O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze

Wpisy z tagiem: bieganie

niedziela, 07 czerwca 2015

Koniec długiego weekendu nadeszedł, więc trzeba było jakoś to uczcić. I wziąć się wreszcie za siebie. Noga nie może być wieczną wymówką do odkładania na święte nigdy konieczności wzięcia się za swoją sylwetkę i kondycję. Tak też myśląc dałem się namówić W. na wspólny wypad do Z. w celu przebiegnięcia się po lesie.

Tak po prawdzie, to tego lasu w Z. jest tyle, że się go akurat pętelką biegową niemal w całości obiega. A pętelka ta ma jakieś 4,8 km. W. zaplanował sobie przebiegnąć tę pętelkę dwa razy, a ja zakładałem, że część przebiegnę, a część przejdę, bo był to chyba mój pierwszy poważniejszy bieg od czasu wypadku. Może wcześniej coś tam potruchtałem, ale chyba najwyżej do autobusu albo na bieżni przez kilka minut.

Jednym ciągiem udało mi się zrobić ok. 1,5 km, co można ocenić różnie. W porównaniu z moim życiowym rekordem dystansu - 13,6 km, to bardzo mało. Jednak biorąc pod uwagę moją obecną kondycję i fakt, że co najmniej taki dystans ostatnio pewnie przebiegłem w wakacje 2013 roku, to jest nieźle. Resztę trasy pokonałem techniką mieszaną. Jak mi się oddech uspokajał, to biegłem, jak się za mocno przeforsowałem biegiem, to maszerowałem.

I tak zrobiłem jedną pętlę postanawiając sobie, że moim najbliższym celem będzie przebiegnięcie całości za jednym razem. Ponieważ jednak realizacja tego postanowienia może mi zająć trochę czasu, więc uznałem, że warto sobie postawić jakiś cel pośredni. Ponieważ nie wiedziałem, ile czasu zajęło mi pokonanie tych 4,8 km, więc trochę na wyczucie próbowałem sobie ustalić, ile minut mam na tym dystansie złamać jeszcze zanim go w całości przebiegnę. Ustaliłem sobie, że będzie to 45 minut.

Ponieważ W. jeszcze nie było na "mecie", kiedy ja tam dotarłem, więc zrobiłem sobie jeszcze 2-kilometrowy spacer: po 1 kilometrze w przed siebie i z powrotem. Kiedy W. wrócił, zapytałem go, czy może sprawdzić, o której w przybliżeniu zaczęliśmy biec. Kiedy podał mi godzinę, okazało się, że pokonałem ten dystans w 40 minut! Czyli wyszła mi średnia prędkość biegu i marszu równa 7,2 km/h.

Trudno mi w to uwierzyć. Ale faktem jest, że momentami dość szybko prułem do przodu. No i niestety, trochę to teraz czuję, bo chyba nadwyrężyłem stopę. Dopóki siedzę, nic mnie nie boli, ale kiedy zaczynam chodzić, to po pewnym czasie bok stopy i okolice kostki zaczynają mi dokuczać. Jak siadam i ją odciążam, to od razu przestaje. Widocznie jakieś ścięgna lub mięśnie tam sobie naciągnąłem. Trudno. Posmaruje się czymś od bólu i przejdzie.

Ale w związku z powyższym muszę zrewidować swój pośredni cel. Nie będzie łatwo, ale chyba muszę ten dystans pokonać w około 35 minut. Nie wiem tylko, czy przy takim czasie nie okaże się, że trzeba będzie cały czas biec? Na razie więc chyba postawię sobie inny cel: przebiec bez przerwy dłuższy dystans niż obecnie. :)

sobota, 08 maja 2010

Pisząc tytuł tej notki miałem poczucie déjà vu. Może dlatego, że ta piosenka, z której go wziąłem, często rozbrzmiewa w mojej głowie. A może pisałem coś już pod takim tytułem? Nie wiem i nie będę dociekał.

Dziś moje rozmyślania w drodze do pracy (może powinienem wydać książkę o takim tytule?) popłynęły w kierunku tego, co kiedyś miałem lub co robiłem, a czego dziś nie mam lub nie robię i rozważań, czy mi tego brakuje i czy nie powinienem się znowu za coś zabrać albo coś zdobyć.

O tym, czego mi brakuje najbardziej, nie napiszę. Piszę o tym chyba i tak za często (a może nie piszę, tylko myślę, a że piszę, tylko mi się wydaje?). I w tej materii, przynajmniej na poziomie racjonalnym, mam jasność: brak mi tego, ale nie chce tego. Kiedy racjonalna część mnie robi rachunek sumienia, zawsze wynik jest ten sam: dobrze się stało, jak się stało, a gdyby się stało tak, jak się chciało, to byłoby źle. Ukułem nawet na okoliczność opisu tej sytuacji małą parabolę, więc chociaż miałem o tym nie pisać, to jednak napiszę. Ale w formie krótkiej przypowieści.

Otóż kiedyś zamarzyło mi się raz mieć skrzypce (jeśli ktoś w tym momencie jeszcze nie jest tego świadom, to to, co teraz piszę, jest fikcją literacką). Zobaczyłem je na wystawie i z początku mijałem je bez zainteresowania, ale w końcu coś sprawiło, że przykuły moją uwagę i zapragnąłem je mieć. Na skrzypcach grać nie umiałem, ale uznałem, że jak już je będę miał, to na pewno się nauczę, w końcu wszystko jest dla ludzi.

Skrzypce były drogie, nie stać mnie było na zakup, więc umówiłem się ze sprzedawcą, że będę za nie płacił po trochu, a w zamian za to będę mógł je dotykać, oglądać, brać do domu. Sprzedawca zgodził się, ale zastrzegł, że jeśli pojawi się ktoś z gotówką zainteresowany zakupem, to on je sprzeda, a wpłacone przeze mnie pieniądze przepadną. Zgodziłem się na ten niezbyt uczciwy układ, bo skrzypce zawładnęły mą wyobraźnią do tego stopnia, że przestałem racjonalnie oceniać sytuację. I tak uważałem, że na pewno będą kiedyś moje.

Pewnego dnia życie spłatało mi brzydkiego figla. Okazało się, że znalazł się kupiec na moje skrzypce. Mocno to przeżyłem i długo nie mogłem się z tym pogodzić. W końcu czas złagodził ból a do głosu doszedł rozum, który wskazał, że stało się bardzo dobrze. Gdybym jednak dopiął swego, to dokonałbym zakupu, który nie miałby sensu, czego wtedy nie widziałem tak ostro, jak teraz.

Gdybym stał się właścicielem tych skrzypiec, to i tak nie nauczyłbym się na nich grać, a co najwyżej wydobywałbym z nich jakieś rzępolenia, aż w końcu znudziłyby mi się i pewnie bym się ich pozbył. Wcześniej jednak wydałbym na ich zakup majątek. Poza tym wtedy, gdy chciałem je mieć, wydawało mi się, że to jakiś Stradivarius, a dziś widzę, że było to coś niewiele lepszego niż jaśkowe gęśle.

Tyle mówi rozum, ale nierozumna część mnie nie może przeboleć straty. Ta nieracjonalna część przyjmuje argumenty rozumu, uznaje je za sensowne, a mimo to nie może tego przeboleć. Żeby tak można było się w życiu słuchać tylko rozumu, życie byłoby prostsze, choć uboższe. Próbowałem sobie jakoś powetować tamtą stratę, ale nic z tego, bo gdzie się rozejrzę, dookoła tylko cymbałki albo jakieś kołatki, tamburyna, marakasy. Cymbałki to wdzięczny instrument, łatwo się na nim nauczyć grać, ale jednak to... tylko cymbałki. Ja potrzebuję czegoś nieco bardziej wyrafinowanego. Może jakaś gitara (niekoniecznie basowa).

Wracając jednak do tego, o czym pisać, miałem, bo powyższe akapity poświęciłem temu, o czym pisać nie zamierzałem, to w poszukiwaniu czegoś, co kiedyś sprawiało mi frajdę, a czego nie dziś już nie robię, choć teoretycznie mógłbym, znalazłem najpierw dwie rzeczy, a potem jeszcze trzecią.

Na przykład pasjonowałem się kiedyś rozgrywkami lokalnej drużyny piłki nożnej (przez krótki czas także ręcznej). Chodziłem na mecze, kibicowałem, nosiłem szalik, choć fanatycznym kibicem nigdy nie byłem. Jednak wypełniało mi to miło czas raz na dwa tygodnie (na mecze wyjazdowe nie jeździłem). Moja fascynacja początkowo była nawet tak intensywna, że założyłem pierwszą stronę internetowa (nieoficjalną) klubu. Była to na dodatek pierwsza strona internetowa stworzona przeze mnie w ogóle w życiu (i jedna z niewielu w ogóle). Jeśli ktoś nie wierzy, to zapraszam tutaj. Na stronie, o ile będzie jeszcze działała, jest link do strony Petrochemii, w której adresie można rozpoznać moje imię i część nazwiska. Link do strony żyje dużo dłużej niż sama strona, która z tego adresu wyemigrowała najpierw do KKI, a potem jeszcze dalej, a ponadto miała jeszcze po drodze kilka mutacji. W końcu znikła z Sieci. Najpierw znikła strona, a potem moja pasja do kibicowania. I choć naprawdę była to dla mnie spora frajda, to chyba do tego nie wrócę.

Inna aktywność, to bieganie. Oddawałem się jej kilka sezonów i to zarówno z korzyścią dla zdrowia, jak i dla przyjemności. I to się też nagle urwało. Urwało i nie chce się na powrót zawiązać. Nawet nie potrafię sobie uświadomić, jak to było, że kiedyś chciało mi się wstawać przed 6:00 rano i zasuwać na bieżnię, na której spędzałem nieraz nawet prawie godzinę. Albo jaka siła skłaniała mnie, żeby o 21:00 wieczorem ubierać dres, biec kawał drogi nad Wisłę, przez most, i znowu zasuwać w tę i z powrotem do betonowych płytach. Nie wiem, co mnie wtedy napędzało i czego mi dziś brakuję. Może to wróci? Próbuje do biegania wrócić od jakiegoś czasu, ale zawsze górę biorą jakieś wymówki. I łatwo im ulegam. I nie wiem, co z moim planem, żeby choć raz w życiu przebiec maraton. Może pójdzie na śmietnik niezrealizowanych zamierzeń? Szkoda by było. Myślę, że wystarczyłby mi raz. Chyba nie byłoby to dla mnie wystarczająco pasjonujące przeżycie, żebym chciał je powtórzyć. Raz bym odfajkował dla zasady, zamknął ten rozdział i poszukał kolejnego wyzwania. Ale widzę, że ta wizja na razie się oddala w bliżej nieokreśloną przyszłość.

Trzecia rzecz, która mi przyszła do głowy, to klejenie modeli kartonowych. To było coś, co sprawiało mi wielką frajdę swego czasu. Zaraziłem się tym od mojego brata, którego jako młodszy często "małpowałem". Ale to było coś, do czego sam poczułem wielki zapał. Co prawda nigdy nie udało mi się osiągnąć poziomu mistrzostwa mojego brata (dla mnie był to w modelarstwie kartonowym ideał niedościgniony), ale osiągnąłem poziom, który mnie, chorobliwego perfekcjonistę, umiarkowanie zadowalał i pozwalał się cieszyć owocami mojego hobby. To się też nagle urwało. Nie wiem, dlaczego. I czasem myślę, czy dziś, gdybym do tego wrócił, sprawiałoby mi to taką frajdę, jak kiedyś? Nie wiem. Boję się spróbować. Odkładam to ad Kalendas Graecas. Ale dziś na przykład wyobraziłem sobie, że kleję jakiś okręt (okręty lubiłem najbardziej, zresztą chciałem mieć jakąś inną specjalizację niż brat, który kleił głównie samoloty) i ta myśl mnie bardzo pozytywnie nastawiła. Może więc warto do tego wrócić?

Pisząc to wszystko chyba znalazłem odpowiedź na moje pytanie. Brakuje mi w życiu pasji. Czegoś, czemu mógłbym bez reszty oddawać się w wolnych chwilach. Do czego bym tęsknił, co by mnie zajmowało, sprawiało przyjemność, przynosiło ulgę, odrywało od codzienności. Robię pewne rzeczy, które nadawałyby się na taką pasję, ale z niewiadomego powodu, żadna z tych aktywności mnie nie porywa. Żadna nie przerodziła się w pasję, choć usilnie próbuję je tak traktować. Ale tutaj nie da się nic zadekretować. To jak z miłością. Albo przychodzi sama, albo wcale. Nic na siłę. I nie wiem, czy to ja już tak się emocjonalnie wystudziłem, że nie jestem zdolny niczym się pasjonować? Czy też może problem tkwi w tym, że nie mam z kim swoich pasji dzielić? A może powód jest jeszcze jakiś inny? Nie wiem i nie wiem też, czy uda mi się na to pytanie znaleźć odpowiedź. Może ktoś mnie naprowadzi. Ale nie próbujcie tego w komentarzach. To nie jest takie proste, jak się może wydawać. Chyba, że ktoś mnie tak dobrze zna, że wie, co mi w duszy gra albo stuka. Ale wtedy niech się tym podzieli ze mną w bezpośredniej rozmowie. :)

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape