O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze

Wpisy z tagiem: OWRP

niedziela, 24 lipca 2016

Wróciłem właśnie z kolejnego OWRP i naszła mnie myśl, żeby coś napisać w blogu, którego już dawno nawet nie odwiedzałem. Powrót do domu jak zwykle nie był łatwy. I pod względem logistycznym i psychicznym. Chociaż pod tym pierwszym względem udało mi się dość sprawnie to zorganizować, a jeśli chodzi o to drugie, to chyba najgorsze dopiero przede mną. Choć już wiem, że robota, którą przed wyjazdem nastawiłem i miała się sama robić, z jakiegoś powodu w całości poszła do kosza. Dziwne, że jak zostawiam coś do zrobienia na weekend, to się robi, jak zostawię na dwa tygodnie, to już pierwszego dnia nieobecności wszystko się sypie.

Na OWRP jak zwykle było fajnie, choć inaczej, bo nie było B. Ale, że to nie pierwszy raz, to udało się to przeżyć. Przeszedłem prawie wszystkie trasy, z wyjątkiem takich, które były proponowane na podwójnych noclegach i jednej trasy w dniu, kiedy połączone siły migreny i przeziębienia zmogły mnie na dobre. Ale nawet wtedy zrobiłem prawie 10 km. Za pokutę potem jechaliśmy na miejsce noclegu trzeba busami, których trasy mocno odbiegały od najkrótszej, czy choćby nawet logicznie uzasadnionej trasy, jaką powinniśmy tego dnia przebyć.

Jak zwykle po OWRP będzie trochę dodatkowej pracy. Trzeba się rozpakować, to raz. Trzeba opracować przebyte trasy i na podstawie śladów wpisać kilometry, to dwa. Trzeba przejrzeć sprzęt i zdecydować, co będzie wyrzucone i kupione nowe, to trzy. A wszystko to poza zwykłymi obowiązkami, których od jakiegoś czasy mam dość dużo. Żeby więc mieć na to więcej czasu, tymczasem kończę. :)

Tagi: OWRP roman j
11:47, roman_j
Link Komentarze (4) »
sobota, 04 kwietnia 2015

No i stało się to, co o czym jakiś czas temu pisałem. Mam nową pracę. Starą zresztą zachowałem, bo nowa jest na czas określony. W przybliżeniu na jakieś półtora roku. 1 kwietnia podpisałem umowę (i nie był to primaaprilisowy żart). Od tego dnia pracuję w Pewnym Prestiżowym Instytucie Naukowym jako członek zespołu realizującego grant z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Wiążę z tą pracą spore nadzieje na powiększenie mojego dorobku naukowego o cenne publikacje. Nie bez znaczenia są również kontakty, jakie nawiążę i jakie już nawiązałem. No ale oczywiście, co zresztą podkreślił mój nowy szef, przede wszystkim ode mnie zależy, jak wiele tej szansy wykorzystam.

Praca ta wiąże się dla mnie z czasową przeprowadzką do stolicy. Dojeżdżanie codzienne nie wchodziło w grę nie ze względu na koszty, ale ze względu na to, że byłoby to bardzo męczące. Około pięciu godzin codziennie na dojazdy to nie wchodziło w grę. Choć byłoby to rozwiązanie sporo tańsze niż wynajem mieszkania. Ja jednak wolałem mieć w stolicy miejsce noclegowe do własnej dyspozycji. I mam. Fakt, że malutkie i dwóm osobom na dłuższą metę byłoby tam ciasno. Ale jestem sam, a gości będę gościł raczej na krótsze niż dłuższe okresy, więc dam radę. Natomiast zaletą tego mieszkania jest to, że do pracy mam 15 minut spacerem, więc warszawskie korki mogę mieć w nosie. :)

Na weekendy planuję zjeżdżać do domu, bo jednak lubię mój grajdołek. Zresztą skoro już zostałem "słoikiem", to powinienem zachowywać się jak rasowy słoik. ;) Choć słoików na razie do stolicy nie wożę. Ale kto wie, może i to będę robił. Ceny w stolicy są bowiem stołeczne i u mnie w grajdołku wiele rzeczy można kupić taniej.

A z innej beczki napiszę, że po dłuższej przerwie postanowiłem na święta upiec chleb. Jakoś tak od lutego nie mogłem znaleźć czasu. Teraz nie mam go zresztą wcale więcej. Jak podliczyłem, mam do napisania pięć publikacji w ciągu czterech tygodni i to po angielsku. Do tego mam jeszcze dwa opracowania po polsku, które może są bliskie zakończenia, ale termin jednego z nich jest dość krótki, a drugiego nawet bardzo krótki. Myślę jednak, że się ze wszystkim wyrobię.

Zapisałem się już na tegoroczny OWRP i próbuję namawiać różne osoby na to samo. Mojej stałej ekipy namawiać nie muszę, ale liczę na świeżą krew. Jedną osobę chyba mi się udało. Moja turystyczna znajoma z grajdołka, A., właśnie mnie ostrzegła SMS-em, że się zapisuje. Wygląda więc na to, że na bliskiej orbicie mojej osoby krążyć będą na tym rajdzie aż dwie kobiety. Mam nadzieję, że się polubią, bo inaczej będę musiał zrejterować na inną trasę. ;) Próbuję namawiać też dwójkę moich dyplomantów, bo młodzi, jeśli im się spodoba, mogą zasilić tę imprezę na długie lata. Nie wiem, co z tego wyjdzie. Na studencką kieszeń taki wyjazd to jednak jest odczuwalny koszt, ale z drugiej strony na pewno OWRP jest wart swej ceny. :)

wtorek, 27 lipca 2010

Tytuł mojej dzisiejszej notki jest już nieco nieaktualny. Chciałem napisać o tym, jak adaptuję się na nowo do codziennego życia po powrocie z wyjazdu na tegoroczny OWRP, ale właściwie powinienem napisać o tym w czasie przeszłym, bo zaadaptowałem się wyjątkowo szybko. Pewnie to zasługa pracy i obowiązków, jakie na mnie czekały po powrocie i które wciągnęły mnie na tyle, że raz dwa wróciłem w stałę koleiny życia.

A było po czym się adaptować. OWRP jest dla mnie jak podróż do innego świata. Tak bardzo różni się on na korzyść od codzienności. Dość napisać, że w tym roku to były dwa tygodnie bez komputera (komu by się chciało brać ze sobą laptopa), bez kawy (ale to nie było zaplanowane; tak wyszło na początku i tak już zostało), bez miękkiego materaca pod plecami i dachu nad głową (namiot świetnie go zastępował) non-stop na świeżym powietrzu, w ruchu bez względu na pogodę (a ta w tym roku wyjątkowo dopisała).

Dodatkowo tegoroczny OWRP był pod pewnymi względami wyjątkowy. Po pierwsze nasza drużyna została osierocona przez jedyną kobietę, którą w domu zatrzymały domowe obowiązki. Brakowało nam jej, ale cóż zrobić. Po drugie była to dla mnie podróż sentymentalna śladami pewnego wakacyjnego wypadu sprzed 11 lat. To nie było zaplanowane, ale ostatecznie tak wyszło, choć nie do końca.

Na tamten wypad wybrałem się z A. jeszcze podczas studiów. Nie mieliśmy wtedy żadnych planów i postanowiliśmy improwizować. Plan był taki, żeby jechać autostopem, ale dojechaliśmy w ten sposób tylko do Bielska (wieś niedaleko mojego grajdołka). Stamtąd pieszo doszliśmy do następnego przystanku PKS, gdzie wsiedliśmy do autobusu, który dowiózł nas do Mławy. Tam rozwaliło mi się ramiączko od plecaka i, jak pamiętam, kupiliśmy igły, nitkę po czym zacząłem go szyć. Mam chyba nawet zdjęcie, jak to robię.

Z Mławy postanowiliśmy pojechać pociągiem do Olsztyna. Poszliśmy na dworzec w Mławie, który mieści się, o ile dobrze pamiętam, gdzieś na peryferiach. Po drodze A. kupił sobie harmonijkę ustną i kiedy na dworcu okazało się, że mamy sporo czasu do pociągu, poszliśmy sobie na jakaś rampę, gdzie on pogrywał na tej harmonijce, a ja paliłem fajkę (mam chyba nawet jeszcze gdzieś tę fajkę).

Do Olsztyna dojechaliśmy wtedy późno, bo już było dobrze po zachodzie słońca. Przenocowaliśmy w namiocie, który rozbiliśmy na jakimś większym skrawku łąki w dzielnicy przemysłowej gdzieś nieopodal dworca. Wydaje mi się, że widziałem w tym roku to miejsce, choć po 11 latach nie mogę mieć pewności co do tego. Rano zdecydowaliśmy, że jedziemy do Giżycka, gdzie spędziliśmy trochę czasu. Kiedy nam się znudziło, przenieśliśmy się najpierw do Gierłoży pod Kętrzynem (kiedy rozstawialiśmy namiot myślałem, że komary zeżrą nas żywcem). A potem była Gdynia (nocleg w namiocie rozstawionym na polu kamieni między torami kolejowymi i dobry obiad w jakiejś stołówce ośrodka pomocy społecznej czy czegoś takiego) i wreszcie Łeba, gdzie zakończyliśmy nasz wypad.

Z tych miejsc w tym roku odwiedziłem: Mławę (choć tylko przejazdem, ale znajome miejsca widziałem), Olsztyn (cztery razy przesiadałem się w nim jadąc na OWRP i z powrotem) i Giżycko (dokładniej Wilkasy pod Giżyckiem). Nie zajrzałem do Gierłoży, bo nie leżała na trasie, ale na to konto zwiedziłem dużo lepiej zachowane bunkty w Mamerkach. Dalszych przystanków na trasie naszej wyprawy sprzed 11 lat nie odwiedziłem, bo leżały daleko poza trasą tegorocznego OWRP. Ale na tym podobieństwa się nie kończą. Z jednego z nich zdałem sobie sprawę dopiero pod sam koniec, ale najpierw kilka zdań tytułem wprowadzenia.

Kierownikami naszej trasy na OWRP było dwóch młodych chłopaków o imieniu Paweł. Imię mieli to samo, ale pod pewnymi względami ze sobą kontrastowali. Jeden był na przykład blondynem, a drugi brunetem przez co określano ich mianem "Paweł Biały" i "Paweł Czarny". Ja na nasz użytek nazwałem ich inaczej. Jeden z nich był wyjątkowo wymowny, przez co zyskał sobie przydomek "Złotousty" (początkowo nazwałem go "Chryzostomem", ale uznałem, że to zbyt pretensjonalne). Jego talent oratorski i gawędziarski momentami mnie irytował, ale niewątpliwie pomagał nieco rozładować częste krytyczne sytuacje. Paweł Złotousty zajmował 90% czasu antenowego podczas odpraw, przez co drugi z Pawłów, którego nazwałem Milkliwym, rzadko dochodził do głosu (zresztą widać było, że jego dla odmiany wystąpienia publiczne nieco tremują).

I tu wrócę do wspomnianych wcześniej podobieństw. Otóż dotarło to do mnie dopiero na ostatnim noclegu, kiedy robiliśmy sobie wspólne zdjęcia pamiątkowe m.in. z kierownikiem trasy, że Paweł "Złotousty" jest podobny do A. Głównie z twarzy, ale trochę też i z zachowania. Pomyślałem sobie wtedy, że to ciekawy zbieg okoliczności, że po pierwsze w ogóle trafiłem na tę akurat trasę (początkowo zapisałem się na inną, a tej w ogóle nie brałem pod uwagę; później tok wypadków sprawił jednak, że trafiłem na tą) i że na dodatek spotkałem na niej człowieka przypominającego mi tego, z którym w tych okolicach w podobnym czasie wędrowałem 11 lat wcześniej. Życie jest pełne niespodzianek.

Bardziej szczegółową relację z tegorocznego OWRP zdam w moim blogu turystycznym, ale kiedy to nastąpi, tego nie wiedzą nawet najstarsi górale. :)

poniedziałek, 17 maja 2010

Tytuł dziś występuje w dwuznacznej roli. Po pierwsze jako tytuł jednego z kawałków, którego fragment będziemy śpiewać z chórem. Po drugie jako okrzyk radości. W tym drugim przypadku powinienem chyba używać mniej nacechowanego religijnie słowa, ale to "hurra" wydaje mi się prostackie czy też infantylne, a na przykład "eureka" pasuje mi raczej do sytuacji, kiedy się czegoś szuka i znajduje. Swoją drogą kiedyś miałem pomysł, żeby poszukać świeckich odpowiedników pojęć i wyrażeń religijnych, które weszły do potocznego języka tracąc swoje jedynie religijne znaczenie. Niektóre są używane dość w znaczeniach (biorąc pod uwagę intencje mówiącego) oderwanych od religii i sam ich nieraz używam, choć wolałbym jakieś neutralne odpowiedniki.

Ale nie o języku i religii chciałem napisać, ale o tym, że R. załatwił sobie urlop na OWRP. To jedna z nielicznych ostatnio dobrych wiadomości (no, może trochę przesadzam, ale tak bardzo dobrych wiadomości nie dostałem ostatnio zbyt wiele). To oznacza, że moje obawy, że sam się będę musiał pętać po Mazurach, zostały rozwiane. Choć z drugiej strony sam bym pewnie nie był, bo uczestników na pewno będzie sporo, ale zawsze lepiej mieć sprawdzone w bojach i trudach towarzystwo niż szukać sobie nowego.

W międzyczasie dzwoniła do mnie miła pani w sprawie OWRP namawiając mnie na zmianę trasy, bo ta, na którą się zapisałem, jest przepełniona. Niechętny byłem temu, więc poprosiłem o czas do namysłu. Ale potem pomyślałem sobie, że może dobrze byłoby jednak zmienić trasę. Wiem, jak wygląda OWRP, kiedy na jeden prysznic przypada 50 osób, a miejsce przeznaczone na nocleg jest tak utkane namiotami, że droga do kibelka w nocy wymaga dobrego oświetlenia i wytężonej uwagi, żeby nie zaplątać się w gęstwinie odciągów od namiotów. Problemem stają się też marszruty, bo chcąc uniknąć przechodzenia przez "podwórka" utworzone przez kilka namiotów i przed wejściami samotnie stojących trzeba czasem sporo nadłożyć drogi. Oczywiście można się tym nie przejmować i są tacy, którzy się nie przejmują, ja jednak nie lubię robić innym tego, czego sam nie lubię doświadczać, dlatego takiego minimalnego savoir-vivre'u staram się przestrzegać.

Jest jeszcze jedna sprawa, na której pozytywnym załatwieniu mi zależy, ale nie będę jej tu przybliżał, żeby nie zapeszać. Szanse są spore, ale obawiam się, że będzie mnie to sporo kosztować. I nie chodzi o pieniądze.

czwartek, 29 kwietnia 2010

W tym roku tak się złożyło, że nie będę na majówce. Przynajmniej nie na takiej, jaką tradycyjnie odbywam w gronie przyjaciół gdzieś w Polsce. Ale nie ma czego żałować, bo weekend majowy jest w tym roku krótki, a i pogoda ponoć ma nie być zachęcająca. Padła propozycja w gronie majówkowiczów, żeby majówkę przenieść na przełom maja i czerwca i zrobić z niej czerwcówkę. Ale chyba i ten pomysł z różnych przyczyn (głównie urlopowych) przepadnie. Tak więc jeśli ktoś ma dla mnie jakąś ciekawą propozycję spędzenia majowego weekendu, to niech się podzieli. Nie gwarantuję, że się skuszę, ale rozważę.

Zresztą mam na tę okoliczność wyjście awaryjne w postaci okolicznych lasów, dróg dróżek i szlaków. Co najmniej kilka z nich kusi mnie, żeby nimi przejść. I niewykluczone, że się skuszę, bo perspektywa siedzenia w domu jest mało pociągająca. W ostateczności, jeśli pogoda będzie próbowała mnie zniechęcić, to mam co robić. Postanowiłem sobie opracować trasy na wszystkie te szczyty Korony Gór Polskich, na których jeszcze nie byłem. Opracowanie polega na ustaleniu, jak można najdogodniej w okolice każdego szczytu dojechać i czym, gdzie przewidzieć ewentualny nocleg (ale najlepiej tylko jeden) i skąd zrobić podejście. Mając tak rozpracowane każde podejście, będę mógł sprawniej szczyty na KGP zdobywać. Na razie rozpracowałem sobie w ten sposób trzy spośród pozostałych.

Może też w wolnej chwili zaplanuję sobie jakiś dłuższy wakacyjny wypad. Oprócz OWRP, który znowu będzie przypominał stosunek przerywany, bo będę musiał przyjechać zeń do pracy na 1 dzień, a być może i zrezygnować z drugiego tygodnia, chciałbym się gdzieś wypuścić w sierpniu. W zeszłym roku też miałem taki zamiar, ale zabrakło czasu na wymyślenie i opracowanie trasy, a poza tym zabrakło też w końcu i chęci, więc z moich planów nic nie wyszło. Tak czy inaczej najpierw muszę rozstrzygnąć, gdzie się wybrać. Z jednej strony kusi mnie wschodnia część województwa świętokrzyskiego (w tym Sandomierz), a z drugiej dobrze byłoby wybrać się gdzie indziej, żebym mógł sobie taką wyprawę zaliczyć jako drugą na dużą srebrną OTP (obie takie wycieczki muszę odbyć na terenie różnych województw, a pierwsza była właśnie w Świętokrzyskiem). W tym drugim przypadku w grę wchodziłoby m.in.: pogranicze Mazowieckiego i Kujawsko-Pomorskiego samo Kujawsko-Pomorskie lub Warmińsko-Mazurskie. W rezerwie mam jeszcze wędrówkę dookoła Wrocławia żółtym szlakiem, z której zostało mi jeszcze kilka etapów do przejście. Oba warianty (tzn. świętokrzyski i nie-świętokrzyski) mają swoje "walety i zady". Najważniejsze, żebym któryś wybrał, a nie znalazł się w sytuacji fredrowskiego osiołka.

 
1 , 2

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape