O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze

Wpisy z tagiem: abstrakcyjne rozważania

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Dzisiaj będzie wpis taki trochę filozoficzny. Filozoficzny, bo z takiego obszaru, gdzie nauka się jeszcze nie zapuściła na dobre i nie ona dyktuje tam warunki. Z obszaru, gdzie wciąż jeszcze nie naukowe teorie, ale spekulacje są być źródłem odpowiedzi na pytania. Odpowiedzi, których prawdziwości czy fałusz nie sposób rozstrzygnąć w ogóle albo tylko metodami filozofii (np. logiką).

Otóż zastanawiałem się ostatnio nad tym, czy możliwe jest podróżowanie w czasie w
przeszłość? Wiadomo bowiem, że w przyszłość można się jak najbardziej wybrać. Ale jak to jest z powrotem, czy też cofnięciem się wstecz od teraz?

Uwaga, dygresja: Jeśli komuś ciśnie się na usta w tym momencie stwierdzenie, że szczęśliwy to człowiek, który ma czas zastanawiać się nad takimi abstrakcjami, to wyjaśnię, że z racji tego, że po mieście poruszam się piechotą i to często po utartych ścieżkach, więc w czasie tych "spacerów", które zabierają sporo czasu, dobrze jest zająć czymś głowę. Iw tej głowie czasem pojawiają się właśnie takie pytania. Odpowiadając na nie nie rozwiążę na pewno żadnego problemu życiowego czy nawet prywatnego, ale pogimnastykuję przynajmniej mózg. A jemu też się przydaje gimnastyka.

Rozważając postawione pytanie nie z punktu widzenia praw fizyki, ale bardziej ogólnych i prostszych zależności przyczynowo-skutkowych doszedłem do wniosku, że gdyby podróże w czasie wstecz były możliwe, to powinniśmy być ich świadkami. Dlaczego? Otóż według mnie z tego prostego powodu, że gdyby była możliwość cofnięcia się w czasie, to dlaczego mielibyśmy zakładać, że nikt nie wybierze się akurat do naszych czasów?

Jest tu jednak pewien problem z teraźniejszością, przyszłością i przeszłością. Otóż dla nas przyszłość jest potencjalna. Nie "stała się" ona jeszcze i może przyjąć niemal dowolną zależnie od naszych wyborów życiowych. Z tego punktu widzenia pojawia się problem, bo przybysz z przyszłości nie może się pojawić wśród nas, skoro tej przyszłości jeszcze nie ma. Nie ma przyszłości, więc nie ma i jego. A kiedy ta przyszłość powstanie, czyli stanie się naszą teraźniejszością przybierając określony kształt, wtedy dzisiejsza teraźniejszość będzie przeszłością. Powrót do tej przeszłości musiałby oznaczać powrót do tego, co już się stało, ze wszystkimi tego dalszymi konsekwencjami. Wracając znów (w rozważaniach, nie w czasie) do teraźniejszości, te konsekwencje musiałyby się "mieć miejsce" już teraz, żeby ich dalsze skutki były widoczne w przyszłości, ale przyczyny tych konsekwencji jeszcze nie ma (bo nie ma przyszłości, do której ona należy), a jeśli nie ma przyczyny, to nie może być skutków. To na pierwszy rzut oka neguje możliwość cofania się w czasie. Ale wydaje mi się, że jest wyjście z tego paradoksu. Nalezy tylko przyjąć pewne założenia.

Pierwsze takie, że wszystkie możliwe przyszłości już istnieją. W formie potencjalnej. My zaś żyjąc w swojej teraźniejszości jesteśmy jak pociąg, który nie jedzie po jedynym możliwym torze, ale w każdym momencie wjeżdża na rozjazd, na którym trafia na jeden z wielu torów pozostających do wyboru. Ten pociąg nie ma stacji docelowej, a to, gdzie się akurat znajduje i dokąd w danej chwili zmierza, zależy od tego, gdzie był wcześniej i na który tor wjechał na ostatnim ze zjazdów. Maszynista zaś (o ile w ogóle jest jakiś) nie wie z wyprzedzeniem, który z tych torów wybierze. To pozwala rozwiązać problem przybywania z przyszłości jako czegoś co nie istnieje, bo to oznacza, że przyszłość nie istnieje jedynie dla nas i teraz.

Drugie założenie, które pozwala ominąć paradoks dziadka (to znaczy sytuację, że wracam do przeszłości, uśmiercam swojego dziadka, wskutek czego ja się nie narodzę i nie wrócę do przeszłości, żeby uśmiercić mojego dziadka, czyli jednak się narodzę i tak w kółko). Otóż aby wyjść z tego zaklętego kręgu można na przykład założyć, że każdy powrót do przeszłości oznacza kreację nowego równoległego ciągu zdarzeń. To znaczy, że nasze "mieszanie" w przeszłości nie ma skutków w tym ciągu zdarzeń, w którym żyjemy i z którego wybraliśmy się w przeszłość. W miejscu naszego pojawienia się pojawia się jakby rozgałęzienie i tworzy się nowa przeszłość niejako "obok" tej, która jest naszym udziałem.

Przyjąwszy te dwa założenia możemy wrócić do zasadniczego pytania: czy możliwe są podróże w czasie wstecz? Dowodem na ich możliwość powinny wizyty gości z przyszłości. Czy mają one miejsce? Tego chyba nie sposób rozstrzygnąć. Wcześniej miałem napisać, że nie mają miejsca, ale potem przyszło mi na myśl, że może te wszystkie doniesienia o UFO czy też niewyjaśnione zdarzenia z rejonu Trójkąta Bermudzkiego są właśnie efektami takich wizyt? Nie rozstrzygam tego, bo nie mam do tego żadnych przesłanek. Ot, mogę sobie jedynie spekulować, co też niniejszym uczyniłem. :-))

Na koniec dodam, że mój racjonalny światopogląd nie zmienił się w ostatnim czasie, jeśli komuś przyszło by na myśl, że jest inaczej, po lekturze tej notki. Racjonalizm według mnie da się pogodzić z całkowicie abstrakcyjnymi rozważaniami. Zresztą w czasach "przednaukowych" większość działalności ludzkiej polegającej na badaniu praw rządzących przyrodą składała się z takich mniej lub bardziej abstrakcyjnych rozważań. Nazywało się to filozofią przyrody.

niedziela, 22 listopada 2009

Od jakiegoś czasu w wolnych chwilach (czyli praktycznie tylko w czasie drogi do i z pracy) rozmyślam o rzeczach ostatecznych. Te rozmyślania już ze trzy razy chciałem przenieść na łamy bloga, więc jeśli teraz ktoś czyta te słowa, to znaczy, że w końcu się udało.

Co mnie natchnęło do takich rozmyślań? Dość dziwna konstatacja, jakiej dokonałem, kiedy w przeddzień Wszystkich Świętych sprzątałem grób ojca z opadłych liści. Przyszło mi wtedy na myśl, że skoro doczesne szczątki mojego ojca rozkładają się już od jakichś 7 lat po tą kamienną płytą, z której zmiatam liście, to jest bardzo prawdopodobne, że produkty tego rozkładu trafiły już do gleby a przez nią do korzeni drzewa wyrastającego nieopodal grobu. Oznacza to, że drzewo szczątkami doczesnymi mojego ojca wzbogaca swój metabolizm, a w efekcie wbudowuje je także w swoje tkanki, czyli także w liście. Liście te opadają potem na jesieni na grób, więc czy zbierając je i wynosząc na śmietnik nie beszczeszczę pamięci ojca?

Większość ludzi, których bym o to zapytał, odpowiedziałaby, że nie i że to absurd, ale byłaby to odpowiedź na pewno nie poparta głębszym namysłem. A ja postanowiłem się nad tym właśnie zastanowić, ile z nas jest w nas i co z nas pozostaje po śmierci, czemu winniśmy okazywać szacunek.

W naszej kulturze z szacunkiem odnosimy się do ciała zmarłego, ale na skutek procesów posmiertnych ulega ono powolnej dezintegracji. Jego część zachowuje się w jakiejś całości, ale z drugiej strony spora część rozkłada się i rozprasza. Po kremacji, która staje się w naszym kraju coraz popularniejsza, właściwie nie zostaje nic, co przypominałoby zmarłego. Większość jego zwłok ulatuje w atmosferę w postaci pary wodnej, dwutlenku węgla i innych lotnych gazów, a pozostają niepalne związki mineralne w postaci popiołu. Popiół ten prawdopodobnie nie nosi nawet piętna ciała, z którego powstał, bo jedyne takie piętno w postaci DNA według mojej wiedzy nie ma szans przetrwać procesu kremacji.

Kończąc wątek cielesny moich rozważań, który wbrew moim zamiarom znacznie się rozrósł, chciałbym się jeszcze tylko podzielić refleksją, że Ziemia jest jak jedna wielka retorta, w której nieustannie zachodzi proces naturalnego recyklingu. Każdy z nas składa się z cząstek, z atomów, które wielokrotnie wchodziły w skład innych konfiguracji tworzących organizmy żywe czy obiekty przyrody nieożywionej lub nawet wytwory kultury. Ciekawie byłoby prześledzić, w skład czego wchodziły wcześniej budujące mnie obecnie elementarne cząstki.

Ten naturalny recykling, który sprawia, że funkcjonuję obecnie w pożyczonym ciele, które oddam po śmierci w całości do ponownego wykorzystania milionom innych istnień, nie tylko ludzkich, nasunął mi myśl, że jest jedna rzecze (czy można ją nazwać "rzeczą"? chyba tylko w najogólniejszym tego słowa sensie), która jest specyficznie moja. To moja świadomość, moja psychika. Ale ona jedna, przynajmniej tak zakładam, nie przetrwa momentu mojej śmierci. To mnie skłoniło do zadania sobie pytania, czy mam szansę ponownie pojawić się na tym świecie i w wyniku jakiego procesu?

Nie wierzę w reinkarnację. Jak już napisałem, zakładam, że moment śmierci jest tym, którego moja świadomość nie przetrwa. Nie uleci z ciała, ale po prostu dobiegnie swego kresu i nie zostanie nigdy wskrzeszona. Ale czy jest możliwość, żebym pojawił się znowu na tym świecie w sensie istnienia samoświadomości, która jest jednocześnie uczestnikiem i obserwatorem świata?

Próbując odpowiedzieć na to pytanie doszedłem do ściany (w przenośni oczywiście). Z jednej strony odpowiedź może brzmieć: oczywiście, że tak. W tej chwili takich obserwująco-uczestniczących samoświadomości jest kilka miliardów licząc tylko ludzi. Oni nie są mną z mojego punktu widzenia, ale są sobą każdy ze swojego punktu widzenia. Każdy jest takim wcieleniem obserwatora, który zauważa, że oprócz umysłu służącego obserwacji, ma też ciało służące podejmowaniu działań. Ja jako ja w żadne takie kolejne ciało się nie wcielę, bo żeby takiego wcielenia dokonać, musiałbym zachować swoją świadomość choćby w jakiejś szczątkowej postaci tak, żebym zachował choć jakiś ślad wspomnienia, że kiedyś miałem inne ciało, byłem kimś lub czymś innym.

Ale to przeczy mojemu założeniu o nieodwracalnej śmierci świadomości. Zatem ja już nigdy na ten świat nie wrócę. I nigdy na tym świecie nie będę. Ale nadal próbuję znaleźć pozytywną odpowiedź na pytanie, czy będę funkcjonował jeszcze kiedyś na tym świecie jako inna świadomość w innym ciele? Czy dane mi będzie, tak jak teraz, jednocześnie obserwować i działać z pełną samoświadomością. Patrzeć na przykład na swoje ręce na klawiaturze i móc powiedzieć o nich "to są moje ręce, nad którymi mam określoną władzę, które mogę w jakimś zakresie ukształtować, mogę za ich pomocą nawiązywać kontakt z otoczeniem, odczuwać za ich pośrednictwem ciepło, dotyk, ból, wilgoć, itp." Czy dane mi będzie takie doświadczenie?

Nie, mnie już nigdy nie będzie dane, bo ja jako ja zniknę w dniu swojej śmierci na zawsze. Z drugiej strony codziennie powstają nowe życia, ale one nie mogą być mną, skoro ja jestem wciąż jeszcze sobą. I chociaż ten fenomen samoświadomości dany także mnie, jest doświadczeniem każdego człowieka (i nie tylko człowieka, choć człowiek jedynie potrafi go nazwać i do pewnego stopnia opisać), to ponowne narodziny mnie są niemożliwe. Nawet wierny klon mojej osoby nie będzie mną. Będzie miał własną samoświadomość i będzie sobą. Może być nawet mną dla innych, ale nie będzie mną dla mnie samego. Czy zatem zobaczyłem ten świat swoimi oczami te ponad 30 lata temu jedynie na czas mojego osobniczego zycia i nigdy więcej nie będzie mi to dane.

Dochodzę do wniosku, że tak i jest to pesymistyczna konkluzja. Ale towarzyszy jej jednocześnie konkluzja optymistyczna, że dopóki istnieje gatunek ludzki, dopóty będzie żył ktoś, kto będzie tego fenomenu doświadczał. I po mojej śmierci ja będę w każdym z ludzi. Ja nie w sensie fizycznym czy nawet duchowym (dowolnie rozumianym), ale ja jako rozumiejąca siebie samoświadomość mająca zdolność obserwacji otoczenia i wpływania na nie. Samoświadomość podzielona na nie doskonale rozdzielone od siebie pojedyncze jednostki, które mogą na siebie oddziaływać, mogą się próbować wzajemnie zrozumieć, ale nie mogą się ze sobą w żadnym stopniu połączyć (za wyjątkiem połączenia się ich materialnych powłok).

Czy można w tym znaleźć pociechę? Nie wiem. Jest w tym coś tchnącego optymizmem. A poza tym, against all odds, ja wierzę, że jeszcze na ten świat powrócę po śmierci, że dane mi będzie przeżywać to, co przeżywa każda żyjąca istota, to co przeżywam teraz, przynajmniej w najogólniejszym sensie. I jest to paradoksalnie wiara w najdoskonalszej postaci, bo nie ma żadnego cienia dowodu ani nawet najdrobniejszej poszlaki, że to może być prawda. I nigdy jej nie będzie moim zdaniem.

A gdybym chciał na podstawie mojej wiary stworzyć jakiś kult i jakąś naukę na kształt tego czym dla religii, w których istnieje pojęcie boga, jest teologia, która to nauka miałaby objaśniać zasady mej wiary, stanowić jej naukową bazę, rozstrzygać jej wątpliwości, formułować dogmaty, itp. to próba taka skazana jest na nieuniknioną porażkę. Pozostaje mi tylko wierzyć, nie wiedząc nawet, jaką przyjmnie postać to, w co wierzę i nie mając nigdy możliwości przekonania się, że moja wiara nie była daremna. Tutaj nie będzie żadnego przyszłego "zbawienia", żadnego "zmartwychwstania", żadnej nagrody za wiarę w postaci raju. Zbawienie i zmartwychwstanie odbywa się natychmiast przez sam akt wiary, a jednocześnie nie dokona się nigdy. Jedyną zaś nagrodą za wiarę jest sama wiara.

Nie potrzeba do w tej wierze też żadnych pośredników nie tylko w postaci kapłanów kultu, ale też w formie boga, czy też stadka bogów z ich dworami i przyległościami. Jest to wiara bardzo pod tym względem ascetyczna. Nie towarzyszy jej przerost formy nad treścią, a brzytwa Okhama nie miałaby czego w niej ciąć, bo żadnych bytów nie tworzy poza tymi, których istnienie daje się obiektywnie i naukowo dowieść.

W tej wierze nie ma także miejsca na choćby ślad racjonalizmu, bo leży ona w całości poza sferą pojęciową rozumu, zatem nie ma zagrożenia herezją. Nie niesie też ona ze sobą żadnego materiału etycznego. Zasady etyki należy sobie wyprowadzić z innych źródeł. Jest to po prostu w wiara w najczystszej możliwej postaci. Sam preparat, niemal sama idea wiary. Coś pięknego w swej doskonałości i... niemal całkowitej bezużyteczności. Jedyne bowiem, czego może dostarczać, to pociecha, ale i ta jest bardzo subtelna i właściwie nie może służyć jako oparcie w codzienniej egzystencji i w zmaganiach ze światem. Jest to pociecha jedynie w tym smutku, który rodzi się z uświadomienia sobie przemijania życia, którego kres jest kresem naszego świata. Nie każdemu taka pociecha jest potrzebna. Większości za pociechy dostarczają konwencjonalne religie.

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape