O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze

Wpisy z tagiem: dyplomanci

czwartek, 01 lipca 2010

Wczoraj miałem kolejną obronę i do grona wypromowanych absolwentów dopisałem kolejnego magistra inżyniera. To była piętnasta obrona w mojej karierze, więc jak to żartobliwie określiłem, mam już mendel dyplomantów. Mendel to określenie kojarzące się z jajkami, ale gdyby liczyć to na jajka, wtedy wyszłoby mniej niż dwa mendle, bo w tym gronie mam trzy panie.

A skoro o paniach mowa, to wracając z uczelni spotkałem P. Dość rzadko się widujemy odkąd się ożenił. Wcześniej zdarzało się to nawet kilkanaście razy na miesiąc, a teraz średnia wychodzi około raz na rok. Pogadaliśmy chwilę, a pod koniec P. zapytał mnie, czy nie szukam sobie połówki. Oczywiście nie miał na myśli flaszki, ale to, co on sam sobie znalazł, czyli żonę.

Zaskakująca jest pewna prawidłowość dotycząca takich pytań, przynajmniej w moim przypadku, która sprowadza się do tego, że zadają mi je ludzie, o których nie mogę stwierdzić, że małżeństwo im służy. I albo wiem to z dobrego źródła, albo to po prostu widać. Nie powiedziałem tego P. i nie powiem, a mam nadzieję, że tego blogu nie czyta, ale od kiedy spotykam go po ślubie, jest cieniem tego człowieka, którego znałem wcześniej. Właściwie to jest dla mnie chodzącą antyreklamą małżeństwa, choć może nawet sam sobie z tego nie zdaje sprawy.

Ukułem sobie na tę okoliczność taką teorię, że tymi, którzy indagują mnie w sprawie moich małżeńskich planów, kieruje jedna z dwóch motywacji. Pierwsza jest taka, że może chcieliby móc sobie ze mną pogadać o tym, jak to jest czasem cieżko jest żyć z drugą połówką. Teraz może nie chcą, bo obawiają się usłyszeć, że trzeba się było nie żenić albo uważają, że o tym najlepiej porozmawiać z kimś, kto jest w podobnej do nich sytuacji.

Druga motywacja jest zdecydowanie mniej chwalebna, ale prawdopodobna. Otóż może ludzie ci wychodzą z założenia, że skoro sami w to wdepnęli, to dlaczego ktoś ma mieć lepiej od nich? Przy czym nie biorą pod uwagę faktu, że kwestia komu jest lepiej, a komu gorzej jest dyskusyjna. Wszystko ma swoje zalety i wady. I dla jednego zalety z nawiązką rekompensują wady, a dla drugiego wady przeważają nad zaletami. To indywidualna sprawa. A do tego dochodzi jeszcze jedna kwestia: trzeźwość oceny sytuacji, która w momencie podjęcia decyzji o małżeństwie bywa poważnie zaburzona. W końcu nie na darmo natura wynalazła miłość... :)

Tak sobie myślę, podsumowując na koniec powyższe rozważania, że kiedy następnym razem jakiś znajomy żonaty facet zapyta mnie o moje małżeńskie plany, to zamiast odpowiedzi ja zapytam go, co mu się w małżeństwie nie układa i czy chce o tym pogadać? Może z braku osobistych doświadczeń niczego mu nie będę mógł doradzić, ale na pewno cierpliwie go wysłucham i nie powiem, że trzeba było się nie żenić. To byłoby równie okrutne jak powiedzenie człowiekowi sparaliżowanemu po skoku do wody na główkę, że trzeba było nie skakać.

środa, 31 marca 2010

Dziś kończy się jeden z bardziej pracowitych miesięcy w ostatnim okresie. W ogromną ulgą powitam jutrzejszy prima aprilis. Nie jest to co prawda jakaś graniczna data, ale zbliżające się dni wolne pozwolą mi trochę nadrobić zaległości. Poza tym zbliża się ta lepsza pora roku. Za niecałe dwa miesiące M. ściągnie do Polski. Na razie prowadzimy w tej sprawie korespondencje i zapowiada, że musimy się w tym roku częściej spotykać niż w ubiegłym. Nie mam nic przeciwko, ale plany sobie, a życie sobie, co zresztą wiem z doświadczenia. Dlatego odpisałem mu filozoficznie le temps le montrera (staje się to powoli leitmotivem mojego bloga).

Sprowokowałem tą odpowiedzią wymianę zdań po francusku, co było ciekawym doświadczeniem biorąc pod uwagę, że moja znajomość francuskiego jest obecnie na poziomie bardzo podstawowym. Ale jakoś sobie poradziłem z odpowiedziami na to, co pisał M. W końcu napisał, oczywiście po francusku, żebym mu obiecał, że jak będzie w tym roku w Polsce, to ja się pilniej przyłożę do nauki tego języka. Odpisałem je promets, a co będzie, to... już pisałem, więc się nie będę powtarzał. :)

Oprócz dobrych informacji są też takie mniej radujące. R. napisał mi ostatnio, że jeszcze nie wie, czy dostanie urlop na tegoroczny OWRP. Szkoda byłoby, gdyby nie dostał, choć jak nie dostanie, to nie będę miał o to do niego żalu. Sam przecież trzy lata temu zrejterowałem z OWRP z przyczyn osobistych i to na tydzień przed rozpoczęciem imprezy. Wiem więc, że różnie w życiu bywa i nie zawsze można być tam, gdzie by się chciało być i w takim towarzystwie, w jakim by się chciało. I chociaż OWRP jest dla mnie imprezą wyjątkowo sympatyczną przede wszystkim ze względu na ludzi, z którymi ją odbywam, to jeśli R. nie będzie mógł się w tym roku wybrać, to ja raczej nie zrezygnuję, choć nie mogę do końca takiej możliwości wykluczyć, ale z innych powodów.

Na koniec jeszcze wspomnę, że dziś wypromowałem dwoje inżynierów. Moja lista dyplomantów wydłużyła się do 13 pozycji (a że jeden dyplomant był podwójny, to prac pod moją opieką napisano 14). Zawsze to jest pewna ulga w obciążeniach, kiedy kolejni dyplomanci zdobywają zawodowe szlify, ale nie jest ona zbyt długotrwała, bo na ich miejsce przychodzą kolejni lub budzą się z letargu tacy, o których całkiem już zapomniałem. Mam nadzieję, że w czerwcu wypromuję co najmniej jeszcze jedną osobę. Co do reszty, nie wiem. Są pewne szanse w jeszcze co najmniej 2-3 przypadkach, ale jednemu dyplomantowi już się chyba urodził potomek, drugi odwiedza mnie nieregularnie i po okresach intensywniejszej pracy znika na dłużej. Jeszcze jeden całkiem nieźle sobie radzi i jeśli utrzyma tempo oraz jakość pracy, to na czerwiec powinien się wyrobić.

A tymczasem kończę i poczytam sobie zaległe komentarze. :) Miałem coś jeszcze skrobnąć w blogu turystycznym, ale dziś już nie mam siły. Dwa ostatnie dni były jak finisz maratonu. A tymczasem zatrzymać się nie można i trzeba dalej choćby truchtać.

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape