O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze

Wpisy z tagiem: Tokio Hotel

wtorek, 29 grudnia 2009

To jest już jakaś tradycja, że jak napiszę, że przez jakiś czas nie będę pisał, to napiszę coś jeszcze tego samego dnia, a jak napiszę, że teraz będę pisał często i regularnie, to robi się we wpisach wielka przerwa.

Ale do rzeczy, bo chciałem krótko.

Zajrzałem do TOP 1000 na Blox'ie. Kipesko. Spadłem w tym tygodniu do czwartej setki. Ale zauważyłem za to, że jestem o dwa oczka wyżej niż blog o Tokio Hotel! ;D

piątek, 23 listopada 2007
Ostatnio prawie już tu nie piszę. Nie z założenia. Tak wychodzi. Z braku czasu. Nie tylko na samo napisanie notki, ale też na zebranie myśli, żeby jakoś sensownie o czymś ciekawym napisać. A i pisać nie bardzo jest o czym. No bo ile razy można pisać o tym, że się nie ma o czym napisać? Wiem, że co najmniej kilka razy, bo robię to nie po raz pierwszy. Spróbuję więc napisać o czymś innym. Zwłaszcza, że o wielu sprawach napisać nie mogę.
Pamiętacie mój eksperyment z Tokio Hotel? Na razie wynik jest negatywny. Wejść z tego tytułu nie odnotowałem. To dobry wynik. Każdy byłby dobry, bo można z niego wyciągnąć jakieś wnioski. W ostateczności błędne. Tak to działa w nauce. Ale niekoniecznie w polskiej. U nas jest na tyle mało pieniędzy na badania, że dostają je głównie ci, którzy wiedzą, że im wyjdzie, wiedzą, co im wyjdzie i nawet wiedzą już czasem, jak zrobić na tym pieniądze. Tymczasem nauka polega często na tym, że trzeba zrobić kilka fałszywych kroków, zanim się w końcu zrobi jakiś właściwy, bo przecież z zasady penetruje się obszar nieznany (znanego nie ma sensu penetrować; znany można eksploatować).
Wczoraj byłem na zajęciach z Tai Chi. Nie wiem, ile ruchów już umiem, bo nie wiem, kiedy ruch o jakiejś nazwie się zaczyna, a kiedy kończy. I tak to właściwie powinno być, bo chodzi o to, żeby to robić płynnie. Nauka formy idzie mi średnio. Jeszcze nie opanowałem perfekcyjnie sekwencji ruchów, więc nie moge się jeszcze skupić na detalach. Ale wszystko to przyjdzie z czasem.
Dziś idę na chór. Dwa poprzednie podejścia były miłe, ale mało udane, bo próby się nie odbyły (niska frekwencja). Ale dostałem nuty i część wpisałem sobie do NWC, żeby ich odsłuchać. Nauczyć się ich nie zdążyłem. Ale mam czas do połowy grudnia. Wtedy mamy koncertować z lokalną orkiestrą symfoniczną i jeszcze kilkoma chórami. Myślę, że znajdę czas na naukę mojej partii.
We wtorek obrony dyplomów, a ja jeszcze nie napisałem recenzji. *** Właściwie napisałem już jedną. Zrobiłem przerwę w pisaniu notki i wypełniłem recenzję "promotorską". Tę łatwiej się wypełnia, bo nie trzeba się aż tak mocno zagłębiać, a poza tym jako promotor znam dobrze pracę i wiem, co o niej napisać. Mam nadzieję, że nie zapomnę o tej obronie we wtorek, bo jakoś nie tkwi mi ona mocno w pamięci. Za dużo mam w głowie innych spraw.
Rozmawiałem dziś z W. o zakupie oprogramowania na laboratorium i o zasadach oceniania sprawdzianów. W tej pierwszej sprawie on jest optymistą, a ja nie mam zdania, bo nigdy czegoś takiego dotąd nie łatwiłem. W sprawie ocen wymieniliśmy się poglądami i teraz muszę pomyśleć nad jakimś rozwiązaniem, które uwzględni to na czym zależy nam obu. Chwilowo nie mam na to czasu i przestaje mnie śmieszyć dowcip o góralu, co jak nie ma czasu, to ino siedzi. Zauważyłem, że brak czasu może być czynnikiem, który sprawia, że człowiekowi nie chce się myśleć. To znaczy oczywiście, że nie chce podejmować wysiłku myślenia koncepcyjnego, wymyślania czegoś. Do tego potrzebny jest pewien komfort, także czasowy, a ja w sytuacji deficytu czasu odruchowo sprawy wymagające przemyślenia odsuwam od siebie. Czasem niestety sprawy te mają określony termin załatwienia i zdarza się, że załatwiam je bez głębszego namysłu. I często jestem przez to zły na siebie, bo wiem, że mógłbym coś zrobić dużo lepiej. Ale taka złość mi szybko przechodzi. Zapominam o sprawie i idę dalej.
Jak na notkę powstałą bez namysłu i bez tematu przewodniego, to nawet dość długa wyszła. I chyba nawet nie taka zła. A mnie zostało jeszcze ponad 75 minut do wykładu, na którym znów będę studentów usypiał. Ale za to potem przynajmniej sobie pośpiewam. A przynajmniej taką mam nadzieję. :)
czwartek, 11 października 2007
Zajrzałem sobie właśnie na stronę z najpopularniejszymi blogami i zauważyłem, że wśród pierwszej setki 7 razy powtarza się w nazwie fraza "Tokio Hotel". Kiedy po raz pierwszy spotkałem się z tą nazwą sądziłem, że to nazwa jakiegoś hotelu. Zaintrygowało mnie, co to za hotel, że się na jego temat zakłada blogi. No i wkrótce dzięki Google odkryłem, że "Tokio Hotel" to gwiazda popkultury pokolenia nastolatek. Nic dziwnego, że wcześniej się na to zjawisko nie natknąłem, bo ani wiek, ani płeć nie pozwalają mi się zaliczyć do grupy docelowej tego produktu. Na pewno nie powieszę więc sobie na ścianie plakatu z "Tokio Hotel". Ale szczerze zaskoczony rozmiarami popularności zjawiska o nazwie "Tokio Hotel" postanowiłem przeprowadzić mały eksperyment socjolologiczny w Internecie. Co więcej, właśnie bierzesz w nim udział, drogi czytelniku. W jaki sposób? Już wyjaśniam.
Ponoć wybitny fizyk amerykański Steven Hawking pisząc swoją książkę "Krótka historia czasu" dowiedział się od wydawcy, że każdy wzór matematyczny, jaki umieści w tekście, zmniejszy liczbę jego czytelników o połowę. Nie wiem, czy to prawda, ale nazwijmy to prawem Hawkinga. Ja dla odmiany zamierzam sprawdzić prawo, które roboczo nazwałem Blogowym Prawem Google'a-Romana (prawa z dwoma członami w nazwie i przymiotnikiem brzmią bardzo dostojnie, stąd taka nazwa), a sprowadza się ono do stwierdzenia, że każdorazowe umieszczenie w tekście bloga słów "Tokio Hotel" zwiększa liczbę jego czytelników o połowę.
Prawo to będę testował prawdopodobnie do końca istnienia tego bloga. O wynikach testów poinformuję za kilka miesięcy. Moich stałych czytelników proszę o wybaczenie, że bez pytania ich o zdanie wkręciłem ich w ten eksperyment. ;) Nowych zaś, jeśli jacyś tutaj zbłądzą, zachęcam do przeczytania innych moich notek. Mogę zagwarantować, że nie znajdziecie w nich ani słowa na temat "Tokio Hotel", bo takimi tematami się na łamach tego bloga nie zajmuję (z tym jednym niezbyt chwalebnym wyjątkiem). ;)

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape