O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze

Wpisy z tagiem: kawa rozpuszczalna

sobota, 11 lutego 2017

Już po raz drugi na mój profil na Facebooku trafił link do bzdurnego artykułu ostrzegającego przez kawą rozpuszczalną. I drugi raz napisałem sążnisty komentarz punktując zawarte w nim bzdury. Ponieważ przypuszczam, że ten artykuł może trafić do mnie jeszcze raz, a mnie nie chce się ponownie szukać argumentów na jego nierzetelność, więc następnym razem podlinkuję ten wpis. 
Nie będę podawał linku do bzdury, której autorką jest niejaka "greenwitch", żeby jej nie generować dodatkowego ruchu i nie robić jej reklamy. Będę za to cytował fragmenty tych "mądrości" i je komentował. Także ze źródłami wiarygodnych badań, tam gdzie trzeba.

Jednym z takich pomylonych wynalazków jest coś, co na ogół określa się mianem „kawy rozpuszczalnej”. To myląca nazwa, ale kryje się w niej ziarnko prawdy – choć z kawą ta substancja wiele wspólnego nie ma, to ciało człowieka wyniszcza nie gorzej od przemysłowego rozpuszczalnika.
Dziwne stwierdzenie. Kawa rozpuszczalna powstaje z kawy ziarnistej, więc ma z nią więcej wspólnego niż np. kawa zbożowa, której autorka miana kawy nie odbiera. Niestety, w dalszej części artykułu nie ma ani słowa uzasadnienia stwierdzenia o wyniszczaniu ciała nie gorzej od przemysłowego rozpuszczalnika. Zwłaszcza, że rozpuszczalniki są różne. Na przykład aceton nasz organizm sam wytwarza w niewielkich ilościach. ;)

Jednym z jej najcenniejszych i najzdrowszych dla nas składników są tzw. antyoksydanty (...) w kawie rozpuszczalnej nie ma ich niemal wcale – są wytracane w wyniku przetwarzania ziaren!
Antyoksydantów w kawie rozpuszczalnej jest mniej niż w parzonej, ale czy ktoś traktuje kawę wyłącznie jako źródło antyoksydantów i to na dodatek jako jedyne ich źródło? A poza tym jaki to dowód szkodliwości? Woda, o ile wiem, też nie zawiera antyoksydantów. :)

Drugim jest fakt, że zgodnie z wynikami badań naukowych, w 90% próbek brazylijskich i włoskich kaw rozpuszczalnych znajduje się ochratoksyna A – niezwykle toksyczna substancja. Podobne badania były prowadzone także w Polsce. W niektórych markach stężenie ochratoksyny A sięgało nawet 21,8 mikrogramów/kilogram – ponad czterokrotnie więcej od dopuszczalnej przez prawo unijne normy (5 mikrogramów/kg).
O ochratoksynie A proponuje poczytać w Wikipedii, gdzie jest napisane, że występuje na niewłaściwie przechowywanych np. ziarnach surowej kawy. Jeśli zawiera ją kawa rozpuszczalna, to tak samo kawa z ekspresu z nieodpowiednio przechowywanych wcześniej ziaren. A także produkty zbożowe np. mąka czy kasze. Dobrze też zastanowić się, ile spożywamy rocznie kawy rozpuszczalnej, a ile mąki. Poza tym według Wikipedii ochratoksyna A: "Wykazuje niestabilność w stosunku do światła dziennego oraz powietrza. Nawet krótkotrwała ekspozycja na światło dzienne, powoduje jej rozpad i degradację, zwłaszcza w warunkach wysokiej wilgotności." A kawę rozpuszczalną sprzedaje się w przeźroczystych słoikach. :)
Szkoda też , że autorka nie podaje źródeł wyników tych badań na zawartość ochratoksyny A, na które się powołuje. Ja znalazłem trzy artykuły. W pierwszym artykule wyniki wskazują, że w badanych próbkach kawy rozpuszczalnej jest najwyżej 25% dopuszczalnej zawartości, a za to w jednej z próbek kaszy gryczanej – ponad 100%. Drugi artykuł zawiera takie wyniki: kawa rozpuszczalna 25 – 50% dopuszczalnej zawartości, a np. mąka żytnia ponad 70% wartości dopuszczalnej. Jest tam też dyskusja wyników krajowych i zagranicznych. Wynika z niej, że tylko w jednym przypadku, spośród przytoczonych, badana wartość przekroczyła wartość dopuszczalną i wyniosła 11,9 mcg/kg przy normie wynoszącej 10 mcg/kg (nie wiem, skąd autorka wzięła wartość dopuszczalną równą 5 mcg/kg...). I jeszcze trzeci artykuł, z którego wynika, że we wszystkich badanych na jego potrzeby próbkach normy nie są przekroczone. Zawarta tam analiza zawartości ochratoksyny A uzyskanych przez innych autorów  mieści się w zakresie od wartości poniżej 0,5 mcg/kg do 11,8 mcg/kg. Skąd się więc autorce wzięło to 21,9 mcg/kg? To chyba pozostanie jej tajemnicą. :)

Jakby tego było mało, w tzw. „kawie” rozpuszczalnej praktycznie nie występuje jedna z najważniejszych (choć w nadmiarze szkodliwych) substancji – kofeina. Wypicie filiżanki takiego napoju nie zapewni nam więc typowego dla „małej czarnej” zastrzyku energii w ciągu ciężkiego dnia.
Do rozprawienia się z tą bzdurą posłuży mi kolejny artykuł, w którym zawarte są wyniki badań zawartości kofeiny między innymi w kawie ziarnistej, jak i w ekstrakcie kawy, czyli w w kawie rozpuszczalnej. I wynika z nich, że badane próbki kawy ziarnistej zawierały kofeinę w ilości 0,32 – 2,95 g/100g, a próbki kawy rozpuszczalnej 1,03 – 2,01 g/100g. Znajduje się tam też następujący passus: "Do przygotowania w filiżance zwykłej porcji kawy, używa się wg danych producentów ok. 7 – 10 g kawy mielonej (co odpowiada 120 – 200 mg kofeiny), w celu zaparzenia kawy rozpuszczalnej używa się ok. 2,5 g (co stanowi średnio 65 mg kofeiny)." Czyli taka sama porcja kawy ziarnistej może zawierać od 2 do 3,5 raza więcej kofeiny, ale przy jakichś uśrednionych ilościach kawy użytej do zaparzenia tego napoju. Ale czy to uzasadnia stwierdzenie, że kawa rozpuszczalna kofeina prawie nie występuje?

Niestety [kawa rozpuszczalna - przyp. RJ], zapewni nam za to energię innego rodzaju – kalorie. W odróżnieniu od kawy tradycyjnej (mowa oczywiście o czarnej i gorzkiej – cukier i różnego rodzaju „śmietanki” to osobna historia), która praktycznie nie ma wartości kalorycznej, ta rozpuszczalna może mieć realny i negatywny wpływ na naszą kształt naszej sylwetki.
Tutaj nie znalazłem żadnego artykułu naukowego, ale wystarczy przejrzeć różne kalkulatory kalorii. Wynika z nich, że napar z kawy ziarnistej zawiera około 1-1,5 kcal/100 ml, a z kawy rozpuszczalnej... 1-1,5 kcal/100 ml. Sama kawa rozpuszczalna pewnie zawiera dużo więcej kilokalorii na 100 g, ale nikt się kawą w proszku nie zajada. Inną kategorią są też wynalazki w rodzaju napojów kawowych 3 w 1. Może to miała na myśli autorka?

Ogólnie rzecz biorąc, komentowany przeze mnie artykuł o szkodliwości kawy rozpuszczalnej zawiera głównie głupoty, bzdury i przekłamania. A jednak cieszy się wzięciem na FB.To chyba znak czasów. :(

piątek, 02 kwietnia 2010

Piszę właśnie notkę w moim blogu turystycznym, ale postanowiłem przerwać na chwilę i zapisać coś tutaj. Rzecz będzie o kawie.

Namiętnie pijam od dłuższego czasu coś, co u prawdziwych kawoszy wzbudziłoby jedynie grymas obrzydzenia, czyli kawę rozpuszczalną. Nie jest to najniższy upadek, jaki można zanotować, bo jeszcze gorsza jest ciecz, którą nazywają kawą, a która sączy się ustawionych na uczelni automatów. Niemniej jednak piję coś, co jest odpowiednikiem buły z MacDonald's w świecie kaw.

Jakoś mi to dotąd specjalnie nie przeszkadzało, ale niedawno matka zwróciła moją uwagę na tę oczywistą oczywistość, że piję coś, czego składu nie znam, co jest bardzo głęboko przetworzone, etc., etc. Ona ujęła to zwięźlej, ale ja tak to sobie potem rozwinąłem. I pomyślałem, że może warto jednak przerzucić się na coś bardziej kawę przypominającego.

Łatwa to decyzja nie jest, bo kawy "plujki" nie lubię. Mam co prawda w spadku po ojcu zaparzarkę, z której mogę mieć kawę odfiltrowaną z większości fusów, ale to nie do końca to. Mam też kafetierkę, ale z niej wychodzi kawa tak esencjonalna, że boli mnie po jej wypiciu żołądek. Ekspresu do kawy nie mam i nie mam w planach jego zakupu. Kiepskiego kupować nie warto, dobry kosztuje tyle, że na obecnym etapie mojego życia uważam taki zakup za fanaberię.

Summa summarum zdecydowałem się jednak skorzystać ze spadku po ojcu, czyli pić kawę z zaparzarki. Co prawda kawa z wrzątkiem zalanego miału smakuje mi najmniej, ale uważam, że gust można odpowiednio ukształtować. Wino czerwone wytrawne też mi przecież kiedyś nie smakowało. Na pierwszy ogien poszła kawa poranna. Smak i zapach odstręcza, ale dzielnie wypijam. Potem kawa poobiednia. Też wypiłem bez krzywienia się. Jednak dwie godziny później coś we mnie pękło. Poszedłem do kuchni, sypnąłem sobie łyżeczkę kawy rozpuszczalnej do kubka, zalałem "gorącą, ale nie wrzącą" wodą i duszkiem wypiłem. Teraz mi lepiej.

Nie doceniłem siły przyzwyczajenia. A może z kawą rozpuszczalną jest jak z niezdrowym (zbyt tłustym) jedzeniem, które podobno działa na mózg podobnie jak heroina? Nie wiem. Zastnawiam się teraz, czy nadal się próbować przestawić na picie kawy mielonej (docelowo we własnym młynku) czy machnąć ręką i zalewać się dalej rozpuszczalnym ekstraktem z zawartością kofeiny? Ma on niewątpliwą zaletę - łatwość przygotowania. No i najbardziej odpowiada moim obecnym upodobaniom smakowym. Może pójdę na kompromis i będę pił raz jedną, raz drugą. Może po jakimś czasie takiego płodozmianu łatwiej będzie rzucić tę rozpuszczalną na rzecz tej z fusami (odfiltrowanymi oczywiście).

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape