O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze

Wpisy z tagiem: katastrofa w smoleńsku

czwartek, 15 kwietnia 2010

Po tym, jak rozgorzał spór o to, czy Lech Kaczyński powinien spocząć na Wawelu, w tle zaczęły się pojawiać głosy ubolewania, że Polacy znów nie potrafili na długo zachować tej jedności, jaką prezentowali w dniu tragedii i tuż po niej. Słucham tych głosów, a właściwie raczej je czytam, bo ograniczam się do lektury i coraz głośniej rozbrzmiewa w mojej głowie pytanie: w żałobie po jakiej, u licha, jedności wylewane są te krokodyle łzy?

Myślę, że także w tej kwestii daliśmy się ponieść, wbrew racjonalnym przesłankom, jakiemuś myśleniu magicznemu, a kiedy rzeczywistość nieśmiało upomniała się o swoje prawa, zderzyliśmy się z nią; niektórzy z nas boleśnie. Ale czy jest po czym płakać? Czy rzeczywiście odczuwaliśmy w tych dniach jakąś jedność? Moim zdaniem nie. Przeżywaliśmy podobne lub nawet te same uczucia, ale niekoniecznie wspólnie. Zaniechaliśmy publicznych sporów, a dzielące nas różnice chwilowo odsunęliśmy na dalszy plan. Podkreślam, odsunęliśmy na dalszy plan, a nie wyrzuciliśmy na śmietnik. Ale i tak nie wszyscy, czego najlepszym dowodem jest pewien prałat z Przemyśla.

Czy ktoś wierzył, że ten okres będzie trwał wiecznie? Że nagle unieważnimy dzielące nas różnice i staniemy się Jednością? Jeśli tak, to muszę brutalnie się z takimi nadziejami rozprawić. I zrobię to, wbrew pozorom, dla dobra Polski i polskiego społeczeństwa. Ludzie bowiem różnią się i różnić się powinni. Mamy inne cele, inne dążenia, inne aspiracje, inne doświadczenia życiowe, inną rodzinną historię, czy wreszcie inne temperamenty i potrzeby. I bardzo dobrze, że tak jest.

Jedynym społeczeństwem, w którym, w mojej ocenie, ideę jedności udało się doprowadzić prawie do jej pełni, jest społeczeństwo Korei Północnej. Mniej tej jedności jest dziś w Chinach, które z dorogi jej szukania nieco zeszły. Próba wprowadzenia jedności w Kambodży pochłonęła kilka milionów ludzkich istnień, a co najmniej kilkaset tysięcy ludzi przypłaciło życiem podobną próbę przeprowadzoną nie tak dawno w Ruandzie. W Polskiej historii najbliższej tej mitycznej jedności, paradoksalnie, byliśmy w czasach PRL-u. Czy dzisiejsi apologeci wolności nie pamiętają o takich tworach jak Front Jedności Narodu? Albo o hasłach, które w różny sposób głosiły, że kto nie jest z nami, ten jest naszym wrogiem? Jak wielu z dzisiejszych orędowników jedności chciałoby żyć w podanych wyżej przykładowych społeczeństwach?

Pisząc o jedności nie powinno się zapomnieć, że zwykle jest tak, że jej orędownicy bardzo prosto definiują warunek jej osiągnięcia. Warunkiem jest bezkrytyczne przyjęcie ich systemu wartości, ich światopoglądu, etc. A jeśli ktoś ma wątpliwości, co do ich słuszności, ten jest wrogiem jedności. Przy czym akurat z mojego punktu widzenia bycie wrogiem jedności jest jednym z przejawów zdrowego rozsądku i racjonalnego myślenia. Czy bowiem ktoś przy zdrowych zmysłach może sobie wyobrazić "jedność", która połączy mnie i mój ulubiony przykład oponenta - ojca Tadeusza Rydzyka?

Owszem, są rzeczy, które nas łączą, nie zaprzeczam. Obaj mieszkamy w Polsce, obaj mówimy językiem polskim jako ojczystym, obaj jesteśmy Polakami (przy czym ja za Polaka uważam ojca Rydzyka, ale nie mam pewności, czy on mnie także). Ponadto obaj jesteśmy mężczyznami żyjącymi w celibacie, przy czym różni nas to, że ja mogę ten stan rzeczy zmienić jeśli uznam to za stosowne, a on nie. No i ja nie chodzę w kiecce. Poza tym obaj jesteśmy członkami Kościoła Katolickiego i w obu przypadkach jest to czystej wody oportunizm, choć zupełnie czym innym motywowany. Jak widać, jest nieco podobieństw, ale poza tym dzieli nas praktycznie wszystko (pomińmy jakieś nieistotne punkty wspólne, które może jeszcze dałoby się wygrzebać). Czy naprawdę ktoś wierzy, że ja i padre Tadeusz moglibyśmy iść ręka w rękę głosząc te same prawdy i wierząc w te same wartości? No cóż, po namyślę dochodzę do wniosku, że nie da się wykluczyć, że ktoś w coś takiego wierzy, bo wiara jest zwykle irracjonalna i w niejedną bzdurę ludzie wierzą.

Wracam jednak do tematu, bo czas na podsumowanie. Rozprawiwszy się z ideą jedności muszę napisać, że i ja jednak liczyłem na jakąś zmianę w naszym wzajemnym stosunku do siebie. Nie liczyłem na żadną jedność, ale liczyłem na to, że będziemy się różnić... piękniej. Ten przysłówek sam mi się nasunął, ale trąca naiwnością, więc może inaczej. Miałem nadzieję, że będziemy się różnić łagodniej, z mniejszą zawziętością. Że wreszcie niektórzy uznają, że inaczej myślący też mają prawo do istnienia i do myślenia inaczej. Że niektórzy ludzie zrozumieją, że nie warto czekać, aż śmierć przetnie jakiś spór zabierając jedną z jego stron (lub obie) i dobrze jest znaleźć kompromis za życia.

No cóż, byłem naiwny. Nie mniej naiwny niż ci, którzy liczyli na znalezienie mitycznego Świętego Graala Jedności w szczątkach Tupolewa, który rozbił się pod Smoleńskiem.

sobota, 10 kwietnia 2010

Już się zabliźnia...

Nie wiem, jakie będą długofalowe skutki, ale obawiam się szczególnie jednego. Rozmnożenia się absurdalnych teorii spiskowych. Jeden kretyn z tytułem profesorskim, przepraszam czytelników, ale nie potrafię znaleźć innego określenia na tego człowieka, na antenie jednej z rozgłośni już taką spiskową teorię dziejów zaprezentował.

Takie teorie spiskowe będą tę zadaną naszemu społeczeństwu ranę jątrzyć i paprać. Na przekór moim obawom chcę jednak wierzyć, że jesteśmy mądrym społeczeństwem i nie damy posłuchu mącicielom, którzy teraz na pewno wypłyną, jak zwykle w takich trudnych momentach historii.

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape