zdecydowałem, że wolę przyjść na dwie godziny w piątek wieczorem, niż kończyć zajęcia w niedzielę o 20:00 i poprosiłem o skorygowanie planu.

Poza tym jestem przekonany, że gdyby nie ta zmiana, to studenci z tej grupy, która miałaby zajęcia w niedzielę do późna, chcieliby się wkręcić na zajęcia do drugiej grupy. Ta ma zajęcia w sobotę rano, ale ponieważ są one w laboratorium komputerowym, więc nie mógłym im iść w tej sprawie na rękę. Przecież nie mogą sobie siedzieć na kolanach.

Na studiach dziennych niewiadomą jest liczba studentów, z którymi będę miał zajęcia. Teoretycznie wiem, że powinno to być 31-32 osoby. Ale w praktyce może się okazać, że będę ich miał mniej. Głównie dlatego, że zmienił się podział na grupy dziekańskie (jest o jedną mniej). Przez to nie dało się ułożyć planu tak, żebym znowu miał zajęcia z tymi samymi studentami, co w zeszłym semestrze, choć z taką myślą był układany. Zagadką jest więc dla mnie, choć to się wyjaśni już w czwartek, jak się studenci podzielą między nas?

Co prawda rozmawiałem już z W., że jestem za tym, żeby trzymać się podziału zgodnego z planem zajęć. Jeśli ktoś chce zmienić grupę, to tylko na zasadzie "głowa za głowę". Czyli musi znaleźć kogoś, kto zgodzi się z nim zamienić. Nie wiem tylko, na ile uda się tę zasadę wyegzekwować. Pewnie ciężar jej egzekwowania spadnie na W., bo ruch transferowy będzie raczej w stronę jego grup niż moich. Niby mniej studentów to lepiej, bo mniej pracy. Ale ja się w takiej sytuacji czuję nie fair wobec W.

Jest szansa, że ubędzie mi dwóch kolejnych dyplomantów. W ten sposób ubędzie, że się obronią. Najbliższe "okienko" do obron otwiera się w marcu i chyba uda się przez to okienko wypchnąć dwóch studentów. Dobrze by było, bo chociaż na razie w kwestii dyplomantów mam względny spokój, ale to cisza przed burzą. Podczas ostatniego rozdziału tematów dyplomów byłem tak popularny, że teraz mogę nie udźwignąć ciężaru tej popularności, kiedy moi dyplomanci wezmą się ostro do pracy. Wydałem dwa razy więcej tematów niż planowałem. Zdziwił mnie ten popyt, bo nie wydaje mi się, żebym był popularny wśród studentów jako wykładowca. No ale nie zamierzam roztrząsać. Jeśli uznam, że mam tych dyplomantów już zbyt wielu, to najwyżej ograniczę podaż w najbliższych latach.

I na koniec jeszcze coś z innej beczki. W sobotę zainaugurowałem tegoroczny sezon turystyczny. Nie sam, ale w liczniejszej grupie, którą skrzyknął mój imiennik z PTTK-u. Ponieważ od kilku miesięcy jest już stypendystą ZUS-u, więc żeby jakoś zająć sobie czas, co 2-3 tygodnie organizuje rajdy piesze po okolicach mojego grajdołka i na jeden taki się właśnie z nim wybrałem.

Jak będzie dalej, zobaczymy. Ze względu na zajęcia na studiach zaocznych większość weekendów mam z głowy. Ale z drugiej strony kto powiedział, że turystykę można uprawiać tylko w weekendy? Poza tym kilka z nich mam jednak wolnych. Myślę, że te wolne wykorzystam na jakieś dłuższe wypady. Może nawet w góry, ale to raczej późną wiosną, bo wybrałbym się nie na narty, ale po punkty na GOT.

Zrobiłem też na swoim turystycznym blogu wstęp do opisu OWRP 2009 (takie mam tam zaległości...). Może do chwili rozpoczęcia tegorocznego OWRP-u uda mi się opisać przynajmniej ten z 2009 roku. :)

piątek, 07 stycznia 2011

W ostatnich dniach, a może już nawet tygodniach, mam fazę na turystykę (równolegle z fazą na starożytną filozofię głównie stoicką i epikurejską). Objawia się to m.in. w ten sposób, że w wolnym czasie zająłem się za nadrabianie różnych zaległości turystycznych. A także choćby w tym, że zrobiłem sobie, po raz pierwszy, podsumowanie, ile kilometrów przeszedłem turystycznie od chwili wstąpienia do PTTK. Z podziałem na poszczególne lata. Wyszło mi, że w sumie zrobiłem już 2.296 km (a przynajmniej tyle mam udokumentowane). Z czego 345 km w 2010 roku. To nie był słaby rok, ale nie był też rekordowy. Taki był 2008, kiedy zrobiłem 575 km.

A jeśli mowa o zaległościach to na przykład wziąłem się, i pewnie skończę jeszcze w tym tygodniu, za opis krajoznawczy drugiej z wymaganych dwóch wycieczek na dużą srebrną OTP. Wertuję przewodniki, grzebię w Sieci, a także w głowie i piszę. Została mi do opisania połowa przedostatniego dnia (a dokładniej opis tego, co warto zobaczyć w Rynie) i ostatni dzień, ale to już będzie krótki tekst. Jak to skończę, wydrukuję i wyślę, to prawdopodobnie będę miał tę dużą srebrną OTP.

Na ostatnią odznakę, dużą złotą, przyjdzie trochę dłużej poczekać, bo muszę wybrać się na dwie wycieczki po minimum 200 km każda, z których żadna nie może przebiegać przez województwa: świętokrzyskie i warmińsko-mazurskie (bo te już "wykorzystałem" na dużą srebrną). Nie wiem jeszcze, gdzie się wybiorę na te wycieczki i kiedy. Chociaż jakieś przymiarki już robiłem.

Między innymi myślałem o przespacerowaniu się wzdłuż wybrzeża Bałtyku szlakiem prowadzącym od Żarnowca do Świnoujścia. Z podziałem na dwa etapy. Ten szlak ma nieco mniej niż 400 km, więc brakujące kilometry dorobiłbym na przykład idąc ze Świnoujścia w kierunku Szczecina. Ten pomysł ma taką zaletę, że na pewno nie miałbym problemu ze znalezieniem noclegów. Natomiast ma taką wadę, że zarówno te noclegi, jak i wyżywienie byłyby drogie. No i miałbym daleko do domu, co jest wadą niekoniecznie ze względu na mnie.

Mam jeszcze inne koncepcje, ale nie chcę na razie robić żadnych konkretnych planów, bo nie wiem, czy w tym roku uda mi się je zrealizować. Ostatni raz na taką samodzielną wycieczkę wybrałem się w 2008 roku na Kielecczyznę (co zresztą opisuję właśnie w blogu turystycznym). Rok później miałem ochotę pojechać na Jurę, ale nie wyszło, a w zeszłym roku okoliczności nie sprzyjały taki zamierzeniom. Może w 2011 roku się uda?

Zobaczymy. Biorąc pod uwagę, że to zależy tylko ode mnie, na pewno łatwiej się będzie wybrać na taki wypad. Kiedyś miałem nadzieję, że może uda się jeszcze kogoś zwerbować. Ale jeden naturalny kandydat odpadł w międzyczasie, a drugi naturalny kandydat pewnie by się ze mną i wybrał, bo ma taki sam cel (duża złota OTP), ale on chciałby robić dziennie ze 40 km, a ja nie wiem, czy moje nogi wytrzymałyby taki dystans dzień w dzień.

Ja wole robić nieco krótsze trasy (20-30 km), ale za to dobrze się wszystkiemu dookoła przyjrzeć, coś zwiedzić, gdzieś posiedzieć i podumać. I tak pewnie ostatecznie wybiorę się sam. I nawet mi to nie przeszkadza zgodnie ze stoicką zasadą, że mędrcowi (mimo, że ja nim nie jestem) wystarcza on sam, choć nie oznacza to, że ma stronić od towarzystwa innych ludzi. Nawet przeciwnie, ma go szukać, ale nie po to, by go ono uszczęśliwiało.

Kiedyś miałem myśl, o której zresztą już tu dawniej pisałem, żeby reaktywować koło PTTK na wydziale. Wtedy miałbym naturalne źródło ewentualnego towarzystwa na takie wakacyjne wypady. Pomysł nie jest odkrywczy, bo kiedy ja studiowałem, takie koło działało. Chociaż wtedy ja się turystyką jeszcze akurat nie pasjonowałem (może więc nie powinienem się dziwić teraz studentom), a z tego co wiem, to i działalność tego koła z turystyką taką, jak ja ją rozumiem, też już nie miała wiele wspólnego.

Tak czy inaczej wkrótce to się i tak skończyło i koło do dziś się nie reaktywowało. Widać nie ma zapotrzebowania. Nie żeby w ogóle nie było turystów studentów, bo przecież w większych ośrodkach funkcjonują koła i kluby akademickie, ale widać w moim grajdołku nie ma zapotrzebowania. W rajdach bierze udział sporo młodych ludzi, ale ze szkół średnich i niższych szczebli. I frekwencja jest zwykle imponująca. Ale po maturze albo znika motywacja albo ci zarażeni turystycznym bakcylem wyjeżdżają na studia gdzie indziej.

Niezależnie od przyczyn ja moje dawniejsze zamiary odłożyłem ad calendas graecas. Nic na siłę. Zwłaszcza, że żeby stworzyć koło PTTK potrzeba 10 członków, czyli brakuje mi jeszcze 9... Paradoksalnie łatwiej byłoby stworzyć koło z pracowników, bo mógłbym zwerbować co najmniej trzy osoby, które widywałem na rajdach, do tego może udałoby mi się namówić J. i już byłoby nas 5 osób. Tyle, że to nadal tylko 50% wymaganego składu.

Dlatego też tamte plany dziś uważam za mrzonki i skupiam się na własnym rozwoju zamiast na rozwoju organizacji. ;) A ten rozwój wcześniej nieco przyhamował, ale jest szansa, że znów przyspieszy. Może zeszłoroczne rozszerzenie uprawnień PTP będzie katalizatorem, bo zmobilizowało mnie, żeby wreszcie dokończyć wspomniane wyżej opisy krajoznawcze. A teraz, kiedy je kończę, myślę nad kolejnymi rozszerzeniami.

Myślę o nich, ale staram się nie snuć konkretnych planów. Plany zawierają bowiem ze swej natury jakieś terminy, czyli jakieś założenia dotyczące przyszłości. Założenia, do których człowiek się przywiązuje. A kiedy okazuje się, że okoliczności stają w poprzek planom, że założenia biorą w łeb i terminy nie będą dotrzymane, człowiek zwykle czuje się nieszczęśliwy. Cierpi i choć nie fizycznie, to cierpienie psychiczne jest gorsze niż fizyczne. Trudniej jest też je uśmierzyć, bo ten, który je powinien ukrócić, sam je sobie jednocześnie zadaje przekonany o słuszności tego, co robi.

Po co więc sobie samemu przygotowywać narzędzie duchowej tortury w postaci szczegółowego planu wraz z datą realizacji zamierzeń? Oczywiście można, a nawet warto mieć zamierzenia, oczywiście warto też podejmować działania w kierunku ich realizacji, ale nie warto przywiązywać się już zawczasu do wyniku swoich usiłowań. Nie warto też stawiać sobie gdzieś w przyszłości mety i mieć całą drogę wzrok utkwiony tylko w nią gubiąc to, co można zobaczyć po drodze.

Jeśli do celu uda się dojść, to można się będzie z tego cieszyć (choć stoik powinien do tego podejść z apatheją, czyli beznamiętnie). Ale jeśli z góry go sobie wytyczymy i sprecyzujemy to może się też okazać, że po osiągnięciu nas rozczaruje, bo będzie inny od oczekiwanego, mniej atrakcyjny lub po prostu nie wynagrodzi nam poniesionego trudu. Tymczasem nie mając wcześniej żadnych oczekiwań unikniemy takiego rozczarowania, a czerpiąc zadowolenie z drogi, a nie tylko z osiągniętych na niej celów mamy jego źródło niewyczerpane, bo przecież całe życie jest drogą. I niekoniecznie trzeba po tej drodze kursować jak autobus PKS ze sztywną trasą i rozkładem, ale można, jak wolny wędrowiec, na każdych rozstajach decydować, który weźmiemy zakręt.

Zacząłem filozofować, więc to wyraźny znak, że czas kończyć. Nie ma nic złego w filozofowaniu, ale powinno się to robić przede wszystkim na własny użytek, od czasu do czasu w wąskim gronie przyjaciół, a publicznie jak najrzadziej. Zwłaszcza, kiedy jest się tej sztuki nieopierzonym adeptem. :)

Blog Roku 2010

niedziela, 19 września 2010

Po zagadkowym tytule zacznę od wyjaśnienia, że nie ma to nic wspólnego z tym, o czym pisałem w poprzedniej notce, choć tytuł mógłby na to wskazywać. O tamtym pewnie nic więcej tu nie napiszę. Chyba, że jedynie to, że się zdecydowałem i zrobiłem. Dodam jeszcze, że kolor zmieniłem tylko w przenośni, żeby tych, którzy mnie znają osobiście, uspokoić, że wyglądam nadal tak samo.

Kolor zmieniła moja "blacha" przodownika turystyki pieszej. Do 16 września tego roku była niebieska, a dzień później zrobiła się żółta i taka pozostanie przez najbliższe minimum 7 lat. Dla tych, którzy nie orientują się w turystycznych niuansach dotyczących przodowników turystyki pieszej PTTK dodam kilka słów tytułem wyjaśnienia.

Otóż 17 września br. udało mi się zdać egzamin i rozszerzyć uprawnienia o kolejne, drugie już województwo. Poza macierzystym mazowieckim mam teraz uprawnienia na świętokrzyskie. Odnośne regulaminy mówią zaś, że mając uprawnienia na 2 do 15 województw staję się, po spełnieniu dodatkowych warunków, które spełniłem, przodownikiem II stopnia i mam prawo nosić odpowiednią odznakę w kolorze żółtym. Dotąd jako przodownik III stopnia miałem odznakę niebieską.

Kiedy uda mi się rozszerzyć uprawnienia na wszystkie 16 województw, co potrwa minimum 7 lat, bo można rozszerzać tylko po 2 województwa w jednym roku, blacha mi się zrobi biała. Do tej palety barw doliczyć należy jeszcze kolor czerwony, ale blachę w tym kolorze dostaje się dopiero po 50-tym roku życia, po 20 latach działalności, i to pod dodatkowym warunkiem, że działalność wiązała się z wybitnymi zasługami. Co ważne, czerwoną blachę można dostać mając wcześniej tylko niebieską, bo to jest wyróżnienie honorowe niezależne od zdobytych wcześniej uprawnień.

To tyle na dziś o turystyce pieszej. Jutro rano odpruwam od kurtki, w której najczęściej chodzę na rajdy, niebieską naszywkę i mocuję do niej żółtą blachę. Szkoda, że nie mam jej też w formie naszywki, ale może kiedyś uda mi się ją kupić.

poniedziałek, 24 maja 2010

Miałem początkowo napisać bardzo krótko o jednym paradoksie, który sobie własnie uświadomiłem. Paradoks ten polega na tym, że na dłuższe wyprawy turystyczne wybieram się praktycznie zawsze z człowiekiem, który mieszka w linii prostej około 100 kilometrów ode mnie. To niestety znakomicie utrudnia nam bezpośredni kontakt i właściwie spotykamy się tylko przy okazji takich właśnie wypraw. Dziwne jest, że tak daleko muszę szukać kogoś, z kim mógłbym się wybrać w Polsce (i nie tylko) pouprawiać turystykę. To paradoksalne, że nie mam nikogo takiego na miejscu we własnym grajdołku. Paradoksalne i znamienne. Chętnie bym to zmienił, ale to nie oznacza, że mam jakieś zastrzeżenia do R., bo to o niego chodzi; wręcz przeciwnie. Mam za to zastrzeżenia do siebie ewentualnie do swojego otoczenia.

Inny paradoks, jaki mi przy okazji przyszedł na myśl, to fakt, że najlepiej dogaduję się z człowiekiem, który jest w wieku mojego ojca (nie będę tutaj pisał, czy dobrze dogadywałem się z moim ojcem, bo ten wpis zacznie przypominać książkę Kurta Vonneguta, którą właśnie skończyłem czytać, a którą wcześniej wspominałem; już ją nieco przypomina i to wystarczy), mieszka po drugiej stronie Atlantyku i mam szansę go spotkać tylko przez około połowę każdego roku. I znów zastanawiam się, jak to się stało, że tak się stało? Nie wiem, czy ten wpis ma czas czytać A., ale na wszelki wypadek napiszę, żeby oddać mu sprawiedliwość, że z nim też się bardzo dobrze dogaduję. Ale to nie jest tak dziwne, skoro znamy się od podstawówki, skończyliśmy razem studia, choć razem ich nie zaczęliśmy, spędziliśmy sporo czasu na różnych wyjazdach, z których mamy wspólne wspomnienia, więc to nie jest taki paradoks.

Trzeci paradoks, który zauważyłem przed chwilą, jest taki, że nie spada popularność mojego blogu turystycznego mimo, że nie napisałem w nim nic już spory kawałek czasu. Nawet do niego nie zaglądałem, bo zaniedbawszy go tak bardzo nie chciałem oglądać skutków tego zaniedbania, żeby nie mieć z tego tytułu wyrzutów. Zajrzałem dzisiaj i widzę, że popularności mu nie ubywa. Fakt, że jest to popularność na bardzo niskim poziomie. Ale ponieważ poziom ten jest i tak wyraźnie wyższy niż przez pierwszy rok jego funkcjonowania i nie spada niezależnie od tego, jak często w nim piszę, więc jest to dla mnie paradoks. Inna sprawa, że popularność tego blogu, w którym piszę wielokrotnie częściej niż w tamtym, dla odmiany nie rośnie powyżej pewnego poziomu także niezależnie od tego, jak często go uzupełniam o nowe treści. Widocznie jestem jakąś składową blogowego szumu i przypada na mnie jakiś udział losowych trafień stosowny do losowych wyborów użytkowników Sieci korzystających z Google'a. Ale w tym akurat nie ma nic paradoksalnego. To jest jak najbardziej zrozumiałe i normalne.

 
1 , 2

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape