O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze

Wpisy z tagiem: zdrowie

sobota, 11 lutego 2017

Już po raz drugi na mój profil na Facebooku trafił link do bzdurnego artykułu ostrzegającego przez kawą rozpuszczalną. I drugi raz napisałem sążnisty komentarz punktując zawarte w nim bzdury. Ponieważ przypuszczam, że ten artykuł może trafić do mnie jeszcze raz, a mnie nie chce się ponownie szukać argumentów na jego nierzetelność, więc następnym razem podlinkuję ten wpis. 
Nie będę podawał linku do bzdury, której autorką jest niejaka "greenwitch", żeby jej nie generować dodatkowego ruchu i nie robić jej reklamy. Będę za to cytował fragmenty tych "mądrości" i je komentował. Także ze źródłami wiarygodnych badań, tam gdzie trzeba.

Jednym z takich pomylonych wynalazków jest coś, co na ogół określa się mianem „kawy rozpuszczalnej”. To myląca nazwa, ale kryje się w niej ziarnko prawdy – choć z kawą ta substancja wiele wspólnego nie ma, to ciało człowieka wyniszcza nie gorzej od przemysłowego rozpuszczalnika.
Dziwne stwierdzenie. Kawa rozpuszczalna powstaje z kawy ziarnistej, więc ma z nią więcej wspólnego niż np. kawa zbożowa, której autorka miana kawy nie odbiera. Niestety, w dalszej części artykułu nie ma ani słowa uzasadnienia stwierdzenia o wyniszczaniu ciała nie gorzej od przemysłowego rozpuszczalnika. Zwłaszcza, że rozpuszczalniki są różne. Na przykład aceton nasz organizm sam wytwarza w niewielkich ilościach. ;)

Jednym z jej najcenniejszych i najzdrowszych dla nas składników są tzw. antyoksydanty (...) w kawie rozpuszczalnej nie ma ich niemal wcale – są wytracane w wyniku przetwarzania ziaren!
Antyoksydantów w kawie rozpuszczalnej jest mniej niż w parzonej, ale czy ktoś traktuje kawę wyłącznie jako źródło antyoksydantów i to na dodatek jako jedyne ich źródło? A poza tym jaki to dowód szkodliwości? Woda, o ile wiem, też nie zawiera antyoksydantów. :)

Drugim jest fakt, że zgodnie z wynikami badań naukowych, w 90% próbek brazylijskich i włoskich kaw rozpuszczalnych znajduje się ochratoksyna A – niezwykle toksyczna substancja. Podobne badania były prowadzone także w Polsce. W niektórych markach stężenie ochratoksyny A sięgało nawet 21,8 mikrogramów/kilogram – ponad czterokrotnie więcej od dopuszczalnej przez prawo unijne normy (5 mikrogramów/kg).
O ochratoksynie A proponuje poczytać w Wikipedii, gdzie jest napisane, że występuje na niewłaściwie przechowywanych np. ziarnach surowej kawy. Jeśli zawiera ją kawa rozpuszczalna, to tak samo kawa z ekspresu z nieodpowiednio przechowywanych wcześniej ziaren. A także produkty zbożowe np. mąka czy kasze. Dobrze też zastanowić się, ile spożywamy rocznie kawy rozpuszczalnej, a ile mąki. Poza tym według Wikipedii ochratoksyna A: "Wykazuje niestabilność w stosunku do światła dziennego oraz powietrza. Nawet krótkotrwała ekspozycja na światło dzienne, powoduje jej rozpad i degradację, zwłaszcza w warunkach wysokiej wilgotności." A kawę rozpuszczalną sprzedaje się w przeźroczystych słoikach. :)
Szkoda też , że autorka nie podaje źródeł wyników tych badań na zawartość ochratoksyny A, na które się powołuje. Ja znalazłem trzy artykuły. W pierwszym artykule wyniki wskazują, że w badanych próbkach kawy rozpuszczalnej jest najwyżej 25% dopuszczalnej zawartości, a za to w jednej z próbek kaszy gryczanej – ponad 100%. Drugi artykuł zawiera takie wyniki: kawa rozpuszczalna 25 – 50% dopuszczalnej zawartości, a np. mąka żytnia ponad 70% wartości dopuszczalnej. Jest tam też dyskusja wyników krajowych i zagranicznych. Wynika z niej, że tylko w jednym przypadku, spośród przytoczonych, badana wartość przekroczyła wartość dopuszczalną i wyniosła 11,9 mcg/kg przy normie wynoszącej 10 mcg/kg (nie wiem, skąd autorka wzięła wartość dopuszczalną równą 5 mcg/kg...). I jeszcze trzeci artykuł, z którego wynika, że we wszystkich badanych na jego potrzeby próbkach normy nie są przekroczone. Zawarta tam analiza zawartości ochratoksyny A uzyskanych przez innych autorów  mieści się w zakresie od wartości poniżej 0,5 mcg/kg do 11,8 mcg/kg. Skąd się więc autorce wzięło to 21,9 mcg/kg? To chyba pozostanie jej tajemnicą. :)

Jakby tego było mało, w tzw. „kawie” rozpuszczalnej praktycznie nie występuje jedna z najważniejszych (choć w nadmiarze szkodliwych) substancji – kofeina. Wypicie filiżanki takiego napoju nie zapewni nam więc typowego dla „małej czarnej” zastrzyku energii w ciągu ciężkiego dnia.
Do rozprawienia się z tą bzdurą posłuży mi kolejny artykuł, w którym zawarte są wyniki badań zawartości kofeiny między innymi w kawie ziarnistej, jak i w ekstrakcie kawy, czyli w w kawie rozpuszczalnej. I wynika z nich, że badane próbki kawy ziarnistej zawierały kofeinę w ilości 0,32 – 2,95 g/100g, a próbki kawy rozpuszczalnej 1,03 – 2,01 g/100g. Znajduje się tam też następujący passus: "Do przygotowania w filiżance zwykłej porcji kawy, używa się wg danych producentów ok. 7 – 10 g kawy mielonej (co odpowiada 120 – 200 mg kofeiny), w celu zaparzenia kawy rozpuszczalnej używa się ok. 2,5 g (co stanowi średnio 65 mg kofeiny)." Czyli taka sama porcja kawy ziarnistej może zawierać od 2 do 3,5 raza więcej kofeiny, ale przy jakichś uśrednionych ilościach kawy użytej do zaparzenia tego napoju. Ale czy to uzasadnia stwierdzenie, że kawa rozpuszczalna kofeina prawie nie występuje?

Niestety [kawa rozpuszczalna - przyp. RJ], zapewni nam za to energię innego rodzaju – kalorie. W odróżnieniu od kawy tradycyjnej (mowa oczywiście o czarnej i gorzkiej – cukier i różnego rodzaju „śmietanki” to osobna historia), która praktycznie nie ma wartości kalorycznej, ta rozpuszczalna może mieć realny i negatywny wpływ na naszą kształt naszej sylwetki.
Tutaj nie znalazłem żadnego artykułu naukowego, ale wystarczy przejrzeć różne kalkulatory kalorii. Wynika z nich, że napar z kawy ziarnistej zawiera około 1-1,5 kcal/100 ml, a z kawy rozpuszczalnej... 1-1,5 kcal/100 ml. Sama kawa rozpuszczalna pewnie zawiera dużo więcej kilokalorii na 100 g, ale nikt się kawą w proszku nie zajada. Inną kategorią są też wynalazki w rodzaju napojów kawowych 3 w 1. Może to miała na myśli autorka?

Ogólnie rzecz biorąc, komentowany przeze mnie artykuł o szkodliwości kawy rozpuszczalnej zawiera głównie głupoty, bzdury i przekłamania. A jednak cieszy się wzięciem na FB.To chyba znak czasów. :(

niedziela, 25 października 2015

Ponieważ już znam swój plan zajęć na studiach zaocznych, więc wiem już, że do końca stycznia jedynym zawsze wolnym dniem tygodnia będzie niedziela. Przez kolejne trzy miesiące będę miał 6-dniowy tydzień pracy i pewnie mało którego z tych sześciu dni spędzę w pracy mniej niż 10 godzin. Ale nie narzekam, po prostu stwierdzam fakty. I korzystając z wolnej niedzieli postanawiam nadrobić braki w pisaniu blogu.

A teraz na temat. Byłem niedawno u mojego ulubionego lekarza prawie ortopedy ("prawie", bo jest blisko finiszu swojej specjalizacji). Wizyta jak zwykle była bardzo sympatyczna i jak zwykle trwała dłużej niż powinna. Ale że wszedłem kwadrans przed czasem, więc wyszedłem jeszcze zanim przyszła pora na kolejnego pacjenta. :)

Lekarz obejrzał moją nogę i wyraził się optymistycznie na temat tego, co zobaczył, choć specjalnym optymizmem to według mnie nie napawało. Niedługo przed tą wizytą zrobiła mi się kolejna przetoka. Czwarta w sumie, a trzecia czynna obecnie. Potem powiało jeszcze większym optymizmem, jak już udało się obejrzeć zdjęcia RTG mojej nogi (bezrefleksyjnie wysłałem je mailem w wersji spakowanej, jakby format JPG sam z siebie nie zapewniał kompresji, i było trochę zabawy z rozpakowywaniem zawartości, bo komputer w przychodni był do takich działań nieprzygotowany). Kość się zrosła i nawet chyba przebudowała. To jest dobra wiadomość. Zła jest taka, że zapalenie ma się dobrze, co zresztą wiedziałem i bez oglądania zdjęć, bo świadczą o tym czynne przetoki. Umiarkowanie zła, a może nawet nie zła, ale też nie dobra, była informacja, że między piszczelą a strzałką utworzył się kościozrost i mogę mieć przez to sztywniejszy staw skokowy. Poczytałem sobie trochę w Internecie, co to jest, i jakoś mnie to nie martwi.

Ponieważ uważam, że w relacji pacjent - lekarz powinna panować szczerość, więc powiedziałem mojemu lekarzowi, że od jakiegoś samowolnie praktykuję na przetokach brutalne ich płukanie. Tutaj czytelników o słabszych nerwach i żołądkach proszę o przejście do następnego akapitu, bo będzie naturalistyczny opis praktyk paramedycznych. ;) Otóż robię to tak, że nabieram do strzykawki kilka centymetrów sześciennych Octeniseptu i pompuję przez jedną dziurkę w nodze co najmniej do chwili, kiedy zacznie on wypływać z innej dziurki w nodze. Zwykle z jakąś dodatkową zawartością. Właśnie w ten sposób dorobiłem się tej trzeciej obecnie aktywnej dziurki, bo skóra jakby osłabiła się na jednej ze śrub i puściła.

Spodziewałem się, że lekarz mnie za te praktyki opieprzy, ale on uznał, że to bardzo dobry pomysł z tym płukaniem przetok i nawet zaoferował mi jakąś igłę z kulką. Nie wiedziałem wtedy, co to, więc podziękowałem, że nie chcę. Teraz wiem i żałuję, bo to faktycznie byłaby przydana rzecz, i jeśli bym ją dostał, to zaoszczędziłbym parę złotych.

Po wstępnych obrzędach nad moją nogą zapytałem lekarza, czy możliwe byłoby usunięcie z mojej kości gwoździa, ale bez tych wszystkich dodatkowych operacji, które unieruchomiłyby mnie na kolejne miesiące z wystającymi z nogi drutami. Okazało się, że tak. I że przy okazji można by wyciąć przetoki, wypłukać kanał szpikowy, wyskrobać kość i włożyć gąbki z gentamycyną. Wszystko to wyłączyłoby mnie z pracy, bo o nią głównie chodzi, na około dwa tygodnie. Po tej informacji od lekarza zapytałem niezobowiązująco, czy mogę liczyć na to, że to on mnie zoperuje. Okazało się, że tak. Muszę tylko zdecydować się, kiedy i powiadomić go co najmniej miesiąc wcześniej.

Wygląda więc na to, że widać jakieś światełko w tunelu moich zmagań z kością. Oczywiście nikt mi nie zagwarantuje, że wszystko skończy się raz na dobre za jakiś czas, ale pojawiła się taka perspektywa i to z dość konkretnym horyzontem czasowym (który w dużym stopniu ja określę). Wstępnie zakładam, że położyłbym się szpitala na początku kwietnia. Ale muszę to jeszcze uzgodnić z co najmniej jednym przełożonym. W tej sytuacji na razie odpuszczę sobie próby nawiązania ponownych kontaktów z oddziałem zapaleń kości w szpitalu w Otwocku. Nie ma sensu działać na dwa fronty. Cierpliwie poczekam te pięć miesięcy. Myślę, że zleci mi ten czas błyskawicznie biorąc pod uwagę, jak bardzo będę w tym okresie zapracowany. :)

piątek, 04 września 2015

Dwa dni temu zdarzył mi się dość nieprzyjemny incydent zdrowotny. Wstałem w środę rano z lekko ćmiącym bólem głowy. Z takim bólem, który, gdyby mógł mówić, powiedziałby "daj mi chwilę, a zaraz sobie pójdę". Nie przejąłem się tym z początku i poszedłem jak zwykle do pracy. W pracy poczułem się trochę gorzej. Zrobiłem więc sobie dwa działające w zasadzie przeciwnie do siebie napoje: kawę, bo kofeina pomaga w walce z bólem i melisę, bo pomyślałem, że może ból głowy, który zrobił się silniejszy, jest wynikiem jakiegoś napięcia.

Może pomysł mieszania jednego z drugim w żołądku nie był najlepszy, ale widać nie było ze mną za dobrze. Za to po wypiciu obu napojów zrobiło mi się nieco lepiej. Potem jeszcze dostałem paracetamol od D. i wyglądało na to, że kłopot miałem z głowy. Dosłownie i w przenośni. Wydawało się tak może dwie, może trzy godziny, po czym zrobiło się dużo gorzej.

Najpierw dostałem dreszczy i to takich, które trzęsły mną jak w febrze. Było mi zimno i poważnie zastanawiałem się, czy nie znajdę w pracy jakiegoś koca, żeby się przykryć. Ewentualnie chciałem zejść do laboratorium, gdzie zawsze znajdzie się jakieś źródło ciepła, przy którym można by się ogrzać (nie, nie palnik Bunsena, czy coś podobnego). Oprócz dreszczy dostałem jeszcze mdłości i niestety, część późnego śniadania zjedzonego w pracy się zmarnowała. A że były to akurat m.in. borówki, to zrobiło się z wyglądu dość krwawo w łazience. Dobrze, że obyło się bez świadków, bo może trzeba by było kogoś ocucić.

Zdecydowałem się wyjść wcześniej do domu, bo sytuacja wyglądała na poważną. D. sugerowała, że może to być nawet angina, choć nie miałem powiększonych migdałków (dopiero w nocy zacząłem odczuwać przy przełykaniu, że coś mi w tym przeszkadza). Na miejscu położyłem się na kanapie. Nie miałem siły rozłożyć łóżka, więc przespałem noc pod kocem.

Noc miałem wyjątkowo ciężką. Nie miałem sobie czym zmierzyć temperatury, ale chwilami czułem, że jest mi wyjątkowo gorąco. Dodatkowo moje serce pracowało w takim tempie, że wydawało mi się, że bije ze dwa razy na sekundę. Później przypadkiem przeczytałem w Internecie, że serce przyspiesza przy wysokiej gorączce. Dodatkowo czułem kłujący ból w mięśniach nogi (o dziwo, tej zdrowej). W pewnym momencie, o czym napisałem wcześniej, zacząłem mieć pewne problemy przy przełykaniu.

Rano wstałem osłabiony, ale już bez bólów i mdłości. Zdecydowałem, że zaryzykuję i pójdę do pracy. Okazało się, że to była dobra decyzja. Z każdą godziną czułem się lepiej i już koło południa moje samopoczucie prawie wróciło do normy.

No dobra, ale co to ma wspólnego z tytułem? Otóż to, że mimo złego samopoczucia, w wyniku którego nic nie jadłem, a jedynie przyjmowałem płyny, faszerowałem się końskimi dawkami witaminy C. Średnio po 2 gramy na jeden raz i ponad 20 gramów na dobę średnio co dwie godziny. I co z tego? Otóż to, że jeśli to była angina, to nie mogła mi przejść po dobie. Jeśli to była tzw. trzydniówka, to też sama nie powinna mi tak szybko odpuścić. Jakaś "jednodniówka"? Może, ale przy takim ostrym przebiegu (wysoka gorączka, powiększone migdały, suchość w gardle, na pewnym etapie w nocy także kaszel) to też nie powinno samoistnie tak sobie przejść.

Może się mylę, ale stawiam na to, że to właśnie końskie dawki witaminy C pozwoliły mi się z tej infekcji szybko wykaraskać, czymkolwiek była. Na tę intencję zamówiłem sobie przez Internet 1,5-gramowe tabletki witaminy C. Duży zapas. W końcu zima coraz bliżej. ;) Nie napiszę, gdzie, żeby nie robić reklamy. Choć przypuszczam, że już napisałem trochę za dużo, bo nie wiem, czy jest więcej preparatów z taką dawką w sprzedaży poza tym jednym. Ja wziąłem taki z czystej wygody. Przy dawkach, jakie biorę, w innym przypadku musiałbym się nałykać za dużo piguł.

Najlepiej (i najtaniej) byłoby po prostu brać kwas askorbinowy w postaci jego soli rozpuszczonych w wodzie, ale nie mam cierpliwości do odmierzania dawek i przygotowywania sobie takiej "lemoniady". Choć przyznaję, że próbowałem i byłem zadowolony z takiej formy. No ale czas, jaki na to poświęcałem, i to, że potrzebna do tego jest dokładna waga, zdecydowały, że na razie sobie odpuściłem. Ale może kiedyś do tego wrócę. Czystego kwasu askorbinowego mam jeszcze dobrze ponad pół kilograma.

Trzymam go w pracy i żeby było zabawniej, podmieniłem na nim etykietę na łudząco podobną do oryginału. Zamiast "kwas askorbinowy" jest na niej teraz napisane "1-fenylopropano-2-amina" no i oczywiście inny jest wzór. Podróbka jest tak doskonała, że jeden z moich współpracowników nie wierzył, że etykieta nie jest oryginalna. :)

Niestety, wszystko na próżno. Nikt tu się chyba na tyle nie zna na chemii, żeby od ręki rozszyfrować tę nazwę, kiedy paraduję z pojemnikiem w drodze do laboratorium i z powrotem. :)

sobota, 06 czerwca 2015

Ile to człowiek ma zajęcia, jak jest na coś przewlekle chory. Nawet jeśli ta choroba jakoś na co dzień się specjalnie nie objawia. Nic to, że codziennie trzeba zmieniać opatrunek, co stało się taką samą rutyną jak mycie zębów czy golenie (może nawet skrupulatniej przestrzeganą). Co jakiś czas trzeba jeszcze kończynę wystawić na działanie promieni X, żeby się dowiedzieć, czy kość się zrosła, rozrosła, rozpuściła, oblała czy może coś jeszcze się z nią ciekawego stało. Trzeba też co jakiś czas przypomnieć się lekarzom, w nadziei, że w końcu wyciągną gwóźdź z kości, żeby z tym żelastwem w piszczeli nie zostać pochowanym (choćby dlatego, że mogą mnie nie chcieć z tym spopielić).

Słowem, nie nudzi się człowiek.

Zrobiłem więc sobie zdjęcie RTG po dość dużej przerwie. I co? I bez większych zmian. W każdym razie zmian na gorsze nie widać, a zmian na lepsze jakby niewiele. Jest takie jedno miejsce z przodu mojej piszczeli, gdzie kość jest wyraźniej rzadsza. Dlatego widać ją mniej wyraźnie. I to jest właściwie teraz ostatnie miejsce, gdzie widać jakieś zmiany. Na początku była tam dość szeroka szpara wokół której kość była osłabiona. Na kolejnych zdjęciach ta szpara coraz bardziej się rozmywała tracąc na wyrazistości. A wraz z nią rozmazywała się kość wokół niej tracąc na gęstości. I tak w postępującym powoli procesie w końcu kość ze szparą tak się do siebie upodobniły, że mam teraz tam teraz jeden owalny fragment przez który promienie X przechodzą chętniej niż przez resztę kości.

Na kolejnych zdjęciach wygląda to tak, jakby ktoś rozmazywał Photoshopem ten fragment zdjęcia i ujednolicał go w ten sposób. Ciekawe, co będzie dalej, bo bardziej się tego ujednolicić już nie da. Czy kość zacznie w tym miejscu gęstnieć, czy wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej się rozpuszczać? Czy ten obszar się powiększy, pomniejszy, a może się nie zmieni? Ile hipotez. Ile spekulacji. Ile radości można mieć z jednej złamanej kości. :)

Ale zamierzam zaingerować nieco w te kostne procesy, bo trochę mnie niecierpliwi ten przedłużający się proces chorobowy. Przez to nie mogę m.in. wziąć sesji floatingu, co sobie zaplanowałem już ze dwa lata temu czy np. skorzystać z sauny na siłowni. Pływalnia też odpada. Mam pewien pomysł, którego jednak na razie nie będę tu przybliżał. Jeśli przyniesie oczekiwane skutki, to się pochwale. Jeśli nie, to nie będę pisał o tym, bo po co? Efektu, jeśli się pojawi, na pewno nie osiągnę z dnia na dzień. Ale zakładam, że w ciągu miesiąca powinno być widać zmiany. No cóż, le temps le montrera. A może raczej: l'os le montrera? ;)

niedziela, 31 maja 2015

Tym razem nie będzie o polityce, choć taki temat mógłby to sugerować. Podzielę się za to moimi doświadczeniami z przyjmowania dużych dawek witaminy C. A w trakcie wyjaśni się, skąd taki tytuł.

Kwas L-askorbinowy biorę od nieco ponad tygodnia. To chyba trochę za krótko, żeby zauważyć pozytywne efekty, choć podobno te mogą być widoczne nawet już po 2-3 dniach. Ale jakieś efekty widzę, już od pierwszego dnia. Nie są zbyt przyjemne. Niestety witamina C w dużych dawkach i w formie czystego kwasu wchodzi w niezbyt miłe interakcje z przewodem pokarmowym. Nie robiłem sobie co prawda testu mającego wykazać, jaką dobową dawkę mój organizm toleruje, który polega na tym, że przyjmuje się ok. 3 gramów witaminy C co 15 minut do chwili, kiedy dostaje się rozwolnienia, więc ten efekt został mi oszczędzony. Ale uczucie wzdęcia towarzyszyło mi przez cały ostatni tydzień.

Ten test wbrew pozorom nie jest taki głupi, bo kolejnym krokiem jest ustalenie na jego podstawie maksymalnej dawki, która wynosi 3/4 tej ilości, jaka nas popędziła do ubikacji. Ja po prostu zaryzykowałem i postanowiłem brać około 30-40 gramów kwasu askorbinowego dziennie. I wygląda na to, że taką dawkę mój organizm znosi bez rozwolnienia, choć jak napisałem, przyjemnie nie jest.

Ponieważ nie chciałem tym razem jadąc do domu brać zbyt dużo bagażu, więc nie zmieścił mi się już do plecaka pojemnik z witaminą. Ale w domu mam askorbinian sodu, który uważam za nieco gorszą formę witaminy. Jednak jak się nie ma, co się lubi, to się bierze to, co się ma. Tak myśląc rozrobiłem sobie odpowiednią dawkę i... spotkała mnie miła niespodzianka. Mój układ pokarmowy bardzo dobrze zareagował na askorbinian. Pewnie dlatego sole kwasu askorbinowego z sodem, wapniem czy potasem nazywa się buforowanymi formami witaminy C. Minusem, choć niewielkim, jest słony posmak. Ale przy takim rozcieńczeniu, jakie ja stosuję, nie jest to wielki problem. Tak więc to, co uznawałem za gorsze, okazało się lepsze. Choć nie do końca.

Jak obliczyłem, przyjmując porównywalną dawkę witaminy C w postaci askorbinianu sodu dostarczam organizmowi dodatkowo sodu, który w nadmiarze raczej organizmowi nie pomaga. Ja przyjmuję go wtedy trzy razy więcej niż wynosi dzienne zapotrzebowanie, a przecież sód jest także w innych spożywanych przeze mnie posiłkach. Pomyślałem, że może w takim razie lepszy będzie askorbinian wapnia, ale, jak obliczyłem, ten znowu dostarczyłby mi spory nadmiar wapnia. Najlepszym z nich wszystkich może być askorbinian potasu. Dzienna dawka potrzebnego potasu jest największa z tych trzech pierwiastków.

Ostatecznie postanowiłem przetestować dwa rozwiązania. Pierwsze to koktajl trzech różnych soli kwasu askorbinowego z trzema wyżej wymienionymi pierwiastkami. Wziąłem kartkę, ołówek i obliczyłem, że, z pewnym zaokrągleniem, jeśli wezmę: 41,5 g kwasu askorbinowego, 8 g węglanu potasu, 5,5 g kwaśnego węglanu sodu i 2,5 g węglanu wapnia, to uzyskam koktajl, który dostarczy mi sodu, potasu i wapnia w ilości odpowiadającej dziennemu zapotrzebowaniu (czyli jednak więcej, bo część jeszcze dostarczę z jedzeniem) i taką dawkę witaminy C, jaka mnie satysfakcjonuje. Zresztą zachowując te proporcję mogę zrobić 50% czy 75% takiej mieszanki. Oczywiście wszystkie składniki muszę rozpuścić w wodzie, najlepiej destylowanej.

Drugie rozwiązanie, to przygotowanie liposomalnej postaci witaminy C. Mam wszystko, czego do tego potrzebuję, poza dokładną wagą, więc proporcje składników odważę w laboratorium w pracy. Niedługo przed napisaniem tego wpisu przeczytałem co prawda, że metodą, jaką chcę wykorzystać, nie można uzyskać liposomów, a jedynie emulsję, ale ponieważ czytałem to na stronie producenta liposomalnej postaci witaminy C, więc uznam, że może to nie do końca jest prawda. W każdym razie zrobiłem już wcześniej jedną bardzo prymitywną próbę (nie pamiętałem proporcji, więc wziąłem ilości składników "na oko"). Po połknięciu tego swojego wyrobu nie miałem żadnych sensacji ze strony układu pokarmowego i to jest dla mnie najważniejsze. Niezależnie od tego, czy jakieś liposomy w tym były, czy nie.

Przyszły tydzień pracy będzie krótki, bo wziąłem urlop na piątek. Szkoda byłoby jeździć w tę i z powrotem, choć może nie byłoby głupim pomysłem po prostu zostać w stolicy na czwartek i w piątek iść do pracy. Zdecydowałem jednak, że wracam do domu. Może w piątek w moim grajdołku da się załatwić coś, czego nie da się zwykle załatwić w weekend. Chociaż pewnie prześwietlenia płuc sobie nie będę mógł od ręki zrobić, a mam je zrobić, żeby politechnika miała pewność, że nie jestem gruźlikiem. Trzeba będzie szukać innej okazji i innego terminu. Może w ramach urlopu na OWRP? Zobaczymy.

 
1 , 2 , 3

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape