O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze

Wpisy z tagiem: genealogia

wtorek, 15 marca 2011

Po przerwie, nie wiem jak długiej, dziś znów zawitałem do archiwum państwowego w moim grajdołku. Nic się prawie nie zmieniło. Ten sam archiwista, choć może ciut okrąglejszy. Ta sama pracownia, choć przybyło komputerów, a ubyła jedna maszynka do przeglądania mikrofilmów. Te same godziny urzędowania, choć mają się zmienić od 1 kwietnia. No i płacić za ksero nie można już na miejscu, ale trzeba sobie zrobić spacer na najbliższą pocztę.

Poszedłem do archiwum zmobilizowany przez J. Mieliśmy się tam wybrać razem, ale jemu dziś wypadła obrona, więc ja postanowiłem sam rozpoznać teren po przerwie. Rozpoznanie zakończyło się sukcesem. Wyniosłem z archiwum, całkiem legalnie, pięć aktów, z czego jeden ślubu i cztery urodzenia. Szedłem niemal na pewniaka wiedząc, czego szukam, bo przygotowałem się do tego w niedzielę. Niemal do drugiej w nocy siedziałem wtedy nad papierami i łaziłem po gałęziach mojego drzewa genealogicznego. Przy okazji zrobiłem porządek w różnych miejscach, gdzie przechowuję wyniki moich dociekań. Okazało się, że części wyników, które zdobył dla mnie pewien ośrodek, z którego pomocy czasem korzystam, dotąd nie skonsumowałem. A było co konsumować.

Najbardziej imponująco wygląda mój wywód przodków, bo na nim się głównie teraz skupiam, w linii ojca mojej matki. Wygląda imponująco ze względu na to, jak daleko udało się go wyprowadzić wstecz. Najstarszy mój ustalony z imienia i nazwiska przodek urodził się gdzieś w okolicach 1456 roku. Ale nie będę się dalej chwalił, bo nie wypada. Napiszę tylko, że byłoby czym. Ale żadna w tym moja zasługa.

Ze strony ojca mojego ojca wywód wygląda mniej okazale, bo też i źródła mi się w pewnym momencie skończyły. A może nie tyle źródła, co trop mi się urwał. Pojawiły się jakieś nieścisłości w papierach, a poza tym wygląda na to, że moi przodkowie po mieczu przywędrowali na Mazowsze z Kujaw, a może nawet z Kaliskiego. Ten trop muszę sprawdzić, bo gdyby się potwierdził, mogłoby się okazać, że jestem potomkiem całkiem znamienitych przodków. Ale jeśli się nie potwierdzi, to się nie zmartwię.

Zaniedbane mam za to linie macierzyste zarówno u ojca jak i u matki. U matki w pewnym momencie doszedłem do osób, których metryk szukać muszę poza moim grajdołkiem, bo w tutejszym archiwum ich nie ma. A u ojca dotąd nie zajmowałem się tą linią zajęty przodkami po mieczu. Teraz, kiedy tam się przyblokowało, zajmę się szukaniem przodków po kądzieli.

Musiałem sobie przypomnieć rosyjskie bukwy, bo akurat z tego okresu, który dziś przeglądałem, akta sporządzone są po rosyjsku. I pół biedy, kiedy pleban spisywał je czytelnie i ortograficznie, ale są i takie, gdzie trzeba się nieźle nagłówkować, co autor miał na myśli. Wielu rzeczy raczej się domyślałem niż odczytywałem. Ale taki jest urok grzebania w starych metrykach. Za tydzień być może znów się wybiorę. Jeśli nic nie stanie na przeszkodzie.

czwartek, 28 października 2010

Pisałem niedawno, że udało mi się zachęcić M. do wykonania kilku ruchów w ramach poszukiwania swoich korzeni. W międzyczasie M. udało się znaleźć kolejne informacje o swoich przodkach, którymi się ze mną podzielił (informacjami, nie przodkami) mailowo. I co się okazało? Jest spore prawdopodobieństwo, że jesteśmy spowinowaceni. Nie mam co do tego pewności, bo jest tylko poszlaka.

Ta poszlaka to to samo nazwisko matki ojczystej M. i męża mojej ciotki - kuzynki mojej matki. Niestety, ten fragment mojej rodziny jest zbyt dobrze przeze mnie poznany, bo jest to linia boczna w stosunku do tej, którą się zajmuję i nie eksplorowałem jej. Nie miałem nawet takich planów. Ale może tym odgałęzieniem zajmę się bliżej w wolnym czasie. A na razie, żeby długo i zawile nie tłumaczyć, w którym miejscu jest to potencjalne powinowactwo, zamieszczam uproszczony schemat.

Schemat potencjalnego powinowactwa

czwartek, 30 września 2010

Wczoraj wybrałem się z wizytą do M. Dość długo się nie widzieliśmy, więc tym chętniej się wybrałem. Ponieważ pogoda była marna i siedzenie na tarasie z piwkiem nie wchodziło w rachubę, zaproponowałem M., żeby podjął wreszcie dość długo obiecywane poszukiwania swoich przodków. Udało mi się go do tego przekonać i po chwili wziął kartkę i wypisał wszystko, co wie o swoich rodzicach i dziadkach (w sensie dat i miejsc urodzin oraz zgonów).

Po tej "kwerendzie" zdecydowaliśmy, że jedziemy najpierw na cmentarz w B., żeby sprawdzić, w jakich latach zmarli dziadkowie M. ze strony matki. Następnie udaliśmy się miejscowego urzedu stanu cywilnego, gdzie M. wziął akty zgonów swoich dziadków. Po narazie ustaliliśmy, że kolejny krok, to wyjazd do Raciąża, gdzie w USC spodziewaliśmy się znaleźć akt zgonu dziadka ze strony ojca. Podjechaliśmy tam i rzeczywiście akt taki udało się nam uzyskać.

Bogatsi o te znaleziska uznaliśmy, że warto by coś przekąsić i znaleźliśmy w Raciążu pizzerię, w której zjedliśmy drugie śniadanie albo lunch (jak kto woli). Trzeba było podjąć decyzję, co dalej. Zdecydowaliśmy, że pojedziemy do proboszcza parafii, w której zmarł dziadek M., żeby odpytać go na okoliczność pochówku. Jak zdecydowaliśmy, tak zrobiliśmy. Mieliśmy jednak pecha, bo ksiądz gdzieś wybył, a na nasze uporczywe dzwonienie nikt nie odpowiadał.

Zastanowiliśmy się, co może zrobić jeszcze, i M. zaproponował, żebyśmy pojechali do Uniecka. Tam bowiem urodził się ojciec M., więc może u księdza dałoby się uzyskać akt jego urodzenia. Pojechaliśmy więc do Uniecka zahaczając znów o Raciąż. Podjechaliśmy pod, jak myśleliśmy, plebanię, ale okazało się, że w międzyczasie została wybudowana nowa, gdzie nas skierowano. Tutaj znów odbiliśmy się od drzwi, ale przynajmniej przy wejściu były telefony. Zadzowiniliśmy więc do proboszcza i wyszła z tego bardzo zabawna sytuacja.

Najpierw odebrała telefon gosposia i powiedziała, że ksiądz jest w Płocku na kursach proboszczowskich. M. próbował dowiedzieć się, kiedy będzie na plebanii, ale ta rozmowa się urwała. Poprosił więc, żebym mu ponownie wybrał numer (nie chciał wyciągać okularów), co też zrobiłem. Tym razem odezwał się męski głos, więc M. zaskoczony pomyślał, że ja źle wybrałem numer, i że połączył się ze swoim znajomym imieniem Janusz.

Po chwili konsternacji zaczął rozmowę od "Cześć Janusz. Nie obudziłem Cię". Rozmówca nie zdziwił się, że się do niego tak zwracają i podjął rozmowę. Rozmowa ta trwała jeszcze ze dwie kwestie, ale M., o czym powiedział mi później, coraz bardziej dziwił się, że głos jego znajomego jest zupełnie inny niż być powinien. Chwilę później wyjaśniło się, że jednak dobrze się dodzwonił i rozmawia tym razem z proboszczem.

Proboszcz był, jak się okazało, w szpitalu. I nie wiedzieć dlaczego uznał, że M. też jest księdzem (może przez tę poufałość z początku rozmowy). M. próbował to sprostować, ale rozmowę znów przerwało. Połączyliśmy się więc po raz trzeci z proboszczem, a ja już krztusiłem się ze śmiechu na myśl, że M. został wzięty za duchownego. Ostatecznie udało się sprawo dogadać, że jak ksiądz wróci na plebanię, to przejrzy akty urodzeń i jeśli znajdzie ten, o który nam chodzi, to da znać.

Tę rozmowę z proboszczem wspominaliśmy jeszcze kilka razy do końca dnia. Zażartowałem, że teraz wysyłając do M. kartki z wakacji będę go tytułowa per "Wielebny". Będzie jeszcze zabawniej niż ostatnio, kiedy nie znając dokładnego adresu napisałem po prostu "naprzeciwko plebanii" i kartka doszła. :)

Cieszę się, że M. podjął te poszukiwania genealogiczne. On sam stwierdził, że gdybym go nie zainspirował, to pewnie jeszcze by się tym nie zajął. Ale teraz, jak już zaczął, to na pewno będzie kontynuował. Jak nie w tym roku, to w przyszłym.

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape