O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze

Wpisy z tagiem: modlitwa

sobota, 16 czerwca 2012

Pod koniec poprzedniej notki postawiłem tezę, że modlitwa może szkodzić. Na psychikę. W tej notce wyjaśnię, dlaczego tak uważam.

Myśl ta przyszła mi do głowy już wcześniej, ale dopiero wczoraj dojrzałem do tego, żeby sformułować ją w formie notki w blogu. Siedziałem sobie przy komputerze, czekałem aż obiad, który sobie szykowałem, dogotuje się i łowiłem jednym uchem treści płynące z włączonego w kuchni radia. Akurat było to Radio Maryja, bo wbrew poglądom niektórych, czasem zapoznaje się z tym, co mają do powiedzenia przedstawiciele opcji mi całkowicie obcej.

Akurat w radio trwała modlitwa popołudniowa, a ja pomyślałem, że dla kogoś, kto nie wie, o co chodzi, może to wyglądać jak audycja na temat przemocy domowej lub wykluczenia. No bo co byście pomyśleli słysząc, jak starsza osoba mówi drżącym głosem: Zmiłuj się nade mną, Boże, bo prześladuje mnie człowiek, uciska mnie w nieustannej walce. Wrogowie moi wciąż mnie prześladują, liczni są ci, którzy ze mną walczą.

No nic innego, tylko ktoś babci dokucza, prawda? Jest niedobrze: Przez cały dzień mi uwłaczają, ale chyba widać też pewne przejawy paranoi: wszystkie swe zamysły przeciw mnie kierują. Schodzą się, czyhają, śledzą moje kroki, godzą na me życie. Jeśli tak jest, to jest sprawa nie dla boga, ale dla policji.

Ktoś powie, że to przecież tylko psalm. Twórczość literacka człowieka, który żył dawno temu i swoje przeżycia zapisał w postaci lirycznej. W końcu Jan Kochanowski też pisał treny po śmierci swojej ukochanej córki Urszulki. Zgoda. Ale czy ktoś w Polsce katuje się czytając codziennie dwa lub trzy treny Kochanowskiego? I czy ktoś traktuje je nabożnie i śmiertelnie poważnie?

Może są tacy, ale ja bym takich osób nie zaliczył do przedstawicieli społecznej normy, ale do jakiejś psychologicznej aberracji mającej charakter masochistyczny. Tymczasem jest spora liczba osób, a wiele spośród tych osób ma posłuch w społeczeństwie, która takie psalmy jak ten powyższy i podobne codziennie ładuje sobie do głowy z obowiązku. Mam oczywiście na myśli księży, choć odkąd działa Radio Maryja, krąg rażenia tych treści wyraźnie się poszerzył.

Dobrze byłoby zapytać jakiegoś psychologa, czy codzienne ładowanie sobie do mózgu pokaźniej dawki takich negatywnych emocji, nie pozostawia śladu na psychice? Moim zdaniem odpowiedź na to pytanie jest twierdząca. A jaki to ślad? Według mnie szkodliwy, bo buduje w człowieku poczucie zagrożenia, paranoiczną niechęć wobec obcych, służalczą aż do obrzydliwości postawę wobec wyznawanego przez siebie wyimaginowanego boga, a jednocześnie poczucie własnej niemocy i bezsilności. A od poczucia bezsilności bardzo blisko jest już do lęków i do agresji.

Wiedząc, czym karmią swoje głowy codziennie słuchacze Radia Maryja nie dziwią mnie późniejsze obrazki agresji wobec dziennikarzy innych mediów, wobec inaczej myślących, itp. Nie dziwi mnie ten syndrom oblężonej twierdzy, to zapiekłe trwanie przy swoich poglądach, z których wiele charakterystycznych jest dla paranoi.

Czego można spodziewać się po księdzu czy biskupie, który codziennie biczuje się psychicznie w ten sposób? Ja nie spodziewam się niczego dobrego. Chyba, że jest to taki kapłan, który odklepuje swoją codzienną obowiązkową modlitwę nie zastanawiając się na jej treścią i sensem. Taki ma szansę zachować zdrowe podejście do życia, ale czy postępując tak nie sprzeniewierza się swojemu powołaniu?

Zastanawiające jest to, że nikt (chyba nikt, bo nie słyszałem o czymś takim), nie próbował badać wpływu takich negatywnych treści modlitewnych na psychikę człowieka. Wpływu, który, jak napisałem powyżej, moim zdaniem jest szkodliwy. Prowadzi się za to różne badania nad skutecznością modlitw. Badania, które mają dowieść, że modlitwy pomagają. Niektórzy pewnie zechcą z wyników tego typu badań wyciągać wnioski o istnieniu boga. Ale to tak, jakby na podstawie tego, że pada deszcz, wnioskować, że w atmosferze istnieje wielka, niewidzialna konewka.

Na koniec chciałoby się napisać: ludzie opamiętajcie się! Ale równie dobrze można apelować do znajdującego się w ciągu alkoholika, żeby odstawił alkohol. Nie da rady. I trzeba brać to pod uwagę.

piątek, 15 czerwca 2012

Bardzo starałem się kolejną notkę poświęcić sprawom osobistym, czyli temu, co u mnie słychać, jak mi czas mija i w ogóle takie tam sobie neutralnie pisanie o mało ważnych i poważnych rzeczach, to jednak znów będzie tematycznie i kontrowersyjnie.

A wszystko dlatego, że pomysł na tę notkę przyszedł spontanicznie, a ja chciałbym pomysł ten zużytkować w blogu, zanim się nie zestarzeje, bo kilka ciekawych pomysłów już w ten sposób uśmierciłem. Zatem do rzeczy.

Będzie o modlitwie. Najpierw o tym, jak ja widzę sens zanoszenia przez ludzi modlitw do różnych bóstw. Otóż kiedy słyszę, że ktoś się o coś modli, to przypomina mi się film "Konsul". Tam, trochę między wierszami, przedstawiony był pewien system oszukiwania ludzi. System ten był o tyle perfidny, że pozwalał zarabiać na ludzkiej naiwności i gwarantował każdemu oszukanemu zadowolenie, a każdemu, kto został oszczędzony przez oszustów - rozczarowanie.

Jeśli ktoś nie oglądał tego filmu lub jeśli ktoś nie wyłapał tego, napiszę, o czym mowa. Otóż kiedyś, jak może niektórzy starsi czytelnicy pamiętają, dostać się na studia było dużo trudniej (dlatego wtedy studiowała głównie intelektualna elita, a nie przekrój społeczny, jak dziś). W takiej sytuacji rodzice często szukali sposobów, żeby zwiększyć szanse swojej pociechy na dostanie się na uczelnię. W odpowiedzi na ten popyt pojawiła się podaż w postaci różnych "załatwiaczy", którzy za pieniądze oferowali pomoc w przejściu przez sito rekrutacji. Byli wśród nich też tacy, którzy stawiali sprawę tak, że wszechmocni nie są, więc ich pomoc może okazać się niewystarczająca. Ale za to gwarantowali zwrot należności za usługę, jeśli nie udałoby się jej wykonać należycie i pociecha nie dostałaby się na studia.

Można by uznać, że to było bardzo uczciwe z ich strony. Tak mógł to widzieć ich klient. Ale ich metoda była perfidna, bo tak naprawdę... nie robili nic. Czekali jedynie na wyniki rekrutacji, które znali odpowiednio wcześniej i albo oświadczali klientowi, że się udało, albo że nie. W tej drugiej sytuacji dodawali zwykle jakieś wyjaśnienie. Na przykład takie, że dziekan miał swoich protegowanych i nie dało się już nikogo więcej przepchnąć. Oczywiście, jeśli pociecha o własnych siłach na studia się dostała, wtedy taki "załatwiacz" bez zmrużenia oka inkasował okrągłą sumkę za pomoc.

Co to ma wspólnego z modlitwami? Otóż uważam, że bardzo wiele. Ja, jako ateista, zakładam, że żadnego boga nie ma. Natomiast niektórzy wierzący twierdzą na podstawie własnych doświadczeń, że jest, bo wielokrotnie wysłuchiwał ich modlitw i sprawiał, że coś w życiu układało się po ich myśli. Co więcej, ludzie tacy sami znajdują sobie mnóstwo wyjaśnień, dlaczego modlitwy okazują się czasem nieskuteczne. Jakich? Ano na przykład takich, że obrazili swoje bóstwo (myślą, mową, uczynkiem czy zaniedbaniem), czyli grzeszyli. Albo, że bóg chce ich czegoś nauczyć przez to doświadczenie. I wiele innych.

Ten system jest nie do podważenia, bo w przeciwieństwie do systemu przyjęć na studia, wszystko to funkcjonuje tylko w ludzkich głowach i nie da się powiedzieć "sprawdzam". Jeśli modlisz się o to i dostajesz - bóg cię wysłuchał, jest po twojej stronie, sprzyja ci. Jeśli mimo modlitw twoje sprawy przyjęły zły obrót - masz coś za uszami, musisz się bardziej starać, gorliwiej praktykować, częściej modlić, itp. Ten system tak długo działa, jak długo w niego wierzysz. I niektórzy bardzo chcą w niego wierzyć. Zamiast w samych siebie i swoje możliwości.

Czy jest więc sens się modlić? Żeby zmienić coś w swoim życiu lub otoczeniu, na pewno nie. Ale dla zabicia czasu, czemu nie? Albo żeby po prostu poczuć się lepiej, bo podobno modlitwa pomaga (niewątpliwie na zasadzie efektu placebo). Ale moim zdaniem może też szkodzić, i to poważnie, głównie naszej psychice. I o tym głównie miałem napisać w tej notce, ale ponieważ rozrosła się ona trochę, więc temat ten poruszę w kolejnej. Opublikuję ją jutro, choć napiszę ją pewnie zaraz. Nie chcę jednak czytelników zarzucać zbyt dużą ilością lektury. I tak sądzę, że niewielu z tych, którzy zaczęli czytać tę notkę, dotrwało do jej końca.

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape