O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze

Wpisy z tagiem: bóg_

niedziela, 10 lutego 2013

Einsteinowi przypisuje się słowa o tym, że bóg nie gra w kości. Jeśli w kości nie, to może w szachy? Dlaczego akurat w szachy, to wyjaśnię później, na razie kilka słów na temat genezy tej notki.

Zajmowałem się akurat moim ulubioną pasją, a ponieważ sprzyja ona zarówno skupieniu jak i rozmyślaniom, więc moje myśli podążyły do komentarzy, jakie pojawiły się pod moją notką o wpływie judaistycznej moralności na obraz współczesnego świata. Większości z nich nie przeczytałem, bo obawiałem się, że nie będę się potrafił powstrzymać od podjęcia polemiki z autorami, którzy być może tutaj więcej się nie pojawią. I nie chodzi o to, że coś złego jest w dyskusji, ale o to, że zajmuje ona czas, a nie często nic nie zmienia dostarczając jedynie satysfakcji lub rodząc frustrację (to drugie w moim przypadku z czasem już znacznie rzadziej).

Pod tamtą notką, zanim stała się popularna dzięki podlinkowaniu na stronie głównej Gazeta.pl, podjąłem jednak dyskusję, w której ostatnie słowo pozostawiłem mojemu adwersarzowi, bo zalew nowych komentarzy utrudnił mi zwrócenie się do niego i późniejsze odnalezienie odpowiedzi. Ale zapamiętałem, że w swojej utrzymanej w drwiącym tonie wypowiedzi odnosił się m.in. do przykazania "nie kradnij". I to właśnie zainspirowało mnie, żeby po raz kolejny wziąć temat na warsztat i wykazać bezspornie ludzkie autorstwo pewnych nakazów. Nakazów, których ja zresztą nie neguję. A przynajmniej nie wszystkie i nie w czambuł. Natomiast nie mogę się zgodzić na to, że są one wyłączone spod dyskusji pieczęcią boskiego autorstwa.

Przygotowując się do napisania tej notki przeczytałem jeszcze raz komentarz, do którego się odniosę i znalazłem tam wzmiankę o pedofilii. Jak rozumiem, to było odniesienie do zwyczajów starożytnego Rzymu i Grecji, o których wspominałem. Niestety, strzał jest mocno chybiony. Mógłbym o tym pewnie napisać oddzielną notkę, ale wspomnę tylko kilka aspektów.

Po pierwsze ja nie wiem, ale może mnie mój oponent oświeci, gdzie w Biblii jest coś napisane na temat pedofilii? I o tym, że z punktu widzenia religijnego to jest zło. Ja się bynajmniej nie zamierzam wcielać w rolę obrońcy pedofilów, ale po przemyśleniu sprawy doszedłem do wniosku, że pogląd iż pedofilia jest złem w ogóle nie ma religijnego uzasadnienia. I bardzo dobrze, bo religijne uzasadnienia mają te słabość, że dla wyznawców innych religii są bezwartościowe.

Co więcej, i to będzie po drugie, w dawniejszych, ale jeszcze nie tak dawnych czasach, młode kobiety wychodziły za mąż w wieku lat kilkunastu. I działo się to z pełną aprobatą religijnych czynników. Dzisiejszy negatywny stosunek społeczeństwa do pedofilii nie wynika z religii, ale z rozwoju nauki, a konkretniej psychologii. Dowodzi tego choćby wspomniana wyżej tolerancja dla takich praktyk w czasach nie tak odległych (ale - w dużym uproszczeniu - "przednaukowych"). Utożsamienie tych praktyk ze złem w rozumieniu religijnym jest wtórne i nie ma w mojej ocenie podstaw (co nie oznacza, że jest niesłuszne).

Czy mojego oponenta zawodzi pamięć, czy może wiedza zbyt powierzchowna, że nie wie o nagminnych wręcz takich sytuacjach, często praktykowanych zwłaszcza w elitach do szpiku kości katolickiego społeczeństwa okresu średniowiecza? Czy pojmowanie za małżonkę dziewczynki w wieku lat np. trzynastu nie jest ze współczesnego punktu widzenia promowaniem pedofilii? I gdzie był wtedy kościół ze swoją religią, która rzekomo pedofilię potępia?

A może to jednak nie o pedofilię chodzi, ale o sodomię? Temu katolicyzm, za judaizmem, jest zdecydowanie przeciwny. Pewnie dlatego, że są to praktyki "jałowe" i przynoszące obu stronom wyłącznie przyjemność, a przecież wiadomo, że bóg żydów i chrześcijan kazał im się rozmnażać i odgrażał im się, że życie swe pędzić będą w pocie czoła i bólu. :) W umysłach jednak (zbyt) wielu indoktrynowanych religijnie ludzi rodzi się następująca relacja równoważności "homoseksualizm=pedofilia"? Może dlatego, że bez tej równości trudno byłoby osobom homoseksualnym odmówić pewnych praw w sposób uzasadniony inaczej niż na podstawie religijnych przesądów.

Po trzecie warto ustalić jak rozumiemy samą pedofilię. Sytuacja nie jest tak prosta, jak się wydaje, bo seksuolodzy rozróżniają obecnie: pedofilię, hebefilię i efebofilię. Czy wszystkie te przypadki wrzucamy do jednego worka? Chyba nie, bo na przykład ta ostatnia nie jest obecnie przez specjalistów uważana za zaburzenie (czy też "dewiację", bo to słowo pewnie woli mój oponent). To, co miało miejsce w starożytności w krajach, o których wspomniałem, to było coś na pograniczu obecnie definiowanej hebefilii i efebofilii. Ale rozumiem, że to rozróżnienie może być nie w smak komuś, kto uważa tamte praktyki za absolutne zło.

Wreszcie po czwarte szkodliwość jakiegoś zjawiska czy jakichś praktyk należy oceniać przez pryzmat jego skutków zarówno dla jednostek jak i dla społeczności. I tutaj zastanawia mnie jedna rzecz, choć nie będę się nad nią rozwodził zbyt długo, bo nie czuję się kompetentny. Jak to jest, że społeczeństwo, w którym pedofilia (rzekomo) była tak powszechna i panowało na nią przyzwolenie, w ciągu jednego czy dwóch pokoleń nie pogrążyło się w chaosie, nie uległo degeneracji? Ktoś może mi będzie próbował udowodnić, że tak się właśnie stało, więc od razu uprzedzę, że ten upadek zajął zbyt wiele czasu, by można go było przypisać właśnie takim praktykom.

A przecież tak powszechna pedofilia powinna nieustannie produkować ogromne rzesze jednostek o spaczonej psychice, jednostek obsesyjnie skupionych na swoich traumatycznych doświadczeniach i przez niezdolnych do właściwego funkcjonowania w społeczeństwie. To przy tej skali zjawiska powinno właściwie rozłożyć takie społeczeństwo w ciągu półwiecza. Nic o tym nie wiem, żeby tak się stało. Gdzie tkwi klucz do tej zagadki?

Może w społecznym podejściu do zjawiska? To jest tylko poszlaka, przy której upierał się nie będę, ale myślę, że za dużą część psychicznej traumy, jaką noszą w sobie obecne ofiary pedofilii, odpowiada poczucie winy i poczucie bycia kimś gorszym. To zaś jest w mojej ocenie skutkiem społecznego nastawienia do samego zjawiska. Od razu jednak podkreślę, że nie zamierzam pedofilii ani bronić, ani próbować udowadniać, że to coś dobrego lub choćby neutralnego. Chociaż myślę, że i tak moja wypowiedź zostanie w ten sposób wypaczona, bo tak będzie mnie łatwo zdyskredytować bez odnoszenia się do meritum sprawy. Ja uważam jednak, że istnieje sprzężenie zwrotne między stosunkiem społeczeństwa do zjawiska pedofilii, a traumą, jaką przeżywają jej ofiary w swoim późniejszym życiu. To zaś nastawienie dyktowane jest przez instytucje religijne (nie wiem, na jakiej dokładnie podstawie), które same zresztą od tej plagi wolne nie są. I niekoniecznie chcą się od niej uwolnić. Warto mieć tego wszystkiego świadomość.

A teraz przejdę do tematu, któremu miałem przede wszystkim tę notkę poświęcić, czyli do przykazania "nie kradnij", które według mojego oponenta między innymi potępiam podobnie jak całość moralności judaistycznej.

Muszę zacząć od wyjaśnienia, choć nie wiem, czy trafi ono tam, gdzie je kieruję, że nie sformułowałem nigdzie postulatu, żeby, upraszczając, Dekalog wyrzucić do kosza. Mój postulat jest inny, a sprowadza się do tego, żeby przestać uznawać, że etyczne zasady judaizmu przejęte przez chrześcijaństwo mają boski rodowód i jako takie nie mogą podlegać krytycznej ocenie i że muszą jako całość stanowić fundament wartości i zasad społecznych obowiązujących wszystkich. Przytoczone przez mojego oponenta przykazanie jest jednym z lepszych przykładów, dzięki którym można się z boskością Dekalogu rozprawić.

Pierwsze pytanie, jakie się nasuwa, jest takie: komu służy to przykazanie? Odpowiedź jest prosta: posiadaczom. Czy takie przykazanie ma jakieś pozytywne skutki dla każdego człowieka? Nie, niesie ono takie skutki tylko tym, którzy mają coś, czego można ich pozbawić. Biedak, którego nie ma z czego okraść, beneficjentem tego przykazania nie jest. Dlaczego więc bóg miałby tworzyć przykazanie, które służy tylko określonej grupie jego wyznawców? No ale to nie jest mój koronny argument, a jedynie wstęp.

Kolejne pytania są następujące: czy i kiedy bóg stworzył prawo własności? czy prawo własności jest prawem naturalnym czy dorobkiem cywilizacji? czy zwierzęta uznają prawo własności i podlegają mu? czy prawo własności chronione przykazaniem "nie kradnij" obejmuje również posiadanie jednego człowieka przez innego człowieka, co było przez wiele wieków praktykowane także przez chrześcijańskie do szpiku kości społeczeństwa? czy społeczności, (nieliczne, ale istniejące), które nie uznają prawa własności są stworzone przez boga? a jeśli tak, to dlaczego nie zaszczepił on im tego prawa? czy tzw. komuny, gdzie prawo własności miało z definicji nie obowiązywać, są sprzeczne z boską wizją świata? dlaczego w chrześcijaństwie otacza się tak wielką czcią pustelników, którzy nie mając nic lub prawie nic negowali "boskie" (?) prawo własności? dlaczego skoro Chrystus każe cały swój dobytek rozdać i twierdzi, że bogaty nie ma szans na zbawienie, prawo własności służące gromadzeniu dóbr miałoby być pod boską ochroną?

To są pytania do przemyślenia dla osób, które nie obawiają się skutków swoich przemyśleń dla swojego światopoglądu. Moim zdaniem odpowiedzi na nie dowiodą, że przykazanie "nie kradnij" jest ludzkiego autorstwa, bo ludzkim, cywilizacyjnym dorobkiem jest prawo własności, które przykazanie to chroni. Gdyby założyć, że to jakiś bóg postanowił nam takie zasady zarzucić, byłoby to założenie w mojej ocenie równie sensowne jak to, że to bóg zesłał nam zasady gry w szachy. Stąd moje tytułowe pytanie, na które każdy sam sobie musi odpowiedzieć: czy bóg, jeśli ktoś w niego wierzy, naprawdę gra w szachy? :)

Tagi: bóg_ roman j
11:15, roman_j
Link Komentarze (4) »
piątek, 11 czerwca 2010

Budzę się ostatnio rankiem z silną potrzebą pogadania z kimś na temat tego, co mnie gnębi. I jak na złość dwóch osobników, z którymi takie rozmowy zwykle odbywam (ale nie z oboma na raz), akurat wybrało się na dwutygodniowe urlopy. Jest co prawda jeszcze trzeci. A może raczej był? Sam już nie wiem, bo od dłuższego czasu mogę na ten temat tylko snuć domysły. Bardzo dawno nie rozmawialiśmy (do tej kategorii rozmów nie zaliczam zdawkowych wymian uprzejmości na komunikatorze) i nie wiem, czy mamy jeszcze o czym.

Próbowałem się "wygadać" w odręcznym dzienniku, nawet zacząłem, ale w pewnym momencie ręka odmówiła posłuszeństwa. Zrobiło mi się gorąco i zacząłem bazgrać tak, że sam nie wiem, czy się kiedyś rozczytam, o ile wrócę kiedyś do tamtej notki. Ja, który zwykle słyszałem komplementy (myślę, że na wyrost), że ładnie piszę biorąc pod uwagę to, jak szybko piszę. Wstyd teraz mi było patrzeć na te bazgroły, które wychodziły spod mojej drżącej ręki, więc czym prędzej skończyłem. Chyba łatwiej byłoby to powiedzieć niż napisać.

A ponieważ jest późno, więc nie będę dalej snuł moich rozważań. Zacytuję za to znowu Kurta Vonneguta (jak się to komuś znudziło, to może tutaj zakończyć czytanie). Wiem, że jestem monotematyczny, jak ten Jasio, co mu się wszystko z d... kojarzyło, ale znowu będzie o religii.

Dzisiejsza okazja skłania mnie do sfomułowania w paru słowach ideału, który ukazali mi moi rodzice, Twain i reszta i który teraz ja przekazuję. Oto ów ideał, osiągnięty przez nielicznych: "Żyj tak, byś mógł powiedzieć Bogu w dniu Sądu Ostatecznego: Byłem bardzo dobrym człowiekiem choć w Ciebie nie wierzyłem". (...) My, sceptycy religijni, chcielibyśmy paradować po niebie mówiąc innym, którzy większość czasu drżeli z lęku w kościołach: "Nigdy nie martwiłem się, czy zadowalam, czy gniewam Boga - nigdy nie uwzględniałem go w swoich rachubach".

 

wtorek, 01 czerwca 2010

Są takie dni, kiedy wydaje mi się, że przy życiu utrzymują mnie tylko dwie rzeczy: ciekawość i sceptycyzm. Ciekawość sprawia, że chcę zobaczyć, jak świat będzie wyglądał za tydzień, za miesiąc, za rok. Sceptycyzm zaś sprawia, że nie daję wiary tym, którzy głoszą teorie, że mogę tę ciekawość zaspokajać zakończywszy to życie, zwane przez nich doczesnym, i kontynuując je przyjąwszy formę dużo bardziej ulotną (czy też korzystając jedynie z niematerialnej części mojego obecnej postaci).

Niektórzy twierdzą, że wiara jest tym, co pozwala im się zmagać z codziennymi trudami życia. Natomiast dla mnie wiara byłaby doskonałym powodem, żeby zakończyć te zmagania przed czasem. I myślę, że nie tylko ja tak mam, z czego doskonale zdawali sobie sprawę twórcy tej oferty życia po życiu, której ja nie przyjmuje. Dlatego właśnie tak bardzo obrzydzili i obrzydzają oni ludziom opcję, w której to człowiek sam decyduje, kiedy zejść ze sceny tego życia. Ludzie, którzy wybierają taką opcję, są potępiani, wykluczani, odsądzani od czci i wiary. Tymczasem ja uważam, że każde samobójstwo jest w rzeczywistości aktem wiary. I to podwójnym.

Po pierwsze wiary w to, że istnieje jakieś życie po życiu, czyli też w to, że istnieje ktoś, kto tym interesem na tamtym i na tym świecie zarządza, bo są to wierzenia nierozerwalnie ze sobą związane. Targanie się na własne życie bez takiej wiary byłoby aktem najwyższej odwagi, a odwaga to ostania rzecz, o jaką podejrzewałbym samobójców (choć nie wykluczam wyjątków). Po drugie jest to wiara w miłosierdzie boga. W to, że ten byt, który przecież nam tutaj na ziemi jest przedstawiany jako nieskończenie miłosierny, rzeczywiście taki jest. Że nie będzie tak bezwzględny wobec człowieka, jak bezwzględni są jego ziemscy reprezentanci. To wiara w to, że bóg nie jest tak małostkowy, jak go malują i nie obrazi się na człowieka tylko dlatego, że ten postanowił przerwać zabawę zanim on ją zakończył jako jej inicjator i sponsor.

Wniosek jaki płynie z powyższego, jest taki, że samobójcy powinni automatycznie otrzymywać status świętych Kościoła Katolickiego. Zresztą co najmniej jeden taki jest czczony jako święty, ale nie będę tego tematu rozwijał (przez delikatność wyciąłem z tej notki napisane już dalsze rozważania na ten temat).

Mam zatem chyba dobrą nowinę dla tych, których na tym ziemskim padole trzyma tylko strach przed wiecznym potępieniem (o ile tacy czytają ten blog). Wszystko wskazuje na to, że ten strach jest nieuzasadniony. Nie zachęcam bynajmniej tym samym kogokolwiek do skończenia ze sobą, ale jeśli kogoś przy życiu utrzymuje tylko ten strach, to albo powinien znaleźć sobie inny powód, albo dokonać tego ostatecznego aktu wiary. Przy czym żadnej z tych opcji nie wyróżniam.

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape